Umierające partnerstwo

0
1

W szczycie Partnerstwa Wschodniego biorą udział przywódcy unijnych krajów oraz przedstawiciele Ukrainy, Gruzji, Mołdawii, Armenii, Azerbejdżanu i Białorusi. Spotkanie w Rydze odbywa się w cieniu napiętych relacji z Rosją i konfliktu na Ukrainie. Już przed rozpoczęciem obrad było wiadomo, że na spotkaniu nie zapadną przełomowe decyzje.

Niektórzy wprost mówili o „szczycie pozbawionym ambicji”. Brak chociażby oficjalnego uznania dążenia krajów zza wschodniej granicy do członkostwa w Unii. Długo nie było zgody nawet na zapis w komunikacie końcowym, że kraje zza wschodniej granicy, które zacieśniają współpracę z Unią, czyli Ukraina, Gruzja i Mołdawia, mają zagwarantowaną europejską perspektywę. W Unii nie ma obecnie nastroju do składania deklaracji o ewentualnym, kolejnym rozszerzaniu.

Ukraina, Gruzja i Mołdawia mają prawo do rozczarowania. Nie padną też obietnice dotyczące zniesienia wiz dla obywateli Ukrainy i Gruzji ani teraz, ani w przyszłym roku. W deklaracji zapisano, że będzie to możliwe, jeśli wszystkie warunki zostaną spełnione.

Trzeba powiedzieć wprost: sama idea umiera, bo do skutecznej realizacji programu Partnerstwa Wschodniego jest potrzebna solidarność wszystkich państw członkowskich Unii Europejskiej. W praktyce poparcie dla polsko-szwedzkiej inicjatywy okazuje niewiele krajów: większość państw ma swoje własne interesy i uważa że Partnerstwo Wschodnie jest zbyt ryzykowne. Aneksja Krymu i wojna w Donbasie sprawiły, że pozycja wielu członków UE jest jeszcze bardziej wstrzemięźliwa co do realizacji ambitnych celów na Wschodzie.

Rosja ma powody do zadowolenia. W opinii wielu tamtejszych polityków unijny projekt obliczony na uszczuplenie wpływów Moskwy w krajach posowieckich w ogóle się nie sprawdził. To właśnie dzięki intensywnym działaniom Kremla część państw objętych Partnerstwem Wschodnim nie ma już ochoty na dalsze zbliżanie się do Unii. Białoruś i Armenia wybrały integrację z Euroazjatycką Unią Gospodarczą.

Prorosyjskie rządy w Erywaniu i Mińsku zapowiedziały jeszcze przed spotkaniem, że nie podpiszą deklaracji końcowej szczytu Partnerstwa Wschodniego w Rydze, jeżeli będzie w niej potępienie aneksji Krymu przez Rosję. Mińsk opowiada się też za „niekonfrontacyjnym charakterem” Partnerstwa Wschodniego.

Z kolei Azerbejdżan stara się balansować między Moskwą i Brukselą, a Ukraina – za sprawą Kremla – znajduje się na granicy rozpadu. Ku Europie dąży z kolei Mołdawia, ale kraj ten przeżywa poważny kryzys polityczno-gospodarczy. Na razie jedynie Gruzja pozostaje stabilnym pretendentem do integracji z Unią Europejską, ale część terytorium tego kraju pozostaje pod kontrolą sił wspieranych otwarcie przez Rosję.

Członkowie Partnerstwa Wschodniego tworzą więc grupę niejednolitą, często zwaśnioną (Azerbejdżan i Armenia) i o często zupełnie odmiennych celach. Poza tym, że kiedyś były częścią sowieckiego imperium, niewiele je ze sobą łączy. A ponieważ Unia Europejska nie chce być bardzo ambitna w kwestiach Wschodu, by nie drażnić Moskwy, trudno wróżyć sukces calej inicjatywie. W zjednoczonej Europie nie ma obecnie klimatu do szczególnego zacieśniania związków z krajami Partnerstwa, ale również same kraje nie poczyniły dostatecznych kroków w wymaganych reformach. Nawet w kraju uważanym za prymusa Partnerstwa Wschodniego, czyli Mołdawii, wiele niezbędnych zmian nie jest w ogóle wdrażanych albo imitowanych.

Także inne UE kraje – Gruzja czy Ukraina – nie mogą liczyć na jakąś szczególną pomoc ze strony unijnych państw. Unia rozbudziła w Ukraińcach wielkie nadzieje na szybką akcesję, ale nie zanosi się, by w najbliższych latach do tego doszło. Co najwyżej Kijów w bardzo odległej perspektywie dostanie zgodę na ruch bezwizowy, a Tbilisi kolejne niezbyt wysokie wsparcie finansowe. W tej sytuacji politycy zaczynają się cieszyć z tego, że projekt Partnerstwa Wschodniego w ogóle będzie kontynuowany. Tylko tak naprawdę po co?

Autor: TD