W Ameryce zaczyna rządzić ulica

0
0

Tak wielkich napięć na tle rasowym w Stanach Zjednoczonych nie było od lat. Bardzo niepokojące jest to, że nie są one podsycane wyłącznie przez “jakiś tam aktywistów”, ale czołowych polityków, z prezydentem USA na czele. Barack Obama regularnie oskarżał policję o rasizm, wypowiadał krzywdzące opinie, nie znając historii zdarzenia, albo z jakiegoś powodu pomijał fakt, że zastrzeleni przez policję Afroamerykanie w przeważającej większości byli kryminalistami.

Zresztą ruch Black Lives Matter narodził się właśnie po jednej z tego typu akcji. 18-latek z Ferguson, który najpierw okradł sklep na stacji benzynowej, nie słuchał rozkazów funkcjonariusza, a później chciał mu wyrwać broń, został zastrzelony. Ludzie wyszli na ulice, bo “był nieuzbrojony” i “z rąk policji zginął kolejny niewinny czarnoskóry nastolatek”. Mimo że został trafiony kulą, gdy biegł w stronę stróża prawa, to i tak przyjęła się fałszywa wersja, że tuż przed śmiercią miał podniesione do góry ręce. Ten gest stał się zresztą symbolem ruchu Czarne Życie ma Znaczenie.

Nienawiść na tle rasowym ruszyła z niewyobrażalną mocą. W wielu liberalnych mediach pojawiały się informacje o złych białych policjantach i niewinnych czarnoskórych nastolatkach. Każdą sprawę komentował Barack Obama oświadczając w końcu, że faktycznie funkcjonariusze są rasistami. Efekt? Na przykład ostatnie wydarzenia w Milwaukee. Tam z rąk policjanta w sobotę zginął UZBROJONY mężczyzna. Najpierw po zatrzymaniu jego samochodu próbował uciekać, a gdy zorientował się, że nie da rady, wymierzył pistolet w funkcjonariuszy. Zginął, a na ulicę wyszli oburzeni mieszkańcy. Na szczęście tylko ok. 200 osób, ale tyle wystarczy, by wywołać zamieszki. Podpalali sklepy, stację benzynową, niszczyli samochody. W interweniujących stróżów prawa rzucali kamieniami. W internecie umieszczali selfie, na których pozowali z pistoletami.
W sumie rannych zostało kilkunastu policjantów. W Stanach zaczyna rządzić ulica i trudno się dziwić, skoro pozwalają na to najwyższe władze, jakże fałszywe przekonując, że jak się ma inny kolor skóry niż biały, to jest się skazanym na wykluczenie. Szef miejscowej policji w Milwaukee Edward Flynn, który od lat pełni służbę, przyznał, że nigdy nie spodziewał się, że zastrzelenie uzbrojonego przestępcy, który grozi policjantom, stanie się powodem takich walk ulicznych. Tym bardziej że funkcjonariusz, który oddał strzał, jest Afroamerykaninem.

Flynn miał nadzieję, że te czasy Ameryka ma już za sobą. Ja mam wrażenie, że to dopiero początek. Kompletnie niezrozumiała antypolicyjna retoryka sprawiła, że dla społeczności, która wywołuje tego typu zamieszki, nie ma znaczenia kolor skóry konkretnego funkcjonariusza. Z chwilą gdy nakłada mundur – staje się “niebieski”, a to dla wielu jest tak samo złym kolorem, jak “biały” i kojarzonym z rasizmem. Wielu Afroamerykanów służy w policji, część w NYPD. Wystarczy zapytać tych, którzy – z dzielnic, takich jak East New York czy East Flatbush – dojeżdżają do pracy, a wcześniej do Akademii Policyjnej, ilu ich znajomych i sąsiadów wie, czym się zajmują, że są lub będą stróżami prawa? Obstawiam, że niewielu.

Barack Obama zawiódł. Jego kończącej się prezydentury nie tylko nie można zaliczyć do udanych, ale jest ona niebezpieczna. Przyczyniła się do wojny rasowej, która z każdym miesiącem wydaje się nasilać. Powstał twór Czarne Życie ma Znaczenie, który nie ma nic wspólnego z walką o równość i poszanowanie praw mniejszości w USA. W Milwaukee w ciągu dwóch dni poprzedzających sobotnią policyjną akcję postrzelonych zostało dziewięć osób, a pięć z nich zginęło. Ale ponieważ sprawcami nie byli funkcjonariusze, a inni czarni przestępcy – protestów nie było. Widać aktywiści i zwolennicy ruchu Czarne Życie ma Znaczenie uważają, że życie Afroamerykanów w takich przypadkach już aż tak wielkiego znaczenia nie ma.

Autor: Anna Arciszewska