W cieniu listopada…

53

Ze wszystkich bardziej okrągłych rocznic ślubu wyszła nam z mężem tylko dziesiąta. Mężowi udało się wówczas dostać urlop w lecie, polecieliśmy rodzinnie do Polski, a tam niezastąpiona polska babcia, która w tym czasie cieszyła się ostatnim – wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy – względnie dobrym rokiem w zdrowiu, zaopiekowała się na trzy dni wnuczkami, umożliwiając nam romantyczny wypad tylko we dwoje do Złotej Pragi.

Gdyby nie rok z COVID-em w herbie, zaśmiewałabym się do rozpuku nad dawnymi przepowiedniami teściowej, która zapewniała nas, że gdy córki podrosną, nadrobimy wszystkie zaległości. Święta i rocznice będziemy obchodzić do wyboru, koloru i oporu. Jeszcze nam się znudzi ta parada pięciogwiazdkowych hoteli i cudów na kiju, oferowanych przez operatorów wycieczek do raju w każdym zakątku globu.

Naiwność, szczególnie własna, często bywa powodem do śmiechu i podobno to nawet dobrze spuścić z siebie samego powietrze w ten sposób. Śmiech pozwala nabrać dystansu do największych porażek i zawodów, a tylko zdrowy dystans do siebie, jak uczą nas znawcy dusz, nie blokuje nam drogi dalszego rozwoju, pozwala zachować ciekawość świata i wiarę, że to, co dobre, wciąż jest przed nami. Znajoma psycholog tłumaczyła mi to posługując się metaforą brudnego filtra w oczyszczaczu powietrza dla alergików. W pewnym momencie nie tylko nie pomaga oddychać, ale dlatego, że przestał spełniać swoje zadania, a my dalej pokładamy w nim nadzieje, w istocie pomaga nam się truć.

Powodów do śmiechu nad naiwnością, jaką wykazywałam wierząc w przepowiednie teściowej, jest wiele, ale nie spadam z krzesła trzymając się za brzuch, bo nie odczuwam potrzeby żadnego resetingu. Ostatnie kilka miesięcy okazały się – i dalej są – nieprzerwanymi warsztatami z nabierania dystansu do życia i rzeczywistości. Filtry wymieniają się same z prędkością światła i bywa, że aż duszę się od nadmiaru coraz to „świeżego” powietrza przypędzanego z wiatrami kolejnych zmian.

– I gdzie te pięciogwiazdkowe hotele i cuda na kiju, które miały mnie spotykać z racji dostojnych rocznic i okrągłych dat urodzin? – zapytałam teściową posyłając jej zdjęcie z rocznicowo-urodzinowo-urlopowego dwudniowego biwaku, na który w dodatku musiałam donieść na własnych plecach i hotel, i restaurację. Wniesienie rozrywki w postaci kart do gry życzliwie przejęła na siebie Młodsza, niemniej jednak plecak i tak ważył prawie 20 kilo. Niekłamanym cudem podczas tej wyprawy na pewno był fakt, że mimo burzy z piorunami i gradobiciem, jaka rozpętała się natychmiast po dotarciu na miejsce, wichry nie porwały nam namiotu, a ulewa nie zatopiła śpiworów. I że przeżyliśmy ten wypoczynek mimo, iż temperatura, wbrew zapowiedziom prognostyków, spadła w nocy niemal do zera. W ostatniej chwili Mąż dopakował nam bowiem wszystkim do ekwipunku czapki uszanki. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz i czy kiedykolwiek spałam latem w czapce, ale, jak to mówią, zawsze musi być ten pierwszy raz.

Teściowa nie miała oczywiście nic na swoją obronę. Szkoda, bo w głębi ducha liczyłam, że mnie pocieszy. Uspokoi, że absolutnie wszystko, co nam się przytrafia w tym roku, to tylko chwilowa aberracja. Ktoś nas przez nieuwagę wytrącił z matriksa, ale spokojnie, reperacje idą pełną parą i już za chwileczkę, za momencik, świat nie tylko wróci do stanu sprzed pandemii, ale wręcz uzyska nowe, lepsze parametry. Ludzkość stanie się zdrowa i rozsądna, przyroda znów dzika i niezatruta, i w ogóle cały kosmos rozpracowany oraz przewidywalny jak fazy księżyca, żadnych więcej zagrożeń w stylu meteoryt tunguski czy burze magnetyczne.

Mam do teściowej trochę pretensji o to, że zdjęcie skwitowała jedynie dyżurnym emotikonem o roześmianej buźce. Dystans dystansem, ale moja teściowa zawsze należała do osób, które wypełnioną do połowy szklankę uważały za właściwie to prawie pełną, i to najlepszego brandy.

Należała, sporo się bowiem zmieniło. Dziś teściowa siedzi zadekowana w dalekiej Montanie i, o ile wiem, często nie jest w nastroju nawet na kieliszek białego wina po kolacji – jej opatentowana metoda na dobry sen i jeszcze lepszy humor następnego poranka. Zazwyczaj średnio zaangażowana w politykę („niepotrzebna nam polityka, wystarczy, jak każdy będzie stosował w życiu i pracy jedną zasadę: czyń drugiemu, jak chciałbyś, by ten drugi czynił tobie!”), pewna, że widziała już i przeżyła wystarczająco wiele („trzy pandemie i kilka wojen na pewno!”) obecnie jednak śledzi wiadomości z atencją godną dyspozytora na pogotowiu. W sierpniu po raz pierwszy w życiu obejrzała w całości transmisje z obu partyjnych konwencji, samozwańczo przyjmując na siebie rolę wewnątrzrodzinnej agencji informacyjnej. Gdy zapytałam ją, po co, usłyszałam odpowiedź, której nigdy nie spodziewałam się od niej usłyszeć, tak bardzo przyzwyczaiłam się widzieć w niej idealną amerykańską optymistkę, idealne zaprzeczenie postawy realizowanej w mojej własnej rodzinie, od pokoleń pielęgnującej w sobie wrodzony polski defetyzm.

– Bo trzeba być czujnym jak nigdy. Bo jeśli wierzyć historii, to to może się zbyt dobrze nie skończyć.

Podkreślę, że z naszej dwójki to ja zwykle miałam do tej pory zwyczaj formowania argumentów opartych na lekcjach z przeszłości. Dla wielu jednak po tej stronie świata, nie tylko dla mojej teściowej, często zbyt abstrakcyjne i nieprzykładalne do tutejszych realiów, bo oddalone o kontynent i ocean, równie dobrze więc o całą galaktykę.

Czy to dobrze, że Amerykanie, jak moja teściowa, w końcu zrzucają maski przesadnego optymizmu i wiary w dobrą wolę rządzącą światem? Internalizują fakt, że otaczająca nas rzeczywistość nie jest dziełem chwili i nie zmieni się na niczyje pobożne życzenie, żeby nie wiem przez kogo wypowiadane? Żeby wypowiadający je człowiek czy naród nie wiem jak byli przeświadczeni o swojej wyjątkowości, potędze, odporności na trendy obecne wszędzie indziej na świecie? Że przeszłość naprawdę nas czegoś uczy?

Z jednej strony bardzo dobrze. Pogardzana przez amerykański system edukacji historia Europy i reszty świata pełna jest dowodów na to, że istnieje ścisły, może nawet nierozerwalny związek między pandemiami a niepokojami społecznymi, przybierającymi niemal każdą formę przemocy – od napięć na tle rasowym i ekonomicznym, przez lokalne pogromy wybranych grup, po wojny między państwami. Zainteresowanych odsyłam szczególnie do historii pandemii dżumy, cholery i syfilisu w XIV-XIX w. Jednocześnie ta sama historia oferuje wiele cennych eksplikacji odnośnie tego, kiedy w takich okolicznościach ryzyko przemocy i destabilizacji systemów jest najwyższe. Pokora i szacunek wobec doświadczeń innych to kapitał, którego wartości nie można nigdy przecenić. Nawet Ameryka – zwłaszcza Ameryka! – też na takiej postawie może tylko skorzystać.

Z drugiej strony źle bardzo. Źle dla nas, mieszkańców Ameryki w tej chwili jej historii, w tym momencie biegu dziejów świata. Zanim przez cały kraj, przez każdy jego poziom społeczny i polityczny aż na sam szczyt przebije się świadomość tego, z czym, a zwłaszcza dlaczego się mierzymy, będziemy skazani na chaos. Na poczucie szczerego szoku i złości, że ot tak „nagle” detonuje nam nad głowami nie tylko koronawirus, ale i wszystkie inne możliwe kryzysy, pandemia wydaje się jedynie służyć im za lont do odpalania ułożonej w szeregu całej baterii granatów. Chaos zaś – i tego też uczy historia – jeśli się już pojawi, musi swoje spalić i wydymić, nim nabierze nowych struktur na powrót porządkujących przestrzeń. Chciałabym się mylić i chciałabym, by teściowa wspierała mnie w przekonaniu, że to błąd myśleć, iż w dzisiejszych czasach, w dzisiejszej Ameryce, przy dzisiejszym nastawieniu obywateli vel konsumentów do życia i świata ktokolwiek może świadomie przeć do bratobójczej wojny. Że zgony na ulicach w Portland i Wisconsin w ostatnich tygodniach to początek, ale już i koniec zarazem. Obie wiemy – ja poprzez mój wrodzony polski defetyzm, ona dzięki nowo nabytej rewerencji do przeszłości – że tak być nie musi. Cała nadzieja w tym, że długie miesiące rozmaitego rodzaju zawodów, zdewastowanych planów i marzeń, wszystkim nas nauczyły, jak skuteczniej zachowywać dystans do chaosu i lepiej sobie radzić ze złymi emocjami i instynktami. A ponieważ nadzieja umiera ostatnia, później nawet niż naiwność, to zostało nam jeszcze trochę czasu na opamiętanie i – trzymajmy tu kciuki za samych siebie – pokojowe przekucie chaosu w nowy ład, z którym będziemy potrafili żyć.