W ogrodzie matki

6

Ze względu na kontuzję ramienia zmuszona byłam rozłożyć w tym roku prace w ogródku na wiele etapów. Oddzielnie pielenie i czyszczenie terenu po zimie na grządkach przeznaczonych na rabaty z przodu domu, oddzielnie z tyłu, oddzielnie w skrzynkach na warzywa, oddzielnie wokół krzewów i drzew. Osobno sprzątanie na tarasie i osobno na ganku. Osobno porządki w garażu. Wszystko osobno, bo za jednym zamachem, nawet jeśli rozmiar pracy nie wyglądał na zbyt wielki, nie było możliwości.

Jeszcze zanim zaczęłam – przeżyłam pierwsze rozterki. Zważając na stan zdrowia – czy w ogóle uda mi się w tym roku zorganizować i z jakimś przyzwoitym efektem poprowadzić przez porę wiośnianą i letnią nasz ogród? Pytania były tym dokuczliwsze, że Starsza dobiegała mety w swej karierze licealnej i już zimą rodzina oraz znajomi zapowiedzieli się z wizytą na uroczystości okolicznościowe w związku z końcem szkoły. Chciałam, jak każdy miłośnik ogrodów, pokazać im nasz z jak najlepszej strony. Oczyma wyobraźni widziałam wszystkich wypoczywających słodką, majową porą pośród rozkwitłych, wypielęgnowanych krzaków bzów, piwonii, róż i pięknie przyciętych żywopłotów.

Zaczęłam od czynności, zdawałoby się, najprostszych. Od likwidacji chwastów i innej przypadkowej roślinności, która pojawiła się w ogrodzie wcześniej niż to, co znajduje się tam  celowo. Zwykle ogarniałam ten chaos w ciągu jednego weekendu. Bach-bach-bach i wszędzie czysto, ziemia spulchniona, nawieziona, grunta gotowe na nasiona i sadzonki. Tym razem potrzebowałam jednak tych weekendów aż kilka, bo chwaściory na dodatek jakby się przeciwko mnie sprzysięgły. Gdy skończyłam w jednym miejscu, okazywało się, że tam, gdzie już pracowałam, znowu bałagan i znów potrzebna moja uwaga! I tak w kółko! Ratunku! W pewnym momencie dałam spokój, bo ile można, ale uczucie, że coś mi się nieodwracalnie wymyka i tak już pozostanie – wymknięte, niedopracowane, nie takie jak by być mogło – nie opuściło mnie i ma się świetnie.

Przyszła pora na jednoroczne sadzonki. Dzień przyjęcia Starszej zbliżał się milowymi krokami, wrzuciłam więc do koszyka tylko te rośliny, które już kipiały bujnością kwiecia, a ich pąki sprawiły wrażenie, że też pękną lada chwila. Życzliwa kasjerka zmarszczyła nos i poradziła mi, bym wymieniła moje kwiatki na mniej „kwietne”, za wyglądające po prostu zdrowiej. Da im to większą szansę na właściwe ukorzenienie się, no i lepiej zniosą szok przesadzeniowy.
– Ale ja bym chciała, żeby w moim ogrodzie było jak najpiękniej jak najszybciej – zaoponowałam.
– Kto by nie chciał – zgodziła się. Ale dodała: – Niestety prawda jest taka, że co ma rozkwitnąć – rozkwitnie, co ma wyrosnąć – wyrośnie, a co ma zwiędnąć – zwiędnie, żebyśmy nie wiem jak się starali.

Część kwiatów, zgodnie z prognozą kasjerki, oklapła już kilka godzin po przesadzeniu. Niektóre straciły całe kłącza i większość liści, które uschły i odpadły, mimo odżywki i podlewania. Ponieważ sadziłam, podobnie jak wcześniej pęłłam, na zmiany, miałam okazję skupić większą uwagę na poszczególnych rabatach, lepiej im kibicować w procesie „zakwiecania”. Zdumiewało mnie jak nigdy wcześniej, jak z najsłabszych sadzonek potrafiły wybić się do słońca najsilniejsze pędy, te zaś, które wydawały się być na początku liderami od gabarytów, zawieść z kolei na całej linii, choć wszystkich doglądałam tak samo.

W dniu przyjęcia mój ogród prezentował się… nie najgorzej. Nie tak, jak go sobie wymarzyłam, zaplanowałam, ale ogólnie – do przyjęcia. Od strony zachodniej, wypełnionej cieniem, jak zwykle wszystkiego było mniej i chudziej, od południowej – co też było do przewidzenia – wszystko kwitło jak oszalałe. W wielu miejscach, bez względu na moje wysiłki, i tak wychynęły z ziemi kabłąki chwastów oraz kępy trawy. Machnęłam na nie ręką, bo w końcu warunkowało je mnóstwo czynników, na które nie miałam lub nie dałam rady mieć wpływu. Dla pocieszania powtarzałam sobie, że chwasty to alternatywna uroda każdego ogrodu, nie ma od nich ucieczki. Są nawet tam, gdzie wydaje nam się, iż potrzeba mikroskopu, by je znaleźć.
Starsza, w szerokiej, kolorowej sukience, usiadła na ogrodowej huśtawce i zastygła na moment. Najważniejsza roślina, która wyrosła w moim ogrodzie. Z nasiona – w chude listki z chudą łodyżką, potem z łodyżką nieco grubszą, okoloną większymi liśćmi, żyłkami, wypustkami i kolejnymi przyległościami. Rosła dalej wyginając swoje kształty i zmieniając formy, aż wreszcie pojawiły się i zawiązki podstaw, dna kielichów, gotowe już nie tylko przyjmować w siebie życiodajną wodę i światło, ale wydawać na świat własne kwiaty.

Aż niemożliwe, westchnęłam sama do siebie. Tyle zabiegów i pielęgnacji, najpierw, żeby się przyjęło, potem, by rosło, dojrzewało. Tyle po drodze uschniętych i uprzątniętych badyli, niektórych nawet szczerze żal, bo wydawało się, że mogło z nich powstać coś istotnego. Do tego naręcza, taczki całe chwastów i zielsk, które regularnie z otoczenia Starszej wyrwałam, niektóre nawet wyrwałyśmy razem. Inne, o korzeniach jak stal, relegować się nie dały; być może już nigdy nie dadzą? A teraz siedzi błyszcząc kolorami, uśmiechnięta, piękna, spokojna. Gotowa pójść w swoją dorosłość. Nie bez niepokoju, nie bez niepewności, ale z zapałem, z odwagą. Ile razy w ciągu minionych lat wydawało mi się, że jej takiej nigdy nie zobaczę, że chwila taka nie nadejdzie, bo najzwyczajniej w świecie jestem na to za słaba, za niedoskonała w sztuce ogrodnictwa, bez elementarnej wiedzy, doświadczenia, cierpliwości? Co najmniej miliard. W ogrodzie matki nic się nigdy nie kończy, w naszym wiele rzeczy wciąż dopiero się zaczyna, ale skoro taki jest początek, to może jednak dalej nie będzie wcale źle?

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney