W paszczy przestępczości

631
Foto: EPA

Pandemia Covid-19, przy całym okrucieństwie zdrowotnym i finansowym, dodatkowo ujawniła najgorsze bolączki gnębiące największe amerykańskie miasta, w tym przestępczość. Liczby mówią same za siebie. Prawie 20 tys. morderstw z użyciem broni w ubiegłym roku to najwięcej od kilku dekad.

Przestępczość z udziałem przemocy w Seattle podskoczyła o 74 procent, w Chicago o 55, w Bostonie o 54. Bieżący rok zanosi się na jeszcze gorszy i czy to nie będzie początkiem nowego, zabójczego trendu? 51 z 57 największych miast Ameryki notuje zwiększenie przestępczości. W Nowym Jorku odliczanie trupów wzrosło o 40 procent.

Mieszkający za Wielką Wodą przyjaciele i znajomi, którzy nie znają tutejszych realiów, pytają, czy czuję się bezpiecznie na nowojorskich ulicach? Na to pytanie nie ma definitywnej odpowiedzi „tak” albo „nie”, bo jest to kwestia bardziej skomplikowana niż wielu by się wydawało. Wszystko, albo prawie wszytsko, zależy od tego, gdzie się poruszamy, czy są to ulice w bogatszych dzielnicach, czy w biedniejszych gdzie działają gangi, czy tam, gdzie ich nie ma, jakimi środkami miejskiej komunikacji się poruszamy.

Mam to szczęście, że zarówno mieszkam jak i pracuję w miejscach, które nie są uważane za ubogie i to już stawia mnie w pozycji mniej zagrożonego, niemniej jednak akty kryminalne także tu się zdarzają, więc jestem ostrożny.  Współczuję tym nowojorczykom, którzy mieszkają przy ulicach z najwyższym współczynnkiem przestępczości, gdzie samo wyjście z domu wiąże się z możliwością utraty życia. Nie przesadzam z tym, co piszę, wystarczy oglądać dzienniki telewizyjne, w których roi się od sprawozdań ze strzelanin, napadów, rozbojów i wszelkiej przemocy, do jakiej dochodzi tam każdego dnia. Nie intencjonalnie, a przypadkowo giną niewinni ludzie, np. od zbłąkanej kuli.

Raporty nowojorskiej policji z 2010, 2015 i 2020 roku odnośnie przestępczości pokazują, że na jednym procencie ulic miasta dochodzi do około 25 precent wszystkich aktów kryminalnych, a na pięciu procentach do połowy.

Pomimo wzrostu przestępczości, w tym strzelanin, nastąpił spadek aresztowań. Czemu to przypisać? Za główną sprawę uznaje się mord czarnoskórego George’a Floyda przez białego policjanta Dereka Chauvina w Minneapolis w 2020 roku. W jego następstwie protesty i zamieszki, które ogarnęły cały kraj, zaogniły relacje rasowe i wywołały debatę o reformie policji. Najbardzie radykalne głosy żądały drastycznego obcięcia budżetu na siły porządku publicznego i ograniczenia możliwości użycia przez nich zabójczej siły, nawet wtedy, gdy istnieje realne zagrożenie życia ich i obywateli.

Doszło do tego, że policjanci nie interweniują, bo boją się, że ich działanie uznane zostanie za nieodpowiednie i za to zostaną ukarani karami dyscyplinarnymi, jak również zostaną postawieni w stan oskarżenia kryminalnego.  Antypolicyjne protesty, których uczestnicy dla swojego bezpieczeństwa… ubiegali się o ochronę policyjną, doprowadziły do cięć budżetowych wzdłuż i wszerz Ameryki. Pięćdziesiąt największych miast zredukowało wydatki na policję o średnio 5,2 procent. W Nowym Jorku burmistrz Bill de Blasio, którego nie można zaliczyć do przyjaciół oddziałów porząkowych, obciął im pięćset milionów dolarów z miejskiej kasy.

Czym to się odbiło? Mniejszą liczbą patroli zarówno pieszych, jak i w pojazdach, co wydłużyło czas nadejścia pomocy i schwytania napastników. Najbardziej odczuwają to mieszkańcy biednych dzielnic, gdzie skala przestępczości jest bardzo wysoka. Sytuację pogarsza także ucieczka doświadczonych, z długoletnim stażem oficerów do posterunków, gdzie notuje się mniej kryminalnych aktów, które także są „mniej groźne dla ich zdrowia i życia”.

O ile w Nowym Jorku przestępczość na powierzchni skupia się na stosunkowo małej przestrzeni, nie można tego powiedzieć o metrze. W podziemiach miasta panuje istna groza. Napady, kradzieże, pobicia są tam na porządku dziennym. Większość nie jest zgłaszana policji, bo szansa schwytania sprawców i odzyskania utraconych rzeczy jest znikoma. Zdarzają się też mordy. W lutym br. w ciągu 14 godzin na śmierć zadźgano dwie osoby na przeciwległych końcach linii A na Queensie i Bronksie, a dwie uszły z życiem z ciężkimi ranami. Ataki były dziełem jednego nożownika, którego udało się schwytać. Wszystkie ofiary to bezdomni. Ostatnie zabójstwo miało miejsce w lipcu na Manhattanie, gdzie podczas próby kradzieży 58-letnia Than Htwe spadła ze schodów na stacji Canal Street i po paru dniach zmarła w szpitalu.

Ale jakby tragedii w systemie metra „Wielkiego Jabłka” było mało, nastąpiła seria zepchnięć podróżnych z peronów na tory, nierzadko pod nadjeżdżający pociąg. Prawie wszystkie tygo typu czyny przypisuje się psychicznie niezrównoważonym i osobnikom z „przeszłością przemocy”, co dla używających tego środka komunikacji nie jest ani pocieszające, ani usprawiedliwiające. Dla mnie było kroplą, która przelała wodę ze szklanki. Unikam jazdy metrem jak ognia i zanurzam się w jego czeluście tylko wtedy, gdy nie mam możliwości przemieszczania się autobusem, który pochłania więcej czasu, czy dojścia pieszo. Nowy Jork zamga się z wrogiem publicznym numer jeden – przestępczością. Jeżeli w tej kwestii się nie polepszy, ludzie będą się ewakuować na prowincję, jak to zrobili podczas pandemii koronowirusa.