Walka o… swoje

66
EPA

W Polsce rozpoczął się protest nauczycieli. Związek Nauczycielstwa Polskiego i Forum Związków Zawodowych odrzuciły rządowe propozycje porozumienia i rozpoczęły bezterminowy strajk w szkołach i przedszkolach w wielu miejscach w kraju. Jak nie wiadomo o co chodzi, to zawsze chodzi o pieniądze. Niestety i w tym wypadku nauczyciele upominają się o podwyżki, a o systemie i jego ułomnościach wciąż głucha cisza.

„Prosimy, zrozumcie nas! – czytamy w apelu zamieszczonym na stronie internetowej Związku Nauczycielstwa Polskiego (ZNP). – Macie prawo, by uczył Was dobrze wykształcony nauczyciel, człowiek z pasją, który ma dla Was czas, a nie musi dorabiać po godzinach. Jesteśmy świadomi, że nasz protest może budzić Wasze obawy i spowodować pewne trudności – piszą autorzy apelu. – Prosimy Was o zrozumienie, bo walczymy o szkołę, w której wszyscy będziemy dobrze się czuli i dzięki której spełnicie Wasze marzenia. Potraktujcie ten czas jako lekcję, jak ubiegać się o prawa swoje i innych” – głosi apel podpisany „Nauczyciele i nauczycielki”.

Po tym apelem podpisałbym się i ja, ale za protestem nauczycieli nie kryje się walka o zmianę systemu, a walka o podwyżki pensji. Choć uważam, że nauczyciele powinni zarabiać więcej, to już nie jestem przekonany czy podwyżki nauczycieli zmienią coś w ułomnym systemie nauczania. Wśród postulatów próżno jednak szukać chęci do jego zmian. Związek Nauczycielstwa Polskiego chce zwiększenia o 1000 złotych kwoty bazowej, służącej do wyliczania średniego wynagrodzenia nauczycieli. Forum Związków Zawodowych żąda zwiększenia o 1000 złotych wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli na wszystkich stopniach awansu zawodowego. Sekcja Krajowa Oświaty i Wychowania NSZZ Solidarność domaga się natomiast 650 złotych podwyżki w tym roku z wyrównaniem od stycznia i kolejne 15 procent od przyszłego roku. Czy więc na pewno apel ZNP o zrozumienie walki o “spełnianie marzeń” uczniów jest na miejscu?
Podwyżki nic nie zmienią w systemie edukacji, w którym uczy się dziś dzieci tego, czego uczono 20 lat temu. Czego więc uczą się uczniowie w polskiej szkole? Np. na biologii dowiadują się o cechach umożliwiających zaklasyfikowanie organizmu do parzydełkowców, płazińców, nicieni, a na chemii pojęcia liczby oktanowej i sposobów jej zwiększania. Ile z tej wiedzy przyda się w dorosłym życiu? Zapewne niewiele, a raczej wcale. Ale nie chodzi o to, by nie uczyć dzieci chemii i biologii w ogóle. Chodzi o to by uczyć dzieci tego, w czym czują się dobrze, co ich interesuje i z czym wiążą swoją przyszłość. Skoro od małego dziecko marzy o tym, by zostać lekarzem, rozwijajmy jego pasję, oferując mu przedmioty, takie jak chemia i biologia na poziomach rozszerzonych. Jeśli chce zostać dziennikarzem, niech te same przedmioty zalicza na poziomie podstawowym, a rozszerzmy mu zajęcia z języka polskiego. Wszystkich natomiast przygotujmy w szkole do dorosłego życia. Uczmy więc podstaw ekonomii, które będą wykorzystane przy budowie budżetów domowych, czy przedsiębiorczości, która da zalążek do działania na własny rachunek.

Choć minęło już kilkanaście lat, od kiedy ukończyłem szkołę, to widzę jak dziś uczniowie zmagają się z tymi samymi problemami jak ja w przeszłości. Pensje nauczycieli, które przez te lata wzrosły, nic nie zmieniły. To dowód na to, że problem leży gdzie indziej, ale nikt nie chce się nad nim pochylić. Najłatwiej zaapelować o podwyżkę i równie łatwo zamknąć usta protestujących pieniędzmi. Nic nie zyskują jednak uczniowie, którzy jak te ryby przez dziesiątki lat nie miały i nie mają głosu.