Wariaci

0
0

Brzmi to jak kalka językowa – i brzmi dobrze. Zupełnie, jakbyśmy chcieli powiedzieć: w każdym z nas jest trochę artysty. Jest też bardzo popularna wśród Polonii nowojorskiej piosenka disco polo opiewająca jaka to „ona jest szalona”. Czyli wariatka, lekkoduch, lubi taniec i piosenkę, pali papierosy i pije wino na dachu, biega po łąkach w mokrej koszuli.

Szaleniec brzmi dobrze. Wariat też nieźle. Ale już człowiek chory psychicznie to ocena ponura. Podobnie jak upośledzony, niespełna rozumu, bez piątej klepki.

W Polsce wariatów mieliśmy mało. Nie było w PRL-u wielu miliarderów i ludzi wyróżniających się wyglądem i strojem, ale też nie było, przynajmniej oficjalnie, bezrobotnych, bezdomnych, nienormalnych. Istniały co prawda zakłady zamknięte – każdy słyszał o Tworkach pod Warszawą – ale ludzie pozostawali tam istotnie zamknięci, nie mieliśmy więc z nimi żadnej styczności.

Wszystko było więc wtedy normalne. Istniała co prawda psychiatria jako nauka, a psychologia była modnym kierunkiem studiów, lecz nie popadano w przesadę, gdy szło o analizowanie problemów psychicznych jednostki. Nie mówiono nawet o depresji, tak dziś popularnej w zachodnim świecie. W przodującym ustroju depresji nie miał przecież nikt, co najwyżej jakiś młokos był nieszczęśliwy, bo nie chciała go dziewczyna. Także samobójstwa były czymś rzadkim i wstydliwym – znowu, kto chciałby dobrowolnie odejść z tego raju na ziemi?
Czy zawsze było tak mało wariatów? Z przekazów historycznych wynika, że szaleństwo jest stanem spotykanym i częstym. W dawnej Polsce, czy w Rosji istniał nawet rodzaj kultu człowieka z odchyłką od normy psychicznej. Szaleństwo uznawano za pomazanie Boże, inność szanowano i rozumiano, że ci ludzie myślą i odbierają świat inaczej niż my. Może zresztą było tak raczej w Rosji, kraju mistycznym aż do przesady. W polskich wioskach z wariatów się śmiano. „Wiejski idiota” był dla mieszkańców rozrywką. Dawał im też poczucie własnej wartości i mądrości.

Dziś jest odwrotnie: wszyscy jesteśmy wariatami (idiotami oczywiście nie). Psychologia i psychiatra rozwinęły się nieprawdopodobnie i dziś każdemu z nas oferują, specjalnie dla nas opracowany i tylko do nas pasujący, zestaw chorób psychicznych, neuroz, fobii. Nikt nie jest normalny, każdy znajdzie w sobie jakąś psychiczną słabość. Pewnie zawsze je mieliśmy, tylko że wtedy nie klasyfikowano ich, nie nazywano. Ktoś bał się wody, kto inny psów. Ktoś przesadnie często mył ręce, ktoś inny mógł funkcjonować tylko wtedy, gdy wokół niego był bałagan. Nie nazywano jednak tego naukowo. Był normalny, tyle że miał jakieś tam słabości, jak każdy z nas.

Amerykanie kochają naukowe nazewnictwo różnych stanów psychicznych. Mamy przeróżne agorafobie, ksenofobie, stany lękowe i depresje, zespoły kompulsywno-obsesyjne, no i oczywiście depresje. Dawna poczciwa melancholia to dziś powszechne rozpoznawana choroba psychiczna, a cierpi na nią pewnie kilkadziesiąt milionów Amerykanów. Doszło do tego, że w każdym z nas psycholog rozpozna jakąś dolegliwość psychiczną. Nie musimy zresztą iść do specjalisty – wystarczy wypełnić ankietkę w ilustrowanym piśmie i od razu dowiemy się, że mamy jakiś poważny feler.

Ponieważ Amerykanie kochają statystyki, naliczyli się już milionów ludzi mających określoną fobię. Fobii tych jest więcej niż ludzi, gdyż każdy z nas ma przecież więcej niż jedną.

Nie ma więc dzisiaj uczniów leniwych, dzieci niesfornych, małych chuliganów. Są to wszystko młodzi ludzie z zespołami chorobowymi, które należy rozumieć, tolerować i leczyć. Najlepiej pigułkami, mamy ich więc multum.

Ponieważ każdy ma jakąś chorobę psychiczną, nikt nie jest już niczemu winien. Nie wolno go zwolnić z pracy, bo byłaby to dyskryminacja osoby niepełnosprawnej. Nie można Jasiowi dać dwójki za złe zachowanie w klasie, bo on ma przecież ADD, a przy okazji jego ojciec jest AA.
Bo można też dziś wiele zwalać win na ojców i matki. Freud zacierałby ręce – matka wszystkiemu winna, za stłumioną seksualność, kompleksy, za zbrodnie nawet.

Rozgrzesza się dziś nie tylko niegrzeczne dzieci, ale i dorosłych. Kobieta i mężczyzna pozostający w relacji bezustannie analizują siebie, doszukują się przyczyn swoich słabości (znowu matka winna), chodzą do psychologa, a nawet chodzą razem do poradni małżeńskich. Mamy jakąś ogromną, dziecinną wręcz potrzebę, aby nas rozumiano – a przecież zrozumieć się nie da, skoro jesteśmy wszyscy tak pokomplikowani, a na dodatek nienormalni.

Fakt, że ktoś nie jest normalny – a nie jest już nikt – jest wystarczającym powodem, aby wybronić przed wyrokiem przestępcę. W amerykańskich sądach nieustannie czyni się ze zbrodniarza ofiarę: systemu społecznego, kapitalistycznego wyzysku, rasizmu, seksizmu, innych izmów. No i oczywiście matka winna jest też. Sale sądowe pełne są płaczących osiłków zaniedbywanych kiedyś przez mamusię. Niejeden dostanie dzięki temu zmniejszony wyrok, a w Skandynawii, kto wie, może od razu wypuszczono by go na wolność i skierowano na resocjalizację w jakimś ogródku albo przedszkolu.

Czy w każdym z nas jest odrobina szaleństwa? Nie. Ale szaleńcy są wśród nas, więc ich szanujmy, bo są inni od nas. Kto wie, może lepsi, a na pewno – ciekawsi.

Autor: Jan Latus