Wdzięczność, przebaczenie czynią świat lepszym

43
FOTO: PEXELS.COM

Gdy piszę do Państwa te słowa, jest połowa listopada. Za moim oknem już śnieg, bo zima przyszła do nas w tym roku wyjątkowo wcześnie. Wczoraj przy kolacji rozważałyśmy z Młodszą, czy nie odpuścić sobie w takim razie dekoracji z indykiem w tle i nie przejść w tym roku od razu do bombek oraz bałwanków. Dziś nowy dzień i dekoracje to ostatnia rzecz, o jakiej myślę.

Czekam na wieści od rodziny w Polsce. Przyniosłam z piwnicy walizkę, choć postawiłam ją w szafie, żeby na nią nie patrzeć, i nie przywiodłam się jeszcze do tego, by zacząć zdejmować z wieszaków ubrania. Nie sprawdzałam też cen biletów lotniczych. Jedyny plan, który w tej chwili posiadam, to myśl, że jestem gotowa. Wystarczy sygnał, a będę w drodze.
Choroba i wizja śmierci najbliższych potrafi wywrócić nam życie w jednej chwili. Zlikwidować każdy plan dotyczący tzw. codzienności, bo w obliczu spraw ostatecznych codzienność znika pierwsza. Nie wiem, gdzie będę, gdy przyjdzie Dziękczynienie. Nie wiem, gdzie będę w Boże Narodzenie. W Polsce z tamtejszą rodziną, czy w USA z moimi dziećmi? Mam serce przełamane na pół i wcale nie pomaga, że zaistniała sytuacja nie jest dla mnie zaskoczeniem. Taki obrót spraw brałam pod uwagę od dłuższego czasu, nawet podejmowałam świadome wysiłki, by się z nim oswoić. Sęk w tym, że choroby i wizji śmierci najbliższych nigdy oswoić się nie da i nie pomogą żadne triki. Jedyne co można to się im poddać. Zaakceptować je w każdej formie, w jakiej się pojawiają.

Sytuacja rozdarcia i niepewności, i oczekiwania podszytego strachem, jaki to dokładnie scenariusz przewidziało dla mnie życie na najbliższy czas, nieoczekiwanie łączy się z tematem Dziękczynienia w sposób, którego do tej pory nie dostrzegałam. Równie niespodziewanie dodatkowe pięć groszy refleksji dorzucił film, który właśnie obejrzałam.
Był to odcinek brytyjskiego serialu „Poldark”, opowieści z przełomu XVIII i XIX wieku, a dokładnie scena, gdzie przyjaciel głównego bohatera, niezasłużenie skazany na śmierć, żegnał się ze swoją czarnoskórą żoną, byłą niewolnicą z Hondurasu, którą wyzwolił i potem poślubił.
– Pamiętasz, jak się poznaliśmy? – pytał ją w ostatnich minutach swojego życia.
– Oczywiście! – odpowiedziała. – Przyszyłam ci guzik do koszuli. A ty mnie zapytałeś, jak możesz mi się za to odwdzięczyć.
– A ty wtedy powiedziałaś: spraw, by ten świat był lepszy.
– I ty tego dokonałeś. Dziękuję ci! – odpowiedziała kobieta.
Dlaczego pomyślałam tutaj o Dziękczynieniu? Bo uroczysta kolacja spożywana co roku w amerykańskich domach to przecież nie tylko rodzaj hołdu, składanego dzielnej społeczności pierwszych osadników, którzy ujarzmili żywioły obcej ziemi, nie poddali się przeciwnościom losu i osiągnęli swój chlubny cel. Dali, symbolicznie rzecz ujmując, początek nowemu życiu: nowemu państwu, nowemu narodowi, nowej kulturze. To także przypomnienie, że celem każdego ludzkiego życia jest mieć marzenia, a realizując je czynić świat wokół lepszym. I osiągać ten cel na drodze uczciwej pracy, podług naszych talentów oraz we współpracy z innymi, nawet jeśli mają odmienny od naszego wygląd, język, obyczaje.
Chyba nie trzeba nikomu przypominać, że żyjemy w czasach rekordowej polaryzacji i podziałów między ludźmi na niwie politycznej i ideologicznej. Mury wyrastają nawet między członkami tych samych narodów, o podziałach między ludźmi odmiennych ras i kultur nawet nie ma co wspominać, sytuacja jest katastrofalna. A ponoć to nie koniec, to początek i idzie ku jeszcze gorszemu. Dyżurny dowcip o tym, jak to dziękczynna kolacja zmienia się w spektakl wylewania na siebie żalów i obelg, i zamiast się kochać, biesiadnicy zaczynają się jeszcze bardziej nienawidzić, nabiera dziś całkiem nowego znaczenia. Przestaje być śmieszny, jest coraz bardziej straszny.

Od wyjazdu z Polski rzadko zasiadałam z moją polską rodziną do stołu. Na palcach jednej ręki policzę, ile razy siadałam do tego stołu z ojcem, który leży dziś w szpitalu, i wiele wskazuje na to, że jego czas się kończy. Niewykluczone, że Dziękczynienie po tej stronie świata będzie więc dla mnie w tym roku świętem o całkiem innej wymowie po przeciwnej stronie globu. Miałam z ojcem niezwykle skomplikowane relacje, przez większą część życia cieszył mnie fakt, że nie siadamy do tego wspólnego stołu i więcej nas dzieli, niż łączy. Rzecz w tym, że doświadczenia, jakie zbieramy już jako dorośli ludzie, najczęściej weryfikują wiele naszych postaw, a format naszych relacji z rodzicami i najbliższymi najbardziej. Gdzieś na dnie duszy, wyobrażając sobie rzeczywistość równoległą do tej, w której jestem, widziałam te wspólne posiłki i wspólne święta. Tlił się we mnie ogarek nadziei, że wciąż jest czas, że jednak nadejdą dni, gdy ta druga rzeczywistość wniknie w pierwszą i zrobi się z nich jedność. Zabrakło czasu. Życie bowiem nigdy nie czeka, aż będziemy na coś gotowi. To my powinniśmy być gotowi żyć i robić wszystko, co jest dla nas w tym życiu ważne, póki to życie mamy. Przeglądając się w lustrze spraw ostatecznych, bogaci czy biedni, skłóceni ze sobą czy pogodzeni, zobaczymy jedno: jak mało mamy tego czasu na większość ważnych rzeczy, w tym na to, by ze sobą być. I by czynić świat lepszym poprzez to, że budujemy wspólnie, zgodnie, pożytkując energię na burzenie między nami murów, nie na ich wznoszenie.
Nad to wszystko zaś wyrasta rzecz nadrzędna: potrzeba przebaczenia. Czy można być prawdziwie wdzięcznym, żywiąc w sercu urazy? Czy można coś szczerze świętować odczuwając jednocześnie pogardę i nienawiść?
Gdziekolwiek, jakkolwiek będą Państwo spędzać tegoroczne Dziękczynienie, życzę wszystkim, byście świadomie dokonali aktu przebaczenia i pojednania, szczególnie z najbliższymi. Poczujecie, że nie ma w życiu rzeczy ważniejszej i pilniejszej.