Wewnętrzna emigracja

118
Od kotów nauczyłam się ich spokoju w przyjmowaniu tego, co daje mi los. FOTO: PEXELS.COM

Obserwując zachowanie moich kotów doszłam do wniosku, że są to zwierzęta, które idealnie potrafią zadbać o swoje potrzeby. Żyją spokojnie, dużo śpią, a właściwie udają, że śpią, bo obserwują świat spod lekko uchylonych powiek. Nawet gdy mają zamknięte oczy, to chłoną wszystko wokół innymi zmysłami, udając przy tym zupełną obojętność.

Nie ekscytują się zbytnio niczym, nie widziałam, żeby któryś mój kot biegł, machając ogonem lub sycząc ze złości, słysząc dzwonek u drzwi. Koty przyjmują świat takim, jaki jest. Bardzo subtelnie pokazują, że tęsknią, bo przecież tęsknią. Nie wyją godzinami podczas nieobecności pana w domu. Nie skaczą z radości, gdy wracam, nawet po dłuższej nieobecności, raczej z godnością otrą się o nogi, łaskawie pozwolą się pogłaskać. Od kotów nauczyłam się właśnie ich spokoju w przyjmowaniu tego, co daje mi los. I od kiedy uświadomiłam sobie, że mogę jak one zawsze zaszyć się w jakimś kącie i w spokoju rozważyć dalsze kroki, zamiast reagować od razu, czuję się o wiele bardziej komfortowo.

Może dlatego nie wpadłam w panikę podczas pandemii koronawirusa, tylko spokojnie dostosowywałam się do warunków? Widzę jego negatywne skutki globalnie, lokalnie i indywidualnie, ale dostrzegam też pozytywy, które wzmocniły mają odporność psychiczną i teraz jestem dużo silniejsza niż pół roku temu. I dziś, kiedy trudno o optymistyczne wieści, bo z dnia na dzień wzrasta liczba zachorowań, a szczyt jesienny ciągle przed nami, przyszło mi do głowy, żeby wypunktować to, co najbardziej pomogło mi zachować pogodę ducha i bez strachu patrzeć w przyszłość. Ponad wszystko, co tutaj napiszę, najważniejszy jest fakt, że żyją wszyscy moi bliscy i nikt ciężko nie ucierpiał. Zbawieniem dla mnie chyba było, wzorem moich kotów, odcięcie się od świata na tyle, by być na bieżąco tylko z tym, co mnie bezpośrednio dotyczy lub mogę to tu i teraz zmienić. Resztę puszczam mimo uszu.

Łapię się na tym, że coraz częściej uciekam w wewnętrzną emigrację, przestaję komentować wiele wpisów na FB, coraz częściej przeglądam, a nie czytam, informacje w internecie czy gazetach albo zasypiam w połowie wiadomości politycznych. Uciekam do tego, co stałe, przewidywalne i pod kontrolą, do dobrze znanego mi świata książek, muzyki i na nowo okrytej pasji – filmów na pewnym znanym kanale. Takiej liczby filmów i seriali, które obejrzałam przez minione pięć miesięcy, nie widziałam przez ostatnie 10 lat. Odkryciem dla mnie jest kino hiszpańskie i, największe moje zdziwienie, niemieckie. Dom wypełnia muzyka, zapachy eksperymentów kuchennych moich dzieci (całkiem udanych) i leniwy spokój. Na wszystko mamy czas. Nie nastawiam budzika na 5 rano. Nie denerwuje się, że już 23, a ja jeszcze nie śpię, więc cały dzień będę półprzytomna. Nigdy nie mieliśmy tyle czasu dla siebie. Robimy wszystko na swoich warunkach i chyba po raz pierwszy w życiu tak bardzo żałuję, że finanse nie pozwalają mi na to, by taki stan trwał i trwał… Dotąd wydawało mi się, że dużo ze sobą rozmawialiśmy. Dziś uważam, że w większości wymienialiśmy informacje, a rozmawiamy, dyskutujemy, sprzeczamy się, argumentujemy na różne sposoby dopiero teraz. I dobrze mi na tej emigracji. Na mojej zielonej wyspie. Za każdym razem, gdy realia zmuszają mnie do powrotu i zderzam się z polską rzeczywistością, ze smutkiem odnotowuję, że coraz gorzej się z tym wszystkim czuję i zazdroszczę Skawińskiemu jego latarni…