Wielka migracja (nie tylko pana P.)

284
Największym zagrożeniem, jakie niesie ze sobą pandemia koronawirusa w USA, jest widmo wyludnienia się wielkich amerykańskich miast FOTO: PEXELS.COM

Pan P. robił się coraz bardziej niespokojny i coraz częściej opuszczał swój dom w celu zrobienia rekonesansu. Sprawdzał, podglądał, porównywał, sporządzał bilanse. Uważnie ważył wszystkie „za” i "przeciw”. Decyzja nie była łatwa, przez lata szczerze kochał swoje stare „śmieci”, ale miarka się przebrała i nie można było dłużej zwlekać.

Z nowym sąsiadem z pokoju obok wytrzymał rok. Gość był hałaśliwy i źle wychowany, za to roszczeniowy, aż przykro było patrzeć. Zachowywał się, jakby mu się wszystko należało, nic wokół siebie i dla siebie robić nie miał zamiaru, za to dla rozrywki, a może z czystej bezczelności, kto go tam wie, potrafił szkodzić innym, i to znacznie.
Dom, dawniej czysty i spokojny, dzisiaj pozostawiał wiele do życzenia. Najgorzej przedstawiały się sprawy sanitarne. Zaniedbywane, sprawiały, że przykry swąd ubikacji prześladował pana P. już nawet w jego prywatnej kwaterze, nawet w kuchni! Cały ten stres, brud i złe towarzystwo zaczęły mu odbierać ochotę na jedzenie. To ostatecznie przesądziło sprawę. Zaczął poważnie rozważać przeprowadzkę.
Problem był tylko jeden. W domu, który sobie upatrzył, był już komplet lokatorów. Tak mu w każdym razie mówiono, gdy zjawiał się pod drzwiami i prosił o wpuszczenie do środka, skromny poczęstunek, najchętniej w postaci mleka, i choćby kilka chwil razem w tym porządnym, przyzwoitym miejscu. Jeśli nikt mu nie otwierał, sam wpuszczał się do ogródka, gdzie najchętniej odpoczywał w cieniu owocowych drzew lub sąsiedztwie zadbanych kwiatowych rabatek.

Pan P. jest kotem moich sąsiadów i od kilku tygodni niemalże mieszka na moim ganku, a mój ogród traktuje jak własny. Sąsiedzi są miłymi ludźmi, jednak odkąd nabyli psa, życie pana P. bardzo się skomplikowało. Niedawno – proszę mnie nie pytać o kulisy tej decyzji – rodzina wyjechała na dwa tygodnie na kemping. Pies pojechał, a pan P. został powierzony opiece nastolatka z sąsiedztwa. Nie wiem, jak miała się sprawa z tą opieką, nie zdziwiłabym się jednak, gdyby podczas wizyt opiekun ani razu nie zastał swego podopiecznego w domu. Pan P., wyposażony w możliwość wychodzenia na zewnątrz dzięki drzwiczkom „doggie door”, właśnie wtedy niemalże przeprowadził się do nas. Na każdy poczęstunek reagował jak więzień przez rok trzymany tylko o chlebie i wodzie. O tym, że za desperacką decyzją jego „przeprowadzki” stoją pogarszające się warunki bytowe, dowiedzieliśmy się od najmłodszej córki sąsiadów. Zwierzyła się, że pan P. i pies wciąż się ze sobą nie dogadują, a jej starszy brat odpowiedzialny za kota od jakiegoś czasu nie zajmuje się ani kotem, ani w ogóle niczym. Odkąd skończył 13 lat i oficjalnie proklamował się „nastolatkiem”, ma „wywalone” na absolutnie wszystkie domowe obowiązki. Na razie rodzice wciąż z nim walczą i nic za niego nie robią, kota więc, z czystej litości, od czasu do czasu ogarnia ona sama.
Nie ma problemu, bylibyśmy w pełni gotowi adoptować pana P., skoro zdaje się, że on już adoptował sobie nas, sęk w tym, że kot, który już u nas mieszka, jest z gatunku rottweilerów, jeśli chodzi o rozumienie słów „moje terytorium”. Choć sięga panu P. do ogona, a sam pan P. na jego widok robi rozanieloną, minę, każda, jak dotąd, próba przedstawienia sobie tej dwójki kończyła się pełną gotowością bojową naszego wąsatka.

Opisałam Państwu tę historyjkę nie dla rozrywki jednak. Może już i do Państwa dotarły wieści, że po zagrożeniach zdrowotnych i ekonomicznych największym zagrożeniem, jakie niesie ze sobą pandemia koronawirusa w USA, jest widmo wyludnienia się wielkich amerykańskich miast. Za tą „plagą” stoi kilka czynników:
– permanentnie zmieniona przez ostatnie miesiące struktura pracy – rzesze pracowników dostały pozwolenie, a niekiedy nawet odgórny nakaz, by odwiązać się od firmowych biurek i pracować z domu bądź skądkolwiek im pasuje,
– plajta wielkomiejskiego sektora rozrywki, gastronomii i noclegu – bez tego wielkie miasto utraciło swój seksapil i dla przyjezdnych, i lokalsów,
– rosnąca przestępczość, poczucie pogarszającego się poziomu życia mimo zwiększających się nań nakładów.
Tylko w ostatnim tygodniu wpadły mi w ręce dwa przygnębiające reportaże. Jeden o tym, że odsetek pustostanów w NYC osiąga już rekordowe poziomy, a nowych lokatorów brak pomimo obniżek czynszu nawet o 25%. Drugi z przeciwnego wybrzeża: w Los Angeles także trwa istny „exodus”, podobno są dzielnice, gdzie na sprzedaż wystawione są już niemal całe ulice.
Trudno być tym obrotem spraw zaskoczonym, ale jedno powinniśmy sobie wyjaśnić. Pandemia zapewne przyspieszyła ten trend, ale w żaden sposób go nie sprokurowała.

Amerykańskie miasta, w tym te postrzegane jako ikony Ameryki – z Nowym Jorkiem, Los Angeles, Chicago i San Francisco na czele – marnieją i zapadają się pod własnym ciężarem nie od wczoraj. Na forum społecznościowym Polonii w moim stanie, tak się składa, że z opinią atrakcyjnego antidotum na udręki egzystencjalne i mieszkaniowe, szczególnie rodaków z Chicago i okolic, debaty nad tym, czy i gdzie się przeprowadzić, trwają od lat. Utracone poczucie bezpieczeństwa, nieuzasadniona drożyzna i kiepska jakość życia to naczelne argumenty wysuwane przez ludzi podejmujących decyzję o „ucieczce z kina „Wielkie miasto”.
Oczywiście, że szkoda, jeśli Nowy Jork nigdy już nie będzie Nowym Jorkiem, jaki się znało lub chciało się znać. Czy jednak nagłe odcięcie krwi pompowanej do tej pory w żyły tego miasta przez jego strefę kultury i rozrywki uratowałoby jego żagle przed postrzępieniem w obliczu wichury szalejącej wokół nie od dziś ? Nie. Ocalenie byłoby – nie sądzę, że wciąż jest – możliwe wtedy, gdyby akcję ratunkową wdrożono dużo wcześniej. Gdyby jako kraj Ameryka podjęła walkę ze swoją biedą i bezdomnością, ze zorganizowaną przestępczością, z ekonomicznymi nierównościami, których nigdzie nie widać i nie czuć bardziej niż w metropoliach. Tam bowiem materializują się pod postaciami kolejnych ulicznych rozruchów i miniwojen o taki czy inny cel, którego nazwa się zmienia. Nie ma się jednak co oszukiwać, cel jest zawsze taki sam. Amerykańskie metropolie są od lat główną areną targów i rozliczeń między częścią Ameryki, która czuje się z jakichś powodów oszukiwana i lekceważona, a resztą, postrzeganą jako klasa, która niesprawiedliwie posiada i jeszcze bardziej niesprawiedliwie rządzi. Ameryka pozwoliła dorosnąć całemu pokoleniu pozbawionemu perspektyw, acz świetnie zdającemu sobie z nich sprawę dzięki nowoczesnym technologiom, któremu na imię „urbanistyczna nędza z kieszonek biedy inner cities”. Latami zamiatała życie i problemy tych ludzi i dzieci pod dywan. Pod dywanem jest dziś jednak już za dużo, przestało się mieścić. Wielu czuje, że powierzchnia dywanu już nigdy nie będzie płaska i nie da rady na niej stać dłużej. Rejterują więc niczym szczury z tonącego statku i nie można mieć do nich o to nawet pretensji.
Nie mam problemu z goszczeniem pana P. na mojej posesji. Gdyby się jednak zdarzyło, że zadamawia się u mnie cały legion panów P., musiałabym, chcąc im pomóc, kilka rzeczy zmienić i przeorganizować, by nowy dom zbyt szybko nie zaczął im przypominać starego, z którego wynieśli się ze wstrętem. Pustoszenie amerykańskich metropolii też będzie jedynie częścią nowego wyzwania dla Ameryki. Bo będzie przecież chodziło o to, by problemy, które puściły w ruch domino migracji, nie zatopiły statków gościnnie przyjmujących rozbitków na swe pokłady.