Wina i nawet wino nie pomoże

0
3

Spoglądam na telefon i mam poczucie winy, że brakuje mi ochoty, by go podnieść i wyszukać numer mamy. Kiedy ostatni rozmawiałam z nią jak kiedyś, gdy była moją ucieczką przed światem, schronieniem przed każdym deszczem i wichurą i kamiennym ramieniem, na którym mogłam oprzeć każdy mój ciężar? Nie pamiętam, wydaje mi się, że w innym życiu. Dzisiaj to ona potrzebuje za plecami mocnej ściany, by się jej przytrzymać, nie upaść. Dobrych nowin, które choć na chwilę rozjaśnią mroki strachu przed zmianami, których u siebie nie akceptuje. Autorytatywnych stwierdzeń na każdy temat, by powstrzymać dekompozycję rzeczywistości, a najlepiej złożyć ją na powrót w sensowną całość, która ma i kształt, i cel, i wciąż zapowiada dobre rzeczy na przyszłość.

– Po prostu mnie zostaw, dobrze? – Starsza odpycha mnie każdą swoją cząstką.
Ma zły dzień. Złe dni leją się ostatnio ciurkiem. Pierwsza praca okazała się ponad jej siły, fizyczne i psychiczne, i choć broniła się jak lwica do ostatniej chwili, podjęła decyzję o rezygnacji. Ambitna, wiedząc, że dawała z siebie wszystko, nie umie jednak przestać się ze sobą bić. Czuję się winna, że w ogóle jej na tę pracę pozwoliłam. Wiem, że czułabym się winna, gdyby jej na tę pracę nie pozwoliła. Życiowe doświadczenie to jest coś, co podobno liczy się najbardziej. Tylko jak je liczyć, gdy sprowadza się do cierpienia, a tam, gdzie miało dodać sił, tylko ich ujęło? Powinnam była lepiej ją nauczyć? Wybrałam nie ten przekaz, opowiadając jej co dzień, że może zmienić świat na lepsze, a ludziom na tych zmianach zależy? Powinnam była zamiast tego hartować ją jak stal, trenować w technikach samoobrony przed ludzkim chamstwem, egoizmem i manipulacją? Sama do dzisiaj tych sztuk nie opanowałam. Moja wina.
Młodsza wyszła na dwór. Zamknęłam się w gabinecie, bo mam zaległości w pracy. Kontuzjowane ramię nie zawsze na zawołanie pozwala mi usiąść przed komputerem.
– Zawieź nas na lodowisko! – Młodsza materializuje się w progu po kwadransie, w dodatku nie sama, lecz z drużyną przyboczną sąsiadów.
– Oszalałaś! – wykrzykuję w pierwszym odruchu, a w drugim poczucie winy zalewa mnie z głową, aż do bezdechu, jak morska fala nurkującego zbyt blisko przy brzegu amatora koralowców.

Młodsza przeżywa fazę zauroczenia łyżwiarstwem figurowym. Od olimpady spędzamy na krytym lodowisku kilka popołudni w tygodniu. Zrobiła wielkie postępy w technice i jest to dla niej chwilowo najważniejsza sprawa na świecie. Czuję się winna, że chcę jej odebrać radość. Że uchylam się od rodzicielskiego obowiązku. Że czas ucieka szybciej niż rozpędzony pociąg. Za okamgnienie wszystkie nasze wspólnie spędzone chwile będą tylko błyskiem flesza z tyłu głowy, wywoływanym do odpowiedzi uczniem w ławce pamięci.

Czuję się winna wobec przyjaciółki, dla której już od kilku tygodni nie mam czasu. Wobec nieugotowanego obiadu, który zastąpiłam mrożoną pizzą. Wobec samochodu, który jeszcze nigdy wcześniej nie jeździł tak długo bez wizyty w myjni i bez styczności z odkurzaczem. Wobec miniaturowych figurek w ogrodzie, które przestały, nieuprzątnięte przez całą jesień i zimę, utonęły pod zbutwiałymi liśćmi i śmieciami. Z niektórych prawie doszczętnie zeszła farba, a kilka nawet straciło kończyny. Jak wszystko, co wokół nas martwe i służące jedynie do dekoracji, nie potrafią przecież same odejść we właściwym czasie. Przypominają tym dobitniej o naszych obowiązkach, planach, ambicjach. Wpędzają w poczucie winy gorzej niż dentysta niezadowolony ze stanu naszych dziąseł i indagujący na okoliczność częstotliwości używanie nitki dentystycznej. Codziennie? Naprawdę? Ciekawe…

Podobno możliwe jest życie bez poczucia winy. Podobno wszystko jest wyłącznie wytworem naszej głowy. Podobno świat uśmiecha się do nas przez cały czas, tylko my tego nie widzimy. Podobno istnieją ludzie, którzy są tego żywym, chodzącym przykładem. Jestem pewna, że gdyby w końcu udało mi się ich spotkać, w końcu wyjaśniliby mi, jak to robić. Do tego czasu, obawiam się, poczucie winy będzie mnie dopadać regularnie, a ja będę sobie z nim radzić lub nie radzić, w zależności od splotu okoliczności, w tym takich, na które nie mam w ogóle wpływu.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney