Wirus zadłużenia

166
FOTO: PEXELS.COM

Obecny kapitalizm przeszedł swoistą metamorfozę – z kapitalizmu przemysłowego, jaki opisywał Karl Marks, na kapitalizm zakażony wirusem ekonomicznym, który nazwałbym „kapitalizmem zadłużenia”.

Interesujące jest to, że komunizm, albo raczej jego sowiecka wersja, też cechował swoisty wirus, który polegał na pomyśle „centralnego planowania”. Doprowadziło ono sowiecki komunizm do implozji z uwagi na idiotyczność założenia, że całą gospodarkę można z centralnego punktu planować. A więc 30 lat temu zbankrutował sowiecki model ekonomii i na polu bitwy ostał się model amerykański, u którego podstawy od jakiegoś czasu zaczął kiełkować wirus metody oparcia całej ekonomii na systemie bankowym, sterowanym przez kredyty udzielane nie tylko przemysłowi, ale z czasem i indywidualnym ludziom w postaci kart kredytowych i kredytów na szereg produktów, jak samochody, domy (hipoteki), meble oraz artykuły codziennego użytku, czy też na luksusy, a nawet na zdobycie wykształcenia.

To omotanie społeczeństwa kredytami nie jest niczym innym jak tylko formą niewolnictwa, podobną do XIX-wiecznego przywiązania chłopów do ziemi. Niewolnictwa stosowanego zgodnie z literą prawa. Niewolnictwa „liberalnego”, jako że w odróżnieniu od komunizmu nikt nam nie przystawiał pistoletu do potylicy, abyśmy zaciągnęli kredyt. Tego rodzaju kapitalizm doprowadził do szybkiego rozwarstwienia klasowego, poprzez zubożenie klasy średniej, poprzez niemożliwe do spłacenia kredyty, i powstanie klasy bankierów, którzy tymi kredytami zarządzają. Pisząc o klasie bankierów nie mam na myśli rzeszy słabo płatnych kasjerów i innych urzędników pracujących w sektorze bankowym, ale właścicieli tego sektora ekonomii pasożytniczej, jaki stanowią banki i firmy ubezpieczeniowe, zdzierające ze społeczeństwa olbrzymie premie, bez dostarczenia liczącej się wartości, np. w dziedzinie ubezpieczeń chorobowych.
Kapitalizm kredytowy opiera się na założeniu stabilności całego dokładnie wyreżyserowanego systemu ekonomicznego. Jego funkcjonalność nagle się załamuje, jeśli do gry ekonomicznej zakrada się jakiś uboczny, niekontrolowany przez rząd czy banki element. A tym elementem ostatnio stała się epidemia koronawirusa. Nagle kraj, a nawet świat zalała rzesza bezrobotnych, niezdolnych do spłacania zaciągniętych kredytów. Co gorsza, życie na kredyt nie dotyczy tylko społeczeństwa, ale także całego aparatu rządowego, łącznie z armią i opieką socjalną nad rzeszą ubogich.

DANE STATYSTYCZNE
Popatrzmy na liczby, które już teraz są grubo zaniżone:

  1. W lutym 2020 suma długów amerykańskiej rodziny stanowiła 14 trylionów dol.
  2. Średni dług na jedną amerykańską rodzinę wynosił w roku 2018: 144 100 dol.
  3. Średni dług przeciętnego Amerykanina na kartach kredytowych: 6200 dol.
  4. Liczba Amerykanów, którzy nie spłacają długów na kartach kredytowych w ciągu 30 dni: 77 milionów (liczba mieszkańców USA – 330 mln)
  5. Jaki procent płaci Amerykanin bankowi albo instytucji, która wydała mu kartę kredytową? W najlepszym wypadku niespłacony w ciągu 30 dni dług będzie obciążony 16-procentową karą. Natomiast karty kredytowe wydawane przez domy handlowe albo linie lotnicze obciążają klienta karą 23 proc.
  6. Na skutek długów niespłaconych tylko w roku 2011 zbankrutowało 1,4 mln Amerykanów
  7. Liczba domów, które zostały przejęte przez banki od roku 2009 do 2011 – 7,6 mln
  8. Niespłacone hipoteki na domy w lipcu 2012 – 7,58 proc. wszystkich długów hipotecznych.
    Powyższe dane dotyczą okresu względnej prosperity. Teraz jednak sytuacja diametralnie się zmieniła. Na dzień 28 maja 2020 bezrobocie osiągnęło 40 mln osób, stanowiących około 20 proc. wszystkich uprzednio zatrudnionych, aczkolwiek oficjalne statystyki podają tylko 14,7 proc. Powyższe dane o zadłużeniu Amerykanów są już przestarzałe. Z każdym dniem słyszę, że nasz rząd rozdaje pieniądze na prawo i lewo, czyli się zadłuża, aby zapobiec rebelii ludzi, którzy będą głodni z powodu utraty pracy w wyniku epidemii COVID-19.

PYTANIE PIOTRUSIA
Dwa lata temu odwiedziła mnie siostrzenica z dwojgiem dzieci, 14-letnim Piotrkiem i 11-letnim Jasiem. Piotrek urodził się w Bostonie, a Jaś w Londynie, lecz dzisiaj mieszkają w Warszawie. Przy stole, podczas obiadu, Piotrek zapytał mnie znienacka: wujku, powiedz mi, jak zostać bogatym? Byłem zaskoczony tym pytaniem, które wymagało szybkiej odpowiedzi, jako że młody człowiek na pewno nie lubi długich wykładów. Odpowiedziałem więc: żeby zostać bogatym, należy być naprzód głodnym. Dalsza rozmowa na ten temat została przerwana przez matkę chłopca, która uznała, że pytanie syna jest nie na miejscu. Dzisiaj być może Piotrek zapomniał o tym pytaniu i na pewno nie zrozumiał, co miałem na myśli mówiąc, że trzeba być naprzód głodnym. Niemniej dzisiaj, po dwóch latach, pytanie chłopca nie daje mi spokoju. Czy Piotrek nie dokończył swego pytania, które winno brzmieć: „Wujku, powiedz mi, jak szybko można zostać bogatym?”. Czy moja odpowiedź winna być: „W moim przypadku zostałem bogatym pracując na to 50 lat?”.
Tutaj nasuwa się następne pytanie, czy kraj, do którego przybyłem 50 lat temu, jest tym samym krajem, w którym żyjemy dzisiaj? Czy klimat, a raczej ideologia kraju kapitalistycznego jest ta sama? Po zastanowieniu się twierdzę, że dzisiaj młody człowiek, jak Piotrek, jest poddany indoktrynacji poprzez propagandę medialną, a także zachęty ekonomiczne do zaciągania długów i szybkiego sukcesu w postaci bogactwa. Stąd też pochodzi tytuł tego artykułu: „Wirus zadłużenia” (mógłby też on brzmieć „Wirus kapitalizmu zniewalającego”).
Dług, nazywany czasami kredytem, który jest nam sprzedawany w mediach, to niejedyny wirus, jaki trapi społeczeństwo amerykańskie, ale także i polskie, które z upadkiem sowieckiego wydania socjalizmu przyjęło system amerykański jako jedenaste przykazanie. A jest także przykazanie numer 12, nakazujące nam: Konsumuj!

KONSUMPCJONIZM
Bez konsumpcjonizmu nie mógłby istnieć wirus zadłużenia. Jest to nieodzowna symbioza tych dwóch społecznych zachowań. Nad przekonaniem nas, że jest coś nam potrzebne, a raczej nieodzowne, pracują tysiące specjalistów od marketingu, czyli propagandy. Można by powiedzieć, że konsumpcjonizm poprzedza zadłużenie, stwarzając nieodzowny klimat do zaciągnięcia długu, aby spełnić marzenia posiadania „czegoś”, zaszczepione w naszym umyśle jako wręcz konieczne.
Jest jeszcze trzeci wirus, tym razem nie indywidualny, ale na skalę całego kraju. Jest nim wirus zadłużenia w handlu międzynarodowym. W amerykańskim przypadku, ale także i europejskim, jest nim wirus deficytu handlowego z Chinami. Ten wirus pod różnymi postaciami zaczął się chyba od momentu, kiedy to prezydent Nixon i jego doradca Kissinger udali się do Chin i przekonali Mao, że współpraca z USA jest korzystniejsza niż współpraca z ZSRR. W tamtym czasie USA były ciągle krajem technologicznie przodującym i uprzemysłowionym. Handel z Chinami nie zagrażał amerykańskiej dominacji ekonomicznej. Kissinger i Nixon nie przewidzieli konsekwencji ich porozumienia z Mao, bo z czasem liczba produktów importowanych z Chin wzrosła do tego stopnia, że bilans w handlu z Chinami stał się dla USA negatywny. Czyli więcej kupowaliśmy niż sprzedawali. Ponadto nikt nie przewidział, że amerykańscy importerzy, żeby sprzedawać więcej na wymagającym rynku amerykańskim, będą musieli nauczyć Chińczyków, jak produkować lepiej i taniej. Najprościej było przenieść produkcję do Chin, jako że amerykańskie związki zawodowe domagały się wysokich płac dla pracowników. Z czasem więc razem z importem z Chin był także eksport, który był bezpłatnym eksportem myśli technicznej z USA do Chin i idące za tym zdruzgotanie amerykańskiego przemysłu produkcyjnego, co widzimy dzisiaj.
Od jakiegoś czasu amerykańska ekonomia stała się ekonomią usługową. Prezydent Trump był pierwszym, który to publicznie zauważył, ale od obserwacji do naprawy jest bardzo długa droga. Trzeba wychować nowe pokolenie zarówno inżynierów, jak i wykwalifikowanych robotników, a to będzie trwać jedno albo dwa pokolenia. Trzeba też zmienić mentalność Amerykanina, który dzisiaj uważa, że najważniejszą miarą jego wartości jest zdolność do zaciągania kredytów. Trzeba też przekonać miliony Piotrusiów, że nie bogactwo jest miarą człowieka, ale jego satysfakcja z wykonywanej pracy, która niekoniecznie musi się przekładać na ulotne dolary, których wartość może zdmuchnąć czyhająca za rogiem inflacja.

JAK UNIKNĄŁEM PUŁAPKI ZADŁUŻENIA
Kiedy wylądowałem w Columbus, Ohio, w roku 1968, miałem co prawda obiecaną pracę, ale tylko 200 dolarów w kieszeni, jakie mi zostały po zapłaceniu biletu lotniczego i czynszu za jeden miesiąc za tzw. kawalerkę z rozkładanym łóżkiem. Moim kapitałem było solidne wykształcenie, które otrzymałem wtedy w PRL-u na Politechnice Wrocławskiej, i chęć sprawdzenia się w obcym dla mnie kraju kapitalistycznym. Firma, która mnie zaprosiła i w której pracowałem przez rok, splajtowała z powodu zaciągniętych kredytów. Następną moją firmę spotkał podobny los. Wtedy postanowiłem założyć własną firmę, ale unikając pożyczek, którą prowadzę do dziś. Po trzech latach moja firma miała już trzech pracowników i sekretarkę, rodowitą Amerykankę, która umiała pisać na maszynie nie robiąc błędów ortograficznych. Ktoś mi poradził, że jak każdy szanujący się biznesmen muszę mieć tak zwaną historię kredytową. Udałem się więc do banku z prośbą o niewielki, krótkoterminowy kredyt. Przyjął mnie uprzejmie wiceprezes banku i zapytał, o jaką sumę się ubiegam i na jak długo? Chodziło mi wtedy o pożyczkę w wysokości 30 tys. dol. z okresem płatności za 3 miesiące. Kiedy bankier się dowiedział, że mieszkam w wynajętym mieszkaniu, nie mam własnego domu, a nawet amerykańskiego obywatelstwa, wyprosił mnie grzecznie z biura z komentarzem: „Mister Czekajewski, gdyby nawet nasz bank pożyczyłby panu te pieniądze, to nie wygląda mi na to, że pan je zwróci. Podejrzewam, że pan weźmie gotówkę i wróci do Europy, skąd pan przybył. Gdzie ja pana będę szukał?”.
Bankier z góry przyjął, biorąc pod uwagę mój słaby język angielski, że jestem złodziejem, który chce ukraść z banku 30 tys. dol. Nie sprawdził stanu mojego konta, na którym miałem sumę większą niż 30 tys. dol., i moim celem nie była kradzież gotówki, ale ustalenie zalecanej mi historii kredytu. Po tej ubliżającej wizycie w banku nigdy więcej nie prosiłem w żadnym banku o pożyczkę, co wyszło mi na korzyść.

Piętnaście lat później, w roku 1989, zostałem wybrany przez międzynarodową firmę konsultacyjną Ernst and Young, z poparciem senatu stanu Ohio, na najlepszego przemysłowca w wysokiej technologii w centralnym Ohio. W czasie uroczystego spotkania w eleganckim hotelu Hyatt zaproszono mnie do odebrania symbolu nagrody i podzielenia się z zebranymi bankierami historią mego przedsiębiorstwa, i moją, czyli jaką przeszedłem drogę „od pucybuta do milionera”. Powiedziałem wówczas: „Dziękuję wszystkim tutaj zebranym przedstawicielom banków za odmówienie mi pożyczki 16 lat temu. Gdyby wtedy pożyczki mi udzielono, mego sukcesu chyba tutaj bym nie celebrował. Dzisiaj jestem jednym z niewielu, który nie jest nikomu winien ani grosza”.