Wybory na sołtysa czy prezydenta?

1
FOTO: EPA

PiS ma Sejm, ale przewaga nie jest na tyle znacząca, by umożliwiała odrzucenie prezydenckiego weta. Senat jest w rękach opozycji. Nadchodzące wybory prezydenckie nabierają przez to szczególnego znaczenia, stają się ostatnią nadzieją i szansą dla obydwu stron.

Jeżeli w Pałacu Prezydenckim pozostanie Andrzej Duda, możemy zakładać, że utrzymany zostanie dotychczasowy nurt polityczny, z tą jedną różnicą, że będzie wolniej, gdyż Senat z całą pewnością nie będzie pracował w „późnych godzinach wieczornych i nocnych”. W szeregach rozproszonej zjednoczonej opozycji też spokojnie nie jest. Porażka oznacza koniec marzeń o chociaż częściowym przejęciu władzy i trwanie przez kolejne 4 lata w obecnym stanie zawieszenia. Widać zatem, że maju 2020 obie strony muszą zagrać va banque – bierze się wszystko albo zostaje z niczym.
Taka jest konsekwencja zwycięskich, chociaż nie do końca wygranych przez PiS wyborów parlamentarnych. Gdyby partia Jarosława Kaczyńskiego posiadała większość zdolną do odrzucenia prezydenckiego weta, albo, idąc jeszcze dalej, gdyby posiadała większość konstytucyjną, byłoby już „pozamiatane”. Nadchodzące wybory prezydenckie można by było potraktować wyłącznie prestiżowo, bo zupełnie nie miałoby znaczenia, kto będzie „strażnikiem żyrandola”. Przy obecnym rozkładzie sił posadzenie „swojego” na fotelu prezydenckim stało się sprawą kluczową.

Nie ukrywam, że w 2015 roku byłam przekonana, iż młody, wykształcony, sprawiający bardzo pozytywne wrażenie Andrzej Duda chce być i będzie prezydentem wszystkich Polaków. Naiwnie wierzyłam, że tak jak przed laty odciął się od Unii Wolności, tak też teraz samodzielnie, bez uwikłania w rozgrywki PiS, będzie sprawował rządy. Niestety, jakoś to wszystko potoczyło się inaczej, niż sobie wyobrażałam. Prezydent Duda szybko zaczął być łączony z nieporadnie prowadzoną, choć z drugiej strony niezwykle potrzebną, reformą sądownictwa, która – o zgrozo! – sygnowana była twarzą prominentnego pezetpeerowskiego prokuratora Stanisława Piotrowicza i najgłośniej z wszystkich krzyczącej profesor Krystyny Pawłowicz. Odwróciło się wówczas od prezydenta również całe środowisko prawników Uniwersytetu Jagiellońskiego, macierzystej uczelni, ba, zrobił to nawet jego promotor… A potem było coraz smutniej. Podpisywane nad ranem, przepychane nocami przez Sejm i Senat ustawy. Brak własnego zdania. Milczenie pani prezydentowej, nawet w tak ważnych sprawach, jak reforma oświaty czy potem strajk nauczycieli – a przecież sama wywodzi się z tego środowiska! Jak tak spojrzę wstecz na minione 4 lata, to odnoszę wrażenie jakby nasz prezydent zanikał na całe tygodnie, by potem zabłysnąć na chwilę i znów ukryć się w oczekiwaniu, gdy znów będzie potrzebny…

Obawiam się, że efekt świeżości, nowości i pewnego zaskoczenia Andrzejem Dudą, politykiem dla większości zupełnie nieznanym, bezpowrotnie minął. Nie da rady też wykorzystać genialnego posunięcia z Beatą Szydło jako kandydatką na premiera, która zrobiła świetną kampanię przyszłemu prezydentowi i sobie za jednym razem. Hmm… I co nam pozostało? Niezły wygląd, no prawie niezły… Elegancka żona. Cięta riposta, błyskotliwy intelekt, zgrabne przemówienia, znajomość języków obcych na poziomie dotąd niespotykanym wśród polskich prezydentów. Tylko czy to jest wystarczające? Ale jak nie on, to kto? Ano, chyba nikt… I to jest smutne. Wybory prezydenckie powinny być igrzyskami najlepszych spośród najlepszych, a póki co przypominają poszukiwanie kandydata na sołtysa w Zapyziałym Rogu, gdzie i tak wszystkim wiadomo, że karty rozdaje i liczy ksiądz z wójtem.