Wycieczka do inkubatora

0
5

– Czy mi się wydaje, czy każde miejsce oddalone jest dzisiaj o co najmniej godzinę drogi? – pyta przy kolacji mąż. Plenum rodzinne, rezydenci Kalifornii, przez chwilę drapią się w głowę, naradzają między sobą i pada odpowiedź.
– Nie, nie wydaje ci się. Faktycznie, zazwyczaj bita godzina.
– Z San Francisco do Berkeley bita godzina?
– Bita.
– Z Napy do Vallejo bita godzina?
– Bita.
– Z Krzemowej Doliny do San Francisco?
– O! – tutaj najpierw wymowny chichocik, potem ożywienie. – W tym przypadku to zależy. Godzina może ci minąć na odcinku trzech mil w obrębie samej Krzemowej Doliny.
– A co z rozwojem sieci tramwajów, autobusów metra? Była o tym mowa już 20 lat temu, gdy tu mieszkaliśmy… – przypominam sobie zaangażowane obywatelskie debaty i wymiany opinii na łamach lokalnej prasy. Sama dorzucałam własne grosze, gdy okazało się, że fantastyczne rozwiązanie, jakim miały być pasy „commuter lane” na trasach szybkiego ruchu przez Krzemową Dolinę – wymagana liczba pasażerów w aucie wynosiła co najmniej dwoje – już w rok po ich uruchomieniu były niemal tak samo zakorkowane jak pasy pojedyncze. W chwili obecnej, informują nas krewni, minimum pasażerów dla tych pasów to już trzy osoby, a i tak pomaga tyle, co podmuchać na oparzenie.

Czynię mentalne kalkulacje. Nie jest przesadą dywagować, że jeśli tak, to życie w okolicznościach romantycznie spowitego we mgłę San Francisco, szumiących winnic Napy, a zwłaszcza porywającego i nawet rozrywającego siłą swej innowacji i postępu krwiobiegu Krzemowej Doliny charakteryzowałaby godzina dojazdu w każdy punkt docelowy na mapie tzw. codziennego życia aka prozy życia: do pracy, szkoły, lekarza, na zakupy itd. Zdaję sobie, oczywiście, sprawę, że musi to być wykonalne.

W rejonie Bay Area, czyli okolicach nad zatoką San Francisco mieszka 7 milionów ludzi. Ale albo – z mojego punktu widzenia – są to ludzie zmutowani w celu uzyskania większego stopnia odporności na spędzanie swej prozy życia w fotelu kierowcy, albo nowy szczep Hamleta wyhodowany na gruntach współczesnej Ameryki, który nie widzi dla siebie innego wyjścia.

Praca zapewnia mu ubezpieczenie, na które w przeciwnym razie, zwłaszcza jeśli nabawił się od chwili jej rozpoczęcia, jakiejkolwiek choroby chronicznej, nie będzie go stać. Czy romantycznie spowite we mgłę San Francisco, szumiące winnice Napy oraz porywający i nawet rozrywający siłą swą innowacji i postępu krwiobieg Krzemowej Doliny warte są więcej niż czas, po prostu czas, który można spożytkować na wiele innych sposobów niż korki uliczne? Oto właśnie pytanie i odpowiedź jednocześnie, które 20 lat temu zadaliśmy sobie z mężem, po czym spakowaliśmy walizki.

Dzisiaj odwiedzamy Złoty Stan wyłącznie w celach rodzinnych i turystycznych. Starsza chce wyskoczyć do San Francisco. Odległość między naszą bazą w Napie a metropolią nad zatoką to niecałe 50 mil. Do wyboru jest kilka autostrad. Po kilku dniach smakowania lokalnych warunków drogowych, decydujemy się na przeprawę promem z Vallejo. Krewni zarzekają się, że tak będzie najprędzej, jeśli chcemy się dostać do centrum. Podróż zajmuje dwie godziny. Wspomniana już, obowiązkowa godzina dojazdu własnym środkiem lokomocji do przystani, potem godzina promem.

– A nie mogliśmy wziąć autobusu? – przypomina sobie, już na promie, Starsza.
Prom wypełniony jest pasażerami po brzegi, widać, że to popularna forma komunikacji publicznej.
– Moglibyśmy, gdyby był – zgadzam się. – Niestety żadnego zwyczajnego, liniowego nie ma. Są wycieczkowe dla turystów chętnych obejrzeć winiarnie i minibusy do rezerwacji, jeśli ktoś chce na lotnisko.
– I nikt nie sądzi, że taki autobus by się przydał? Ludzie by na tym tylko skorzystali! – nie ustępuje Starsza.
– Zapewniam cię, że ludzie są jak najbardziej za! Byli już wtedy, gdy tutaj mieszkaliśmy. A gdyby tak jeszcze chociaż z jeden nowy most w okolicach SF? Słyszałaś jak dziadek narzekał. Bay i Golden Gate pochodzą sprzed prawie 100 lat, a najnowszy w okolicy, Dunbarton, ma lat ponad 30. Tylko że przez te 30 lat populacja Bay Area podskoczyła z pięciu do siedmiu milionów.
– No właśnie! Rozwój komunikacji publicznej tym bardziej ma sens. Co stoi na przeszkodzie? Przecież Kalifornia jest liberalna.
– To, co zawsze.
– Czyli… pieniądze?
– Pieniądze, wolność i, powiedzmy, własność!
– Nie, to nielogiczne – Starsza jest poirytowana. – Właśnie wtedy wolność byłaby większa, mielibyśmy przecież większy wybór. A wybór to sama esencja, deklaracja wolności. I w ogóle Kalifornia jest idealnym stanem, po którym powinno się puścić pociągi-bullety, jak we Francji. Dojeżdżałoby się do LA w dwie i pół godziny! Czytałam gdzieś o tym.
– Masz rację. Wyborcy w Kalifornii zatwierdzili plan budowy szybkiej kolei na tym dokładnie odcinku już 11 lat temu.
– Ile? – oczy Starszej robią się jak spodki. – I gdzie jest ta kolej?
– Na papierze. Podobnie zresztą jak tunele Elona Muska, który chciał rozładować korki podróżami pod ziemią. Bo czy nad, czy pod ziemią komunikacja publiczna musi przejeżdżać koło czyjeś albo pod czyjąś własnością ziemską, a prawo do wolności oznacza przecież prawo do wolności od widoku i odgłosów komunikacji publicznej. Tyle i aż tyle. Koniec tematu.
– Bynajmniej – mruczy pod nosem Starsza. – Raczej wstęp do nowego. Że demokracja powinna mieć granice! Bo jest coś takiego jak wspólne dobro i zdrowy rozsądek.

Na twarzy wykwita mi mimowolnie głupi uśmieszek. Wspólne dobro, zdrowy rozsądek. Tak, wypijmy za te ideały. Ojcowie kraju tylko by nam przyklasnęli, bo przecież sami przyjechali tutaj dokładnie po to, by wcielać je w życie. Wychowankowie europejskiego oświecenia, przyjaciele encyklopedystów, idealiści z kwiatkiem w butonierce i nienagannymi manierami. Niestety, „wspólny” ani „zdrowy” to nie są przymiotniki, które adekwatnie opisują dzisiejszą Amerykę.
– Ma – odpowiadam jednak. – Teoretycznie te granice nazywają się politycy.
Starsza wzdryga się jak na widok ducha
– O, proszę cię, nawet nie zaczynaj!
Opiera głowę na dłoni i popada w zadumę wpatrując się w spienione fale zatoki za oknem.
– Mówią, że Kalifornia to inkubator tego, co się będzie działo wszędzie w Ameryce za jakiś czas – rzuca w przestrzeń.
– No mówią – zgadzam się.
– A piszą, że w San Francisco jak nie zarabiasz powyżej 120 tysięcy rocznie, to już dzisiaj nie przeżyjesz. Wiesz, coraz więcej ludzi pracuje na dwóch etatach. A poza pracą życie toczy ci się głównie za kierownicą, tak? – stwierdza. – Ojciec powtarza, że Ameryka to kraj, w którym zmiana pojawia się dopiero wtedy, gdy wszystko zawiśnie dosłownie na ostatnim włosku, nad przepaścią. Jeżeli nie wisimy już nad przepaścią, to ja nie wiem, jak ta przepaść ma wyglądać. I jaka to jest perspektywa?

Zbieram myśli, ale nic nowego, nic, czego jeszcze bym nie powiedziała, nie przychodzi mi do głowy.
– Wiesz co, po prostu nigdy nie zapomnij, że zadawałaś kiedyś to pytanie. A jeszcze lepiej, nie przestawaj go zadawać – mówię w końcu i obie podnosimy się z foteli, bo za oknem już przystań i charakterystyczna linia zabudowy San Francisco.
Podobno trzęsienie ziemi może się tu wydarzyć lada dzień.
Podobno sejsmolodzy są poważnie zaniepokojeni ostatnimi ruchami tektonicznymi wzdłuż linii San Andreasa.
Podobno mimo całej tej wiedzy ubezpieczenie od takiej katastrofy posiada mniej niż 10 procent właścicieli nieruchomości.
I will take my chances – deklarują (podobno!) w kolejnych sondażach i nie zmieniają swego zdania.
Ta katastrofa się wydarzy, choć nie wiemy kiedy. Jest to pewna perspektywa, ale nie napawa radością.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney