Wymiary bałaganu

0
1

Amerykanie sprzątają rzadziej i posiadają zdecydowanie wyższą tolerancję dla bałaganu. Potrafią go znieść wokół siebie więcej i przez o wiele dłuższy czas niż my, Polacy. Rzecz rzuciła mi się w oczy natychmiast po przyjeździe i od tamtego momentu do dzisiaj często się nad tą kwestią zastanawiam. Wnioski, do jakich doszłam, są proste: różnice w naszym podejściu do bałaganu mają podłoże kulturowe, a ukształtowały je po prostu inne warunki życia, z jakimi nasze narody miały i mają do czynienia.

Gros z nas, imigrantów do USA wychowanych w Polsce, dzisiaj rodziców i dziadków, wzrastało w realiach dzielenia przestrzeni mieszkalnej ze znaczącą liczbą innych domowników (powszechna praktyka życia kilku pokoleń pod jednym dachem w domach prywatnych), ewentualnie egzystencji w realiach blokowisk, gdzie przestrzeń mieszkalna była najczęściej mikrusowa. Potrzeba utrzymywania tych przestrzeni w porządku była koniecznością, zwłaszcza że te same pokoje, który służyły za sypialnie, pełniły funkcje pokoi dziennych i miewały wiele innych rozmaitych przeznaczeń (praca, warsztat, lokal przedsiębiorczy itp.). Amerykanie, którzy są dzisiaj w USA naszymi sąsiadami i znajomymi, wychowywali się tymczasem w okresie wielkiego wybuchu „mody” na domy jednorodzinne i tym samym procesu rozdzielania się pokoleń. Ambicją każdej rodziny był własny domek z sypialniami, oddzielnie dla rodziców, oddzielnie dla dzieci, a jeśli to możliwe, to nawet z oddzielnymi sypialniami dla każdego z potomków. Model budownictwa umożliwiał relegowanie funkcji sypialni wyłącznie do celów „sypialnianych”, bo nowe domy obowiązkowo wyposażane były w saloniki, living roomy i jadalnie po to właśnie, by to je wystawiać na widok publiczny. Na tym jednak nie koniec, bo rewolucja mieszkalna zbiegła się w czasie z rewolucją obyczajową. Nastała era „odpływu” matek do pracy zawodowej, a to zainicjowało i utrwaliło obyczaj większych porządków tylko od czasu do czasu, jeśli to możliwe, to przy pomocy zatrudnianych z zewnątrz sprzątaczek. I wreszcie, amerykańscy rodzice tamtych lat doświadczyli rewolucji wychowawczej, ofiarowanej im przez dr. Benjamina Spocka, psychologicznego permisywistę i wielkiego bojownika o prawa dziecka, m.in. do tzw. własnej przestrzeni. Przestrzeń ta to oczywiście przede wszystkim sypialnia dziecka i kąty do zabawy, od których nowocześni rodzice (i ich goście!) mieli się trzymać z daleka w imię rozwoju u dziecka tak ważnych cech, jak odpowiedzialność za siebie i swoje czyny, szacunek do siebie jako człowieka, kreatywność itp. Przypomnijmy, że w tym czasie mali Amerykanie coraz rzadziej też obcowali na co dzień z dziadkami, którzy w wielu kulturach, w tym w naszej, polskiej, przyjmują na siebie spontanicznie silne role wychowawcze i mentorskie, ucząc wnuki tych aspektów codziennego życia, na które brak czasu rodzicom. Idea utrzymywania wokół siebie porządku i znaczenie porządku to często ważna część dziadkowych i babcinych misji wychowawczych. W Ameryce misja ta umarła śmiercią naturalną, na skutek działania sił wyższych.

Nie oceniam czy to dobrze czy źle, że Amerykanie, dla naszych, polskich oczu, to skończeni bałaganiarze, godni najwyższego współczucia. Sedno sprawy w tym, że mieszkając w USA jesteśmy częścią tutejszego społeczeństwa, a nawet, jeśli jako rodzice i dziadkowie silnie hołdujemy obyczajom i standardom wyniesionym z naszych domów w Polsce, nasze urodzone tutaj dzieci mają na te sprawy inny pogląd. Ku naszemu przerażeniu, też stają się bałaganiarzami! Ratunku! Nie piszę tego tekstu, bo znam przepis na ten ratunek. Piszę dlatego, że po raz kolejny wpadła mi w oczy (na ekran komputera) dyskusja między polonijnymi matkami na temat uczenia naszych polonijnych dzieci porządku i poczułam, że… Ale po kolei.

Dyskusja nie była w żaden sposób szczególna. Widziałam już takich wiele, w wielu sama uczestniczyłam, powstała ich już do dzisiaj, podejrzewam, taka masa, że pierwszej od dawna nie widać w mrokach internetowych forów, a od ostatniej dzieli nas nieskończoność. Wszystkie dyskusje wyglądają podobnie. Najpierw pojawia się hasło, że czyjeś dziecko ma skandaliczne nawyki rzucania rzeczy i ubrań na podłogę, tam, gdzie stoi, a na nasze nagabywania, by po sobie sprzątało, pozostaje głuche. Poza pomysłami typu: „zabierz kieszonkowe” czy „zacznij zabierać dziecku to, co dla niego wartościowe i ważne, łącznie z zajęciami pozaszkolnymi”, wcześniej czy później zawsze pojawia się tzw. metoda na czarny worek. Chodzi o to, że sami w pokoju dziecka sprzątamy, wrzucając jednak wszystkie zebrane z podłogi klamoty do wora na śmieci, a wór, w zależności od stopnia naszej zamożności bądź fantazji, albo od razu wyrzucamy na śmietnik, albo dajemy dziecku czas, by jego zawartość od nas w jakiś sposób „wykupiło”. Okazuje się, że większość forumowiczów i forumowiczek zna tę metodę doskonale, następuje jedynie podział na tych, którym udało się ją wcielić w życie z powodzeniem, i na tych, którym się nie udało. Po drodze pojawia się przy tym wątek „tych okropnych Amerykanów”, bo to od nich przecież nasze latorośle przejmują złe nawyki, a jeszcze potrafią się z nami wykłócać, że ich koleżanki i koledzy żyją w jeszcze gorszym bałaganie i nikomu to nie przeszkadza. W końcu dyskusja wchodzi w fazę ostatnią, najbardziej fertyczną. Dzielimy się bowiem jasno na pluton zwycięzców (moje dziecko utrzymuje w swoim pokoju porządek!) i pluton przegranych (na moje dziecko nic nie działa, odpuściłem/ odpuściłam). Wcześniej czy później kulturalna wymiana opinii przeradza się w serię wymiany pocisków artyleryjskich i wtedy zazwyczaj dyskusja umiera. Po to, by się odrodzić już niedługo w jakimś innym punkcie netu.

Pytanie, które czasami pada w czasie dyskusji, brzmi: dlaczego w ogóle temat nawyków porządkowych u naszych dzieci generuje w nas, Polakach, a zwłaszcza polskich matkach, tyle emocji? Odpowiedź jest jedyna słuszna: bo boimy się, że nasze dzieci wyrosną na lenie i brudasy, przecież nam od dzieciństwa wpajano, że porządek w głowie może panować tylko wówczas, gdy panuje fizycznie wokół nas.  Niekoniecznie zgadzam się z ludową mądrością, że „gdy wejdziesz między wrony, musisz krakać tak jak one” (mieszkamy w USA, żyjmy jak Amerykanie), ale też nie do końca jestem przekonana, iż metoda wychowywania poprzez odbieranie, zwłaszcza tego, co dziecko ceni sobie szczególnie, to najlepsza droga. Dodatkowo, jako matka weteranka życia pod jednym dachem z nastolatkami, dodam, że po początkowym okresie intensywnych poszukiwań i próbach wielu rozmaitych rozwiązań odnośnie całej gamy wyzwań rzucanych rodzicowi pod nogi wraz z nastoletnim wiekiem jego dzieci, doszłam do wniosku, że najbardziej lubię te rozwiązania, które redukują, nie podnoszą, w moim domu poziom stresu i wzajemnych niesnasek. Wreszcie, pamiętam do dziś podsłuchane w rozmowach między moją mamą a jej siostrami: „Wciąż to sprzątanie i sprzątanie, człowiek jest po prostu niewolnikiem domu!”. Wyznaniom za każdym razem towarzyszyło wyraźne poczucie żalu, złości i ogólnego niezadowolenia z życia.

Każdy, oczywiście, żyje wedle własnych standardów. Mnie z biegiem czasu coraz mniej zajmuje kwestia bałaganu per se, a coraz bardziej refleksja, że Amerykanie być może właśnie dlatego potrafią czerpać z życia więcej radości niż my, Polacy, bo częściej używają drzwi zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem. Do tego, by, gdy trzeba i można, to je za sobą zamykać.

Autor: Eliza Sarnacka-Mahoney