Z dezinformacją walczmy informacją!

86
W świat poszła dezinformacja, że pod transparentami z napisem „Stop ustawie 447” Polacy idą na wojnę z żyjącymi spadkobiercami nieruchomości po wymordowanych w Holokauście Żydach - WOJTEK MAŚLANKA/NOWY DZIENNIK

Można budować krzykiem i odgrażaniem się, ale można budować i informacją. W dzisiejszym świecie nawet dzieci wiedzą, że najpierw informacja, potem wszystko inne. Prosta rzecz i jeszcze prostsze narzędzie, dlaczego nie potrafimy z niego korzystać?

Z rosnącym przerażeniem patrzę na tzw. rozwój sytuacji wokół ustawy 447. Byłam z własnej woli w polonijnym w obozie, który, gdy tylko ustawa pojawiła się na ustawodawczym radarze amerykańskiego Kongresu, dobijał się z informacją – tak właśnie: z INFORMACJĄ – do drzwi gabinetów polskiego rządu i mediów nad Wisłą, by obudzić świadomość, której tam nie było. Strona polska przez długi czas sprawę ignorowała, przyjmując wygodne, bo niewymagające żadnego działania stanowisko, że ustawa powstała li i wyłącznie po to, by amerykański prezydent ją podpisał, a następnie wszyscy w całym kosmosie o niej zapomnieli.

Patrząc na stan rzeczy w chwili obecnej można rzec, że obóz polonijny wygrał. Stawiliśmy czoło milczeniu. Stawiliśmy czoło pomówieniom o histerię i robieniu wideł z igły. Mam podejrzenia, że udało nam się dużo więcej, tylko oficjalnie jeszcze się o tym nie mówi. Jeśli potwierdzi się informacja, że polski rząd w tajemnicy przed swymi obywatelami już od miesięcy prowadzi rozmowy na temat ustawy, łącznie z tą, iż spotkanie Warszawy z delegacją izraelską w maju br., które rzekomo zostało odwołane, jednak się w tajemnicy odbyło, wówczas będzie można powiedzieć, że nieustępliwej Polonii udało się wręcz dopaść przestępcę na gorącym uczynku. Przestępcę – czyli nieuczciwy rząd traktujący swoich obywateli jak idiotów, przed którymi nie trzeba się z niczego tłumaczyć.

Gorący uczynek – czyli postępowanie wbrew woli tychże obywateli, łamiąc gwarantowane im przez konstytucję prawo, że są upoważnieni do tego, by wiedzieć, kto i jak rozporządza ich ojczyzną oraz ich wspólnym majątkiem.
Patrzę jednak dzisiaj na moją pozycję i, choć nie uczyniłam kroku, jakże jest ona inna od tej, którą zajęłam na początku! Głosząc dokładnie te same postulaty, jakimś cudem – a raczej za sprawą jakiejś szkarady! – zostałam dokooptowana do szeregów skrajnej, nacjonalistycznej prawicy, skupionej pod sztandarami antysemityzmu! Jak do tego doszło?

Bardzo prosto. Tak byliśmy zaaferowani samym faktem zaistnienia ustawy 447, tak zdumieni bezczelnością obcego rządu, który uzurpuje sobie prawo nie tylko do kontestacji faktów (ustawa idemnizacyjna z 1960 r., na mocy której Polska wypłaciła odszkodowania stronie izraelskiej), ale i do ingerowania w prawa innych, suwerennych państw, że posyłając w świat informację, nie zadbaliśmy wystarczająco, jaka to informacja. A ona przeszła – nieważne, czy na skutek czyichś celowych działań, czy po prostu powszechnej ignorancji – w dezinformację i pod taką postacią podbija świat. Opinia publiczna w USA, a do pewnego stopnia także i w Europie, jest absolutnie przeświadczona, że hałasując pod transparentami z napisem „Stop ustawie 447” Polacy idą na wojnę z ŻYJĄCYMI spadkobiercami nieruchomości po wymordowanych w Holokauście Żydach.

Mechanizm przekuwania informacji w dezinformację był prosty do bólu. Z jednej strony ignoranci pracujący dla zagranicznych mediów, którzy ułożyli sobie opowieść o tym, co się dzieje, już na sam widok protestującej Polonii. Z drugiej strony nasze własne transparenty i hasła, które nie wyjaśniały, o co walczymy, raczej tylko wyrażały nasze niezadowolenie. Można ubolewać, że dziennikarze tak opiniotwórczych mediów w USA, jak „Newsweek”, National Public Radio i „New York Times”, woleli powołać się na nic nierozumiejącą z protestów, za to szybką w szafowaniu etykietami typu „polscy nacjonaliści i antysemici”, panią Molly Crabapple, niż solidnie przyłożyć się do pracy i zaczerpnąć informacji u źródeł, czyli u samych protestujących.

Nie zmieni to jednak faktu, że ocenili jak ocenili, napisali co napisali i oto świat ocenia dzisiaj polską postawę wobec ustawy 447 przez pryzmat dezinformacji, a nie prawdy. W szerzeniu się i ukorzenianiu tej dezinformacji w światowym umyśle niezwykle pomaga fakt, że współczesne zachodnie (a w szczególności amerykańskie!) społeczeństwa wychowane są w atmosferze superuwrażliwienia na każdy aspekt dotyczący czegokolwiek, co ma związek z Holokaustem, oraz superpodejrzliwości w stosunku do wszystkiego, co obala tezę, że ofiarami niemieckich nazistów na terenach przez nich okupowanych podczas II wojny światowej byli nie tylko Żydzi, ale i ludność lokalna. Znamienna była sytuacja, że gdy w maju br. protesty przeciwko ustawie 447 odbyły się również w Polsce, w oczach świata oceniono je jako działania wyłącznie nacjonalistów oraz antysemitów. Nie znalazłam w liczących się zagranicznych mediach ani jednego doniesienia, że poczucie absurdu, jakim jest ustawa 447, połączyło społeczeństwo polskie nad Wisłą jak mało co w ostatnich turbulentnych politycznie latach, i że w istocie w protestach brały udział rozmaite środowiska: i prawicowe, i lewicowe, i religijne, i całkowicie świeckie.

Do czego zmierzam? No niczego nowego właściwie. Pisałam o tym już wiele razy. Polska cierpi – i płaci za to coraz wyższą cenę! – na karygodny brak adekwatnej polityki historycznej oraz wizerunkowej. Kierunek „rozwoju sytuacji” wokół ustawy 447 jest tego kolejnym, dramatycznym dowodem. Chcę wierzyć, że z takim bagażem przeszłości, jaki jest udziałem naszej ojczyzny, nikt już dzisiaj nie wierzy, że wystarczy mieć rację, by inni tę rację widzieli i chylili przed nią czoła. Chcę wierzyć, że polski rząd potraktuje kryzys, który nas zaczyna nakrywać z głową, jako ostatni dzwonek do konstruktywnego działania.

Zadania są dwa. W trybie natychmiastowym to skoordynowana z Polonią na całym świecie akcja informacyjna na temat prawdziwej treści i celów ustawy 447. Nie kolejny protest. Nie bunt i nie krzyki, które pozostaną dla świata niezrozumiałe. Mówię o zaplanowanej, przejrzystej i zrozumiałej dla każdego odbiorcy akcji uświadamiającej, o wydźwięku stricte edukacyjnym.
Zadanie numer dwa to powołanie do życia w Polsce, lecz z oddziałami na świecie, organu medialno-informacyjnego, który na bieżąco, w co najmniej kilku najważniejszych językach świata, będzie ten świat informował o polskiej racji stanu. I będzie to czynił w sposób nowoczesny, merytoryczny i, co najważniejsze, opiniotwórczy. Ważne – opiniotwórczy nie znaczy to samo co propagandowy. Choć, jeśli mam być zupełnie szczera, więcej nachalności w promowaniu naszej narracji, historii i stanowiska w sprawie, o której tutaj mówimy, wcale by nam nie zaszkodziło. Inni uprawiają swoją propagandę naszym kosztem już bardzo długo.