Z matki tygrysicy i ojca tygrysa

100
FOTO: EPA

Nie będę udawać. Wkładając do pralki brudną pościel, oddychałam z ulgą. Uśmiechałam się do siebie w lustrze, pryskając po nim windexem. Dopiero gdy już wyszłam z odkurzaczem z gościnnej sypialni i po raz ostatni obrzuciłam ją wzrokiem, zrobiło mi się przykro. Niektóre matki tak mają – żal im wszystkich dzieci na świecie.

Koleżanka Starszej kilkakrotnie zmieniała plany. Miała przylecieć przed Wigilią i zostać na całe święta. Później miała przylecieć dopiero po świętach. Odwołała wizytę, bo na horyzoncie na chwilę zamajaczyły inne, bardziej atrakcyjne perspektywy. Miały przyjechać razem samochodem Starszej w Wigilię. Pomni dramatycznych doświadczeń naszej córki w pokonywaniu najniebezpieczniejszego odcinka autostrady w USA zimą, czyli na północnych rubieżach Wyoming, szczęśliwie odwiedliśmy je od tego pomysłu. Stanęło na tym, że Starsza przyleciała tydzień przed Wigilią, a koleżanka w Nowy Rok. Uff, zamieszanie ogarnięte.

O naiwności!

Koleżankę Starszej, od niedawna jej współlokatorkę, poznałam jeszcze na jesieni, gdy byłam u Starszej w odwiedzinach. Spotkanie było króciutkie, ale wystarczyło, by zapamiętać gadatliwą, nieco przemądrzałą, inteligentnie jednak dowcipną dziewczynę, zachłanną na życie jakby miało jej się za moment skończyć. Do tego z poczuciem, że na wszystkim się zna i wie, co dla kogo jest najlepsze. Zwłaszcza jeśli chodzi o zakupy sportowe, bo jako była olimpijka w reprezentacji USA, jest obecnie ambasadorką kilku znanych marek i na wszystko wszystkim może załatwić zniżki. To, że są to zniżki z 6 na 3 tysiące za parę nart, dla przeciętnego narciarza sezonowego wciąż suma bajońska, to już inna rzecz. Koleżanka, jak doniosła mi Starsza, pochodzi z paskudnie bogatej rodziny. Od 7. roku życia pobierała naukę w szwajcarskiej boarding school, rodzina ma domy rozrzucone po całym USA i kilka za granicą, to i pieniądze liczy koleżanka zupełnie inaczej niż my. Ja ze swojej strony szybko miałam się przekonać, że wiele innych rzeczy też robi inaczej, a wynika to z prostego faktu, że nikt nie nauczył jej szacunku dla pracy innych, zwłaszcza gdy jest się gościem w cudzym domu. No, ale zbaczam z tematu. Zakończę jeszcze tylko ten wstęp informacją, że Starsza ze swoją wyśrubowaną świadomością niesprawiedliwości społecznej z jednej strony, a nawykiem nie wypytywania ludzi o ich prywatne sprawy – chyba, że sami zdecydują się na zwierzenia – od początku znajomości z koleżanką cierpi wewnętrzne konflikty.

– To zupełnie inny świat niż my. Ci ludzie leżą na pieniądzach. Ona z ojcem jeździ na narty do Azji! – zwierzała mi się córka nie raz i nie dwa. Czasami ze złością, czasami z zazdrością.

Szczerze mówiąc, rozumiem ją doskonale. Ja też miałam kiedyś 20 lat i pewność, że wielkie pieniądze i świat spełniający każdy mój kaprys na pewno dałyby mi szczęście.

Podejrzewam, że powoli zaczynają się państwo domyślać, co chcę powiedzieć w drugiej części tej opowieści.

Za długo już żyję na świecie, by myśleć, że hurraosobowości są zdrowe, naturalne i biorą się wyłącznie z genów. Rozumiem Starszą (to akurat ma genetycznie po mnie – sic!), że ciągnie ją do ludzi energicznych, ambitnych i takich, z którymi można wymienić opinie na każdy temat, bo coś wiedzą, coś widzieli i nie boją się formułować własnych poglądów. Stąd jej przyjaźń z koleżanką i zafascynowanie jej osobą.

Od dawna jednak z wielką rezerwą podchodzę do autoprezentacji nadmiernie naszpikowanych słowami „ja” oraz listami osiągnięć i sukcesów w dziedzinach wszystkich, szczególnie przez młodzież. Wiem bowiem, że często wystarczy dobra herbata, spokojny kąt i nadstawione do słuchania życzliwe ucho, by skorupa przesiąknięta słowotokami samochwalstw pękała, wypluwając ze środka bezbronnego krasnala, a szklana wieża, w której do tej pory widzieli krasnala ludzie zbyt nieśmiali lub taktowni, by dopytać o prawdę (Starsza) rozsypuje się jak domek z kart.

Co się okazało? A to, że koleżanka nie przyjechała do nas na same święta, bo wiadomo, u nas cała rodzina i dzieci z nami, a ona sama jak palec. To fakt, rodzice paskudnie bogaci, lecz i nie mniej paskudnie zapatrzeni w siebie. Dowodem na to „sprzedanie” dziecka olimpijskim trenerom na większość dzieciństwa, bo oboje realizowali/realizują kariery, akademickie i biznesowe, wymagające nieustannego podróżowania po świecie. W chwili obecnej pozostający ze sobą w tzw. „małżeństwie otwartym”, każde więc z coraz to nowym partnerem, z jednego ze związków jest nawet młodsze półrodzeństwo dla koleżanki, ale nie mieszka w USA. Koleżanka bardzo żałuje, że nie mieszka. Miałaby wtedy kogoś do kochania i kogoś, kto może i ją kochałby bezinteresownie. Gdy jesienią po wypadku sportowym kilka razy lądowała na pogotowiu w związku z dającymi o sobie znać urazami, przeżyła i „poradziła” sobie tylko dzięki rówieśnikom, którzy się nią zaopiekowali, w tym mojej córce.

Jej rodzice nawet w takich okolicznościach zbyt zajęci byli swoim życiem i, podejrzewam, pieniędzmi, by towarzyszyć córce w wizycie u lekarza, który rozważał operację mózgu. Wreszcie, co się tyczy tzw. czasu z rodziną w wakacje, to, jak przystało na jedynaczkę o azjatyckich korzeniach, koleżanka była wtedy umieszczana w tzw. „cram schools” (proszę sobie wygooglować to hasło!), bo nikt nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby pójść na studia gdziekolwiek poza Ligę Bluszczową. Poszła na Stanford. Niestety, zawiodła, bo okazała się nieodporna na tamtejszy wyścig szczurów, skończyło się głęboką depresją. Przy okazji i końcem „zawodowego” sportu. Po roku przeniosła się na studia do Montany. Familia bliższa i dalsza do dzisiaj jednak się z tym wyborem nie pogodziła. Koleżanka jest dla nich porażką i nie omieszkają jej tego wypominać.

Pewnie nikt się nie zdziwi, że jak na wychowanicę matki-tygrysicy przystało, koleżanka, choć po jesiennym wypadku nogi wciąż jeszcze kuleje, zaplanowała swój pobyt u nas co do dnia, a niemal i godziny, w tym przekonała Starszą, że trzy spośród pięciu dni w Kolorado powinny spędzić na szkoleniu antylawinowym.

Puściłam je na to szkolenie, choć miałam obawy i okazały się słuszne. Koleżanka ze szkolenia wróciła z wywichniętym kciukiem i skręconym palcem u nogi. Starsza powiedziała mi w tajemnicy, że szkolenie nie było aż tak trudne, ale koleżanka po prostu wciąż nie jest w formie. Dlaczego z takim uporem udaje, że jest? Dlaczego nie pozwoli sobie na chwilę przerwy, na złapanie oddechu, którego jej wciąż brakuje? Nie tylko od wypadku, ale, podejrzewam, już od bardzo dawna?

Ostatniego dnia wizyty siłą przytrzymałam ją w domu. Miotała się, aż się kurzyło. Na jej nieszczęście jestem nie tylko matką, jestem matką z Europy i stereotypowo nie posiadam hamulców, by, jeśli widzę potrzebę, wychowywać i cudze dzieci. Skazałam ją na wysłuchanie mojej skromnej opinii i porady.

– Dziecko, ambicja to cudowna rzecz, niedobrze jednak, jeśli wypływa z desperacji i poczucia, że musisz światu udowadniać, iż jesteś wystarczająco dobra, lub jeszcze gorzej: tłumaczyć się z zachowań, które są dla nas dobre i zdrowe. Obserwuję cię i widzę, że twoje ciało i umysł błagają wprost, żebyś wyhamowała. Przecież musisz się najpierw zatroszczyć o zdrowie nóg, żebyś dały radę wejść na szczyt. Mówił ci już to ktoś wcześniej? – zapytałam.

– Nie w ten sposób – przyznała otwarcie, jak to ona.

Obiecała, że wyhamuje.

Nie mam pojęcia, czy jej się uda. Jej historia przypomina mi z nową mocą, że mój światopogląd jest tylko moim światopoglądem. W tych zwariowanych i stresujących czasach istnieją ludzie, dla których czasy te wciąż widać nie są ani zbyt zwariowane, ani stresujące, a wychowywanie dzieci na zasadzie dociskania ich bez pardonu do dechy niczym pedały w samochodzie wydaje się jedyną słuszną drogą do wyprowadzenia ich na ludzi. Nie rozumiem takiego myślenia. Ci ludzie nie rozumieją pewnie mojego. Trzymam za koleżankę Starszej kciuki, to wszystko co mogę. Jeśli nie uda jej się wyhamować, życzę jej tylko, by wypalenie miało nad nią litość i przyszło jak najpóźniej.