Zamknięte na cztery spusty

1
Restauracje w Nowym Jorku wykosztowały się na konstrukcje sal na świeżym powietrzu. Oto jedna z ładniejszych ZDJĘCIA: WIESŁAW CYPRYŚ

Amerykanie uwielbiają stołować się poza domem. Wyjście do restauracji na obiad czy kolację to rytuał, który nigdy im się nie znudzi, bo jest w nim rodzaj magii, jakiej obcokrajowcy nie rozumieją. Przez lata mieszkania w tym kraju usiłowałem rozwiązać ten swoity fenomen i nie jestem pewny, czy mi się to udało.

Otóż zaganiani w zdobywaniu pieniędzy i sławy (tytuł mojej ostatniej książki) Jankesi nie mają czasu na gotowanie, które jest czasochłonne, męczące i nudne, więc robią wszystko, by nie ugrzęznąć w kuchni. Nie mają również czasu na bawienie się z dziecmi, odrabianie z nimi zadań domowych, czytanie im bajek czy chodzenie z nimi na próby, treningi i mecze, więc najlepszym rozwiązaniem bycia z rodziną jest wspólny posiłek w restauracji, gdzie zaspokoi się żołądek i spotka się z najbliższymi.

Uderzenie pandemii dało się we znaki wszystkim, ale chyba najbardziej dotknęło branżę gastronomiczną, głównie restauracje i bary. Zamknięte z dnia na dzień, pozbawione zostały przychodu, który i tak w ogromnej części pochłaniał czynsz, podatki, ubezpieczenie, opłaty za elektryczność i gaz. Pracę utraciły dziesiątki tysięcy ludzi, jeżeli nie setki tysięcy – kelnerów, barmanów, kucharzy, zmywaczy naczyń, roznosicieli zamówień na wynos.

Pomimo zaledwie 1,4 procenta zarażeń koronowirusem w restauracjach, gubernator Cuomo nakazał je zamknąć. Te, które przeniosły się na zewnątrz, świecą pustkami

W Nowym Jorku, gdzie życie toczy się w restauracjach, nocnych klubach, piwiarniach, jadłodajniach i barach, przez miesiące było pusto i ciemno. Wiele znanych i ustabilizowanych placówek nie przetrwało tego okropnego okresu, jak choćby ulubione miejsce byłego burmistrza Michaela Bloomberga – „Bistro Le Steak” na Upper East Side czy „Belle Epoque” na Zachodniej Stronie Manhattanu.

Gdy zarażenia koronowirusem spadły, dla gastronomii pojawiło się światełko w tunelu, ale gubernator Cuomo zwlekał z decyzją otwarcia lokali. Czym się kierował? Dobrem mieszkańców miasta i nie rozsiewaniem niewidocznej, groźnej zarazy – powtarzał w nieskończoność, w co mało kto wierzył.

Wreszcie, gdy nacierano na niego ze wszystkich stron, zgodził się na stołowanie na zewnątrz, co zaoowocowało powstaniem wszelkiego rodzaju mniej czy bardziej udanych architektonicznych konstrukcji, przypominających altanki w ogródkach działkowych. Właściciele wydali na nie ciężkie pieniądze, bo chcieli utrzymać się na powierzchni. Zmęczeni siedzeniem w domu nowojorczycy przyjęli tę inicjatywę z zadowoleniem.

Wszystko szło dobrze do czasu, kiedy zrobiło się zimno. Kto chciał wtedy siedzieć w płaszczu, czapce oraz w rękawiczkach i jeść szybko stygnącą zupę czy steaka? Nie skusiłem się ani razu, bo taki scenariusz nie dałby mi oczekiwanej przyjemności.

Ledwo ciągnące restauracje dosięgnął ciężki cios. Rządzący stanem jak mały dyktator gubernator Andrew Cuomo w połowie grudnia wydał zarządzenie o zamknięciu stołowania się w salach restauracyjnych. Ruch ten uzasadniał podskokiem zarażeń Covid-19 i wzrastającą liczbą hospitalizacji z nim związanych.

Słysząc tę wiadomość, podaną w którejś ze stacji telewizyjnych, przecierałem uszy, bo nie wierzyłem, że te słowa wypowiedział prowadzący program.

Według stanowej bazy zbierającej kontakty zarażonych – co pozwala zidentyfikować i ostrzec osoby, które miały z nimi styczność i zmusza ich do przebywania na 14-dniowej kwarantannie – zaledwie 1,4 procent wirusa w stanie Nowy Jork rozsiewana jest w restauracjach i barach. Dla porównania, spotkania rodzinne czy przyjacielskie, takie jak Święto Dziękczynienia, wesela, chrzciny i uroczystości religijne, opowiedzialne są za prawie 74 procent zakażeń. W „Wielkim Jabłku” limit gości w restauracjach wynosił 25 procent maksymalnej liczby miejsc. A kto sprawdzał, ilu kibiców w pokoju gościnnym tutejszego Kowalskiego wrzeszczało w niebogłosy, oczywiście bez masek, podczas meczu futbolowego?

Spożywanie kolacji na zimnie nie należy do przyjemności. Popularna jadłodajnia
na Upper East Side

Restauracje i jadłodajnie porządnie się wykosztowały, żeby dostosować się do rządowych wymogów odnośnie koronowirusa. Zakupiły m.in. sprzęt ochronny dla pracowników i środki dezynfekujące oraz udoskonaliły system wentylacji. Teraz wymierza im się karę za to, że administaracja nie może opanować pandemii, ale tak, żeby wyglądało, iż coś robi. Narodowe Stowarzyszenie Restauracji poinformowało, że w całych Stanach Zjednoczonych od początku kryzysu Covid-19 permanentnie zamkniętych zostało 110 tys. placówek zbiorowego żywienia.  Czy części z nich nie dałoby się uratować, gdyby nie egzekwowano nie do końca przemyślanych decyzji gubernatorów, chcących wykazać się działaniem? Jeden z przedstawicieli tego gatunku, Andrew Cuomo, który na swoich codziennych, ponad stu z rzędu, konferencjach w kółko powtarzał, że liczby nie kłamią, swoimi decyzjami temu zaprzeczał. Właściciele i pracownicy restauracji długo mu tego nie zapomną. Pamiętać też będą mieszkańcy miasta, którzy z bólem serca przechodzą koło zamkniętych na cztery spusty swoich ulubionych miejsc stołowania.