Zapachnieć ludźmi

111
FOTO: PEXEL.COM

Śliczny letni dzień. Temperatura idealna – nie za ciepło, nie za zimno, delikatny wietrzyk. Na niebie ani jednej chmury. Siedzę w ogrodzie i dyskretnie obserwuję przechodniów za ogrodzeniem. Głównie to właściciele psów ze swymi pupilami.


Wakacje wciąż w pełni, na moim osiedlu w co najmniej połowie domów rezydują dzieciaki w wieku wczesnoszkolnym, ale czekałabym na marne, gdybym chciała usłyszeć jakieś odgłosy dziecięcej zabawy. Dało się wczoraj, ale tylko dlatego, że dzieci sąsiadów z domu naprzeciwko ustawiły przy chodniku stolik i sprzedawały lemoniadę – obowiązkowy chrzest przedsiębiorczości dla każdego amerykańskiego małolata podczas letnich miesięcy. Wyganianie dzieci do przydomowego ogródka na zabawę jest nienowoczesne.

Mam dzisiaj umówiony trening w osiedlowym klubie fitness. Z jakichś przyczyn każdego lata klub przeżywa oblężenie niczym Troja. Tłok jest taki, że moja specjalistka od pleców aż wdaje się w kłótnię z kolegą, żeby nam udostępnił jedną z maszyn do ćwiczeń, którą okupuje ze swoimi podopiecznymi od kilku godzin! Próbowałam różnych pór dnia i dni w tygodniu, ale by wejść na bieżnię w letnich miesiącach, niemal za każdym razem muszę czekać w kolejce!

– Terror sezonu plażowego! – śmieje się trenerka, a po chwili dzieli się jeszcze refleksją. – Chociaż wydaje się, że ładna pogoda po prostu wygania ludzi z domu.

Ładna pogoda wygania ludzi z pomieszczeń… do innych pomieszczeń! Dziwny, doprawdy, jest ten świat, zwłaszcza w jego najbardziej cywilizowanych przejawach.

Po skorupie ziemskiej wciąż da się chodzić i biegać, są góry, po których można się wspinać, jeziora, rzeki i morza, w których można pływać – a jednak ćwiczymy mięśnie na specjalnych maszynach w warunkach, które nawet nie są w żaden sposób atrakcyjne: w sztucznym świetle, nurzając się w zapachu cudzego potu i rozpaczliwie usiłując znaleźć jakieś milsze zaczepienie dla oczu w zdjęciach natury, które wyświetlamy sobie na ekranach. I jeszcze uiszczamy za to słoną opłatę.

Nasze dzieci, które tak samo jak generacje dzieci przed nimi, potrzebują zabaw i interakcji z rówieśnikami, prowadzą życie towarzyskie przed ekranami komputerów i też dodatkowo za to płacimy: kosztuje abonament internetu, kosztują gry, w które nasze dzieci grają. Choć wiele z nas posiada całkiem przyjemne ogrody, pełne idealnych warunków do dziecięcej zabawy, to wolimy wywozić dzieci do parków rozrywki, na baseny (często kryte) i inne najwymyślniejsze formy tzw. dzieciństwa zorganizowanego, żeby to tam, a nie spontanicznie przed własnym domem, huśtały się na dokładnie takich samych jak w naszym ogrodzie huśtawkach. Bawiły z dziećmi znajomych w dokładnie te same zabawy, które mogłyby urządzać na trawniku pod naszym kuchennym oknem. I oczywiście grubo za to płacimy.

Kuriozów jest znacznie więcej. Mieszkamy w wielkich, pięknie wyposażonych domach, które urządzamy kierując się kryteriami mody, ale i chęcią zaimponowania znajomym, jednak wcale tych znajomych do domu aż tak często nie zapraszamy. Wybieramy restauracje, kina i kluby, gdzie – znów! – sporo nas kosztuje prowadzić z nimi zupełnie te same rozmowy, które spokojnie moglibyśmy prowadzić z kanapy w salonie, naszym bądź ich.

W imię nowoczesności wyprowadziliśmy też z naszych osiedli instytucje użytku publicznego, z wyjątkiem szkół. Życie w typowym amerykańskim mieście wygląda więc dziś tak, że jeżeli skończy się komuś mleko, to nie wyskoczy po nie do pobliskiego sklepiku na rogu, bo tego sklepiku już nie ma. Musi wyprowadzić z garażu auto, przebić się przez chronicznie zakorkowane ulice, zaparkować pół mili od sklepu, bo sklep znajduje się oczywiście w kompleksie handlowym z wieloma innymi i zakupowiczów tam zawsze tłum, wreszcie musi stracić dużo więcej czasu niż to nawet logiczne, by owo mleko w hali przemysłowej, zwanej sklepem, znaleźć i opłacić. Podobnie ma się rzecz z pocztą, bankiem, fryzjerem, kwiaciarnią. Wszędzie trzeba dojechać, i to sporo, bo tak sobie wymyśliliśmy, bo tak jest „po dzisiejszemu”. Tak jest lepiej.

Najbardziej dziwaczna jest sytuacja z komunikacją miejską. Z wyłączeniem Wschodniego Wybrzeża i największych metropolii rozwaliliśmy ją w pył, bo lepiej i efektywniej dla statystycznego obywatela będzie przemieszczać się wszędzie własnym automobilem. Czy jest lepiej i czy efektywniej – niech każdy odpowie sobie sam, podliczając czas spędzany w korkach i pieniądze wydawane na paliwo.

Może nie było od tego wszystkiego ucieczki? Zwłaszcza w zaślepionej pogonią za nowoczesnością Ameryce? Celem inżynierów amerykańskiego państwa od początku przecież był twór uśmiercający „stare i śmierdzące”, by mogło powstać „czyste i nowe”. Wynalazczość i każdego rodzaju nowinki cywilizacyjne zawsze więc cieszyły się po tej stronie świata ciekawością oraz estymą, niespotykaną nigdzie indziej. „Nowinką”, w której Ameryka lubowała się i do dziś lubuje się ze szczególnością, jest szeroko pojęta wygoda. Nie sądzę, że to jakaś przypadkowość, iż właśnie z Ameryki rozeszły się na świat wynalazki, które uważamy dzisiaj za przełomowe w naszym życiu codziennym: sprzęty do prac domowych, urządzenia komunikacyjne, w tym telefon, internet i przeglądarki do sieci, oczywiście też pojazdy.

Czy jednak nie posunęliśmy za daleko? Czy cena, jaką płacimy za naszą dzisiejszą „wygodę” i „nowoczesność”, nie stała się zbyt wygórowana? Nie zaczęła przybierać – a może już przybrała? – form zgoła absurdalnych? Im więcej w naszym życiu wygody, tym mniej w nim naturalności, zjawisk i zachowań, które dla pokoleń przed nami były tak oczywiste jak oddychanie. Dotyczy to także obecności w naszym życiu innych ludzi i dzielenia z nimi na co dzień wspólnej przestrzeni. Im więcej wygody, tym bardziej nasze życie przypomina szklane bańki, przez które coraz trudniej się nam usłyszeć, porozumieć, zobaczyć, nie mówiąc nawet o tym, by się dotknąć. Dotyk zdaje się zanikać w naszym świecie najbardziej i najszybciej. Naukowcy badający częstotliwość cielesnego kontaktu między ludźmi, w tym między rodzicami a dziećmi, potwierdzają, że jest go dzisiaj najmniej w badanej historii. Niestety, ewolucja biologiczna naszego gatunku nie nadąża za ewolucją norm społecznych. Może obiło się Państwu o uszy, że równolegle z nowymi fabrykami aut, klubów fitness, centrów handlowych, hal rozrywki zorganizowanej dla naszych pociech oraz kolejnych autostrad, byśmy mogli się po nich przemieszczać, każdy pojedynczo w klitce własnego auta, powstają także kliniki, które leczą nas za pomocą dotyku. Słono, rzecz jasna, każąc sobie za tę wyrafinowaną metodę leczniczą, płacić.

Są jaskółki zmian i trzymam kciuki, że ich działalność przekuje się na pospolite ruszenie. Młode pokolenia we wszystkich krajach rozwiniętych z entuzjazmem realizują projekty „reurbanizacji” miast, gdzie wraca do rozwiązań mniejszych lokali mieszkalnych (mieszkania zamiast wolno stojące domy jednorodzinne), sąsiadujących z rozwiniętą siecią usług na tzw. wyciągnięcie ręki, za przysłowiowym „rogiem ulicy”. Z równie dużym entuzjazmem głosują na nowe podatki, dzięki którym będą mieli dostęp do lepiej rozwiniętych sieci komunikacji publicznej.

Przywołuję córki, bo trzeba poprzenosić suche gałęzie i chrust, jakie zebraliśmy w rogu domu po wiosennych postrzyżynach ogrodu, bliżej tarasu. Zaprosiliśmy na wieczór znajomych i sąsiadów, żeby zrobić wspólnie ognisko. Podobno „jestem szalona”, bo po takim ognisku dom przez kilka dni pachnie dymem i pieczoną kiełbasą… Może i jestem, ale w zamian dostaję coś, co jest dla mnie absolutnie bezcenne, choć może niemodne i nienowoczesne. Przez kilka dni pachnę także ludźmi. Jest to jeden z najprzyjemniejszych i uskrzydlających życiowo zapachów, jakie znam.