Zawód – reporter wojenny

0
4

Wojciech Cegielski swoją dziennikarską przygodę rozpoczynał w Radiu Akademickim Kraków jako reporter. Już wtedy, za czasów studenckich, widać było, że jest osobą nieprzeciętną, dociekliwą i niesamowicie pracowitą. Nie bez powodu mówili o nim „szalony reporter”. Później było Radio Kraków, obecnie jest korespondentem wojennym i zagranicznym Polskiego Radia i Telewizji Polskiej. Spędził wiele miesięcy w Iraku, Afganistanie, Pakistanie, Kosowie, Gruzji i wielu innych zapalnych rejonach świata. Bywają tygodnie, w których przemieszczając się z miejsca na miejsce, więcej czasu spędza w powietrzu niż na ziemi. W domu jest raczej gościem i często pomiędzy podróżami wpada tylko po to, by wymienić osobiste rzeczy. Jest absolwentem Uniwersytetu Jagiellońskiego oraz stypendystą International Visitor Leadership Program rządu Stanów Zjednoczonych. Uwielbia twórczość Franza Kafki do tego stopnia, że za czasów studenckich, kiedy był na wyciecze w Pradze, oderwał się od grupy i nie zważając na szabat udał się na cmentarz żydowski, by zrobić zdjęcia jego grobu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że w tym dniu cmentarz był zamknięty. Wspiął się więc na wysoki mur i odszukał 21 sektor, 14 rząd i 33 grób – miejsce pochówku swojego ulubionego pisarza. Zrobił zdjęcia – bo to wtedy było dla niego najważniejsze. Nieważne były obrażenia i zdarta aż do krwi skóra na całym ciele po zsunięciu się i upadku z kilkumetrowego muru oraz prawdopodobieństwo zatrzymania przez policję. Poza tym kocha Nowy Jork i podczas każdej wizyty w Stanach Zjednoczonych wpada tu chociaż na chwilę, by pobiegać w Central Parku, pospacerować po ciekawych rejonach Manhattanu, Queensu czy Brooklynu i poznać jakieś nowe interesujące miejsce oraz spotkać się ze znajomymi. Ostatnio pojawił się w metropolii nowojorskiej bezpośrednio po zakończeniu szczytu NATO w Chicago. Mieliśmy okazję spędzić wspólnie trochę czasu w maleńkim pubie na Bedford Ave. i porozmawiać na temat jego trudniej i niebezpiecznej ale za to bardzo ciekawej pracy korespondenta wojennego.

Jak doszło do tego, że zostałeś reporterem wojennym?

Jak większość spraw, zupełnie przypadkowo. To zaczęło się w 2004 roku na Ukrainie. Wcześniej przez kilka lat pracowałem w Radiu Kraków i zajmowałem się tematami miejskimi. Gdy w 2004 roku zaczęła się „pomarańczowa rewolucja” na Ukrainie, wraz z koleżanką z Radia Kraków Magdą Rydzik zdecydowaliśmy się spontanicznie tam pojechać. Już wtedy współpracowałem z Polskim Radiem w Warszawie. Okazało się, że sprawdziłem się na Ukrainie i następnego dnia po powrocie otrzymałem propozycję pracy w stolicy, którą przyjąłem. Już podczas pierwszego dnia pracy oznajmiono mi, że znajduję się w grupie wyjazdowej do Rzymu – to na wypadek, gdyby stan papieża Jana Pawła II pogorszył się (wtedy Jan Paweł trafił do kliniki Gemelli). I w kwietniu, gdy papież odchodził, rzeczywiście pojechałem do Watykanu, zostałem tam cały miesiąc, aż do konklawe. A potem był Irak, Afganistan…

Czym różni się ten rodzaj dziennikarstwa od pozostałych?

Przede wszystkim nie zamyka się w murach redakcji, parlamentu, ministerstw. Masz żywy kontakt ze światem. Jedziesz gdzieś daleko i rozmawiasz głównie z ludźmi, a dopiero potem z urzędnikami. Czujesz, że robisz coś pożytecznego, zamiast relacjonować kolejne kłótnie polityków. A do tego poznajesz inne kraje, inne kultury i ciągle się uczysz. Dla mnie jest niesamowicie ważne, aby się rozwijać. Nie lubię stać w miejscu. Dlatego każdy kolejny wyjazd, to próba zmierzenia się ze swoimi słabościami, ze swoimi przyzwyczajeniami etc.

To bardzo niebezpieczna i odpowiedzialna praca. Czy nie obawiałeś się tego wyzwania?

„Tylko głupi się nie boi” – tak mawiają moi koledzy – wojskowi spadochroniarze z Bielska-Białej, mojego rodzinnego miasta. Ale są różne rodzaje strachu – jest strach, który paraliżuje, panika, ale jest też strach, który mobilizuje do działania. Ja nauczyłem się bać w ten ostatni sposób. Zdarzyło mi się kilka razy być w sytuacji krytycznej i z dumą mogę powiedzieć, że jak dotąd za każdym razem udało mi się zachować zimną krew i reagować racjonalnie. Jest to też zasługa wychowania, jakie wyniosłem z domu i wielogodzinnych szkoleń ze specjalistami. Dużo w tej mierze zawdzięczam kolegom z Kawalerii Powietrznej z Tomaszowa Mazowieckiego i z GROM-u. Obie te grupy to prawdziwi profesjonaliści, z których polskie wojsko powinno być dumne.

Jak zareagowała twoja rodzina, gdy podjąłeś decyzję dotyczącą wyjazdów w rejony objęte działaniami wojennymi? No i jak znosisz długie rozstania?

Z długimi rozstaniami nie mam już większego problemu, bo jest nowoczesna technologia, są emaile, Facebook czy też Skype. Będąc za granicą staram się codziennie kontaktować ze swoimi bliskimi, a ta technologia mi to ułatwia. Poza tym, na szczęście, moja narzeczona nie jest osobą sentymentalną i doskonale rozumie mój charakter pracy. Jednak potrafi przyznać, że tęskni za mną… ale dopiero po 3 tygodniach (śmiech). Pierwszy raz nie był łatwy, zwłaszcza wtedy, gdy powiedziałem mojej mamie, że jadę do Iraku. Przyzwyczajanie się do tego trwało kilkanaście dni. Z Iraku codziennie dzwoniłem albo pisałem do domu. A kolejne wyjazdy, nawet te do Afganistanu, były już łatwiejsze. Moi rodzice, choć bardzo się o mnie bali, byli wyrozumiali.

Spędziłeś bardzo dużo czasu na wyjazdach z polskimi kontyngentami wojskowymi. Który był dla ciebie najtrudniejszy i najniebezpieczniejszy, a który wspominasz najmilej?

Najtrudniejszy był chyba półroczny wyjazd do Iraku. Był najtrudniejszy, bo najdłuższy i najbardziej specyficzny. Zarówno wcześniej w Iraku, jak i później w Afganistanie jechałem „po cywilnemu” i tylko wpadałem na kilka dni do baz wojskowych, aby zrobić konkretne materiały. A wtedy, przez pół roku, byłem cały czas z żołnierzami w bazie wojskowej. Przebywanie przez taki okres w zamkniętym środowisku zawsze jest trudne, ale na szczęście trafiłem na doskonałą ekipę z V zmiany PKW, którą dowodzili wspaniali generałowie Piotr Czerwiński i Włodzimierz Potasiński – generał Potasiński był zresztą moim serdecznym przyjacielem, zginął w Smoleńsku. Dzięki wspaniałej ekipie, miałem okazję dużo jeździć po Iraku, wiele zobaczyć i dowiedzieć się ciekawych rzeczy. Wtedy też zobaczyłem w akcji komandosów z Tomaszowa Mazowieckiego i moja opinia o wojsku znacznie się wtedy podniosła. Ale nie było łatwo wrócić do Polski po półrocznym okresie przebywania w zupełnie innej rzeczywistości. Przez pierwsze dni w Warszawie nie wiedziałem, gdzie jestem i co się dookoła mnie dzieje. Przyzwyczajenie się do życia bez pustynnych butów, bez wygaszonej na noc bazy i bez konieczności wieczornego meldowania się też nie jest łatwe (śmiech). Natomiast trudno mi powiedzieć, który pobyt wspominam najmilej, bo wszystkie różniły się od siebie. Na jednym z nich, na przykład, razem z pilotami śmigłowców ugotowaliśmy cały garnek polskiego żurku. Jedzenie w amerykańskiej stołówce było pyszne, ale po pewnym czasie wszystkim zaczynało brakować polskiego jedzenia. W związku z tym poprosiliśmy znajomych w Polsce o przysłanie żurku – małych zupek w proszku, które są łatwe do transportu i mają długi termin przydatności do spożycia. Po pewnym czasie paczka dotarła, a my wypożyczyliśmy z kuchni duży garnek, palnik oraz wzięliśmy ze stołówki kiełbasę i jajka na twardo. Ugotowaliśmy zupę dla 50 osób. Żołnierze do dzisiaj to pamiętają…

Czy z punktu widzenia dziennikarza wojennego, wojna w Iraku różniła się czymś od wojny w Afganistanie? Jak was odbierali wojskowi, a jak ludność cywilna?

Polskich żołnierzy Irakijczycy i Afgańczycy zawsze traktowali życzliwie, bo z wielu powodów nie lubili Amerykanów. A kiedy mówiło się tym ludziom, że my jesteśmy Polakami, ich stosunek od razu był inny. Dla mnie każda taka wojna z wielu względów jest inna. Irakijczycy to Arabowie, a Afgańczycy to Persowie. To są dwa różne światy. Różnice między nimi są ogromne. To trochę tak, jakby pomylić Polaka z Francuzem (z całym szacunkiem dla obu tych nacji). Dlatego największym błędem, jaki można popełnić w Afganistanie, to stosować te same schematy zachowań jak w Iraku, i odwrotnie. Afgańczycy są dumni, Irakijczycy już mniej. Obu narodom jednak nie można odmówić honoru i patriotyzmu. I nie można ich traktować jako „jakichś Arabów”…

A wojskowi – nas dziennikarzy – odbierali w pierwszym momencie zawsze z rezerwą. To wynikało zapewne ze złych doświadczeń, jakie mieli wcześniej w kontaktach z prasą. Wszędzie są bowiem ludzie i ludziska. Ale jak już z jakimś żołnierzem przebywałem kilka dni i okazywało się, że jestem normalnym człowiekiem, takim jak on, to już nie było problemu. To samo tyczy się wielu moich kolegów, którzy też przekonywali do siebie żołnierzy, zresztą z doskonałym skutkiem. Po paru tygodniach wspólnego pobytu w bazie w Iraku, żołnierze ci co wieczór przychodzili do nas na kawę, a czasami nawet na żurek. A gdy któregoś dnia ogłosiłem, że Trójka chce zrobić w święta listę przebojów z Markiem Niedźwieckim i żołnierzami z Iraku, kolejka chętnych do występu na antenie była 10 razy dłuższa niż pozwalał na to czas antenowy. To zresztą były jedne z najpiękniejszych świąt poza domem.

Będąc w Pakistanie miałeś swój udział w dotarciu do miejsca, gdzie więziony był – niestety później zamordowany – Piotr Stańczak. Możesz nam coś na ten temat zdradzić?

Kiedy porwano Piotra Stańczaka, większość polskich dziennikarzy chciała natychmiast jechać do Pakistanu. Jednak pakistańska ambasada w Warszawie, z uwagi na delikatność sprawy, nie wydawała wtedy wiz dla dziennikarzy. Ja razem z ekipą TVN i moim przyjacielem Maćkiem Worochem byłem w Afganistanie. Kiedy dowiedzieliśmy się o tej sprawie, poszliśmy do konsulatu pakistańskiego w Kabulu, żeby zapytać o możliwość uzyskania wiz. Po 30 minutach – nie mogąc uwierzyć w swoje szczęście – wyszliśmy z wizami w paszporcie. Jeszcze tego samego dnia wylecieliśmy do Islamabadu. Po kilkunastu dniach światło dzienne ujrzało jedno z pierwszych nagrań z Piotrem Stańczakiem. Polak apelował w nim o pomoc. Było to długo przed egzekucją. Skoro byliśmy jedynymi polskimi dziennikarzami w Pakistanie, postanowiliśmy zdobyć tę taśmę. Po kilku godzinach poszukiwań w Islamabadzie wpadliśmy na trop małej telewizji, która otrzymała nagranie od kuriera wysłanego przez porywaczy. Po kolejnych kilku godzinach negocjacji, mieliśmy w rękach jego kopię. Były to niesamowicie cenne wiadomości, ale zależało nam również na tym, aby Piotr Stańczak odzyskał wolność. Dlatego zrobiliśmy dodatkową kopię tej taśmy i przekazaliśmy ją polskim dyplomatom w Islamabadzie. Następnego dnia zrobiliśmy materiały z ekspertami, analizującymi zawartość taśmy. Wyniki ekspertyz też trafiły do polskich dyplomatów. Piotra Stańczaka niestety nie udało się uratować, ale mieliśmy poczucie, że zrobiliśmy wszystko, co z naszej strony było możliwe, aby mu pomóc.

Relacjonowałeś również inne wydarzenia, nie tylko wojenne. Byłeś w Watykanie, kiedy umierał Jan Paweł II, a także na pogrzebie oraz beatyfikacji papieża. Wcześniej obsługiwałeś prasowo wiele pielgrzymek do Polski. Jak wspominasz te chwile?

Tak, rzeczywiście. Pierwsza papieska pielgrzymka, którą relacjonowałem, była w 1999 roku, kiedy jeszcze pracowałem w Krakowie. Wtedy Jan Paweł II nie pojawił się na mszy na Błoniach. Pamiętam, że była niesamowita ulewa, a my, przemoczeni do suchej nitki, staliśmy i czekaliśmy na oficjalne oświadczenie papieskiego rzecznika dr. Navarro-Vallsa. Ale nikt nie narzekał.

Każda papieska wizyta, ale też wydarzenia z 2005 roku w Watykanie, były wielkimi emocjonalnymi przeżyciami – również dla nas. Pamiętam rok 2002, kiedy Jan Paweł II wylatywał z Balic. Później okazało się, że była to jego ostatnia wizyta w Polsce. A rok 2005 był wyjątkowym przeżyciem. Śmierć papieża to moment, z którym trudno się zmierzyć nawet dzisiaj. Wielki Tydzień w Watykanie, po jego śmierci, to był czas, jakiego nie przeżyłem nigdzie indziej.

Pamiętam, jak stałem na pogrzebie Jana Pawła II i czekałem z relacją na zakończenie uroczystości, aż tu nagle na papieskiej trumnie zamknął się lekcjonarz. Zamarłem i przez długie minuty nie mogłem się otrząsnąć. Zresztą, kolejnym takim momentem, kiedy tak stałem i patrzyłem, była chwila z 1 maja 2011 roku, kiedy Benedykt XVI ogłosił Jana Pawła II błogosławionym. Na szczęście do wejścia na żywo miałem wtedy kilkanaście minut. Patrzyłem na to papieskie zdjęcie umieszczone na bazylice świętego Piotra oraz na cudowne, niebieskie i słoneczne niebo. To mówiło wtedy wszystko.

2 lata temu byłeś w Smoleńsku. Miałeś lecieć TU-154M, poleciałeś Jakiem-40. Co czułeś bezpośrednio po katastrofie tupolewa i jak patrzysz na te wydarzenia z perspektywy czasu? Czy uważasz się za cudem ocalonego?

Gdy dowiedzieliśmy się o katastrofie – wszyscy dziennikarze – byliśmy w katyńskim lesie. Nikogo z nas nie było w oddalonym o 20 kilometrów Smoleńsku. Dlatego każdy polegał na swoich źródłach informacji. A tych wiadomości było mnóstwo, w dodatku sprzecznych ze sobą. Panował niesamowity chaos informacyjny. A ja w kolejnych wejściach na żywo w radiu i w TVP prostowałem pierwsze informacje, że rozbił się Jak-40. Mówiłem, że to my przylecieliśmy Jakiem a prezydent leciał Tupolewem. A potem, w kolejnych godzinach, powoli dochodziło do nas to, co się stało.

Niestety, uważam, że jako naród nie poradziliśmy sobie z tą tragedią. Zarówno rząd, jak i opozycja popełnili mnóstwo błędów. Rząd nie zdołał wyjaśnić tej tragedii ludziom, choć wydaje się, że jest ona dość prosta z punktu widzenia praw fizyki. A opozycja stworzyła swoisty ruch oporu. Z kolei media zrobiły szum informacyjny podając wiele niesprawdzonych informacji, zaspokajając ego dziennikarzy, uważających się za ekspertów lotniczych. Wszystkim brakuje obiektywizmu, chłodnego spojrzenia na tę tragedię i wyciągnięcia wniosków. W tej sprawie są wyłącznie emocje, które niczego nie zmienią, ludziom życia nie przywrócą i nic dobrego do sprawy nie wnoszą. Niestety, ani polskie wojsko, ani polscy urzędnicy, polskie kancelarie, ani też Polacy jako naród, niczego się po tej tragedii nie nauczyli. Moim zdaniem Polacy wciąż latają w myśl zasady „jakoś to będzie”, a wiele ważnych wydarzeń organizuje się bez głowy i w ostatniej chwili. Nic się nie zmieniło. Z tego też powodu staram się być daleko od Smoleńska i od tych niepotrzebnych emocji. Na pokładzie tego samolotu było zbyt wielu moich znajomych i przyjaciół, a ja sam zdaję sobie sprawę, że cudem ocalałem, dlatego, że leciałem JAK-iem. Do końca życia będę wdzięczny Ś.p. Władysławowi Stasiakowi, który zdecydował – choć oczywiście nie wiedział, że ratuje nam życie – że dziennikarze polecą innym samolotem. Zresztą co roku staram się odwiedzać jego grób, jak również groby załogi Tu-154M, którą znałem. Nie lubię mówić o tym, że ja ocalałem, bo nie chcę stawiać się po którejkolwiek stronie tego sporu.
 

Autor: WOJCIECH MAŚLANKA