Zdalni nie znaczy zdolni (do pracy zdalnej forever)

127
Socjolodzy od początku pandemii kwestionowali hurraoptymizm na temat uczynienia z pracy zdalnej podstawowego modelu zatrudnienia FOTO: PEXELS.COM

Gdy za górami, za lasami będziemy siedzieć otoczeni wianuszkiem dzieci i opowiadać o starych dziejach pandemii. Każdy z nas na pewno będzie miał własną bajkę o tym, jak poradził sobie ze zdalną pracą w obliczu nieoczekiwanych wyzwań sytuacyjnych, rodzinnych i lokalowych. To, co nam wyszło świetnie, urośnie do rozmiaru Giewontu. To, cośmy zawalili, zmieni się w anegdotę i będzie tylko broszką do opowieści.

Nie ukrywałam i nigdy nie będę, że zdalność w mojej rodzinie nie sprawdziła się w ogóle. I to pomimo faktu, że posiadamy w rodzinie człowieka – mnie osobiście – który zdalnie pracuje od dziesięcioleci i wie naprawdę sporo na temat zalet, a zwłaszcza wad tego systemu.

Doskonale pamiętam, że system zdalności spektakularnie runął w naszym domu gdzieś po trzecim tygodniu pracy i nauki w tym trybie. Pamiętam, że tydzień wcześniej, widząc pierwsze sygnały nadciągającego tajfunu, zaproponowałam grupie znajomych, by zaraz po zoomoprezentacji o brexicie w wykonaniu mojego męża – mieliśmy na początku ambitny plan utrzymywania kontaktów także poprzez takie wieczorki edukacyjne – zrobić warsztaty z organizacji pracy i nauki w domu. Ja podzieliłabym się konkretnym doświadczeniem w tej mierze, a znajoma psycholożka z naszego grona dorzuciła podstawy higieny psychicznej i narzędzia przetrwania w czasach zarazy. Wiadomo, że dobre pomysły najtrudniej jest sprzedać własnej rodzinie. Miałam nadzieję, że w taki przebiegły sposób uda mi się osiągnąć cel.
Nie udało się. Psycholożka była nawet zainteresowana i chętna, ale nikt poza nami dwiema. Szczególny brak zainteresowania wykazywała młodzież, i to z każdej rodziny jednakowo. Tajfun uderzył więc z całą mocą i została już tylko akcja ratunkowa. Odniosła skutek, gdy w którymś momencie „przeprowadziłam się” wraz ze stolikiem, komputerem i maszyną do szycia do komórki w piwnicy, pełniącej w naszym obejściu rolę graciarni i spiżarni. Tylko tak bowiem udało się w naszym trzypoziomowym domu zrobić wystarczająco miejsca dla czterech uczących się i pracujących osób, z których każda potrzebowała prywatności i przestrzeni, a także odpowiedniej lokalizacji do zoomowania. Najlepiej na tym wyszedł mąż, bo zmuszony zorganizować w domu regularne biuro, mieszczące odpowiednie ilości specjalistycznych komputerów, ekranów i innego sprzętu, zaanektował całą mieszkalną część najniższej kondygnacji. Najgorzej ja, na szczęście w ogóle tego nie odczułam, bo zaczęłam szyć maseczki i misja skutecznie przesłoniła mi widok na wszelkie niedogodności.

Zdalna szkoła od początku nie wzbudzała w społeczeństwie szerszego entuzjazmu. Ale zdalna praca i owszem. Już w maju doczekaliśmy się prawdziwego wysypu ochów i achów nad tym, jak to zdalna praca podniosła wskaźniki produktywności wśród pozamykanych w swoich sypialniach i innych adaptowanych na „biura” przestrzeniach domowych pracowników. W jakiś niezrozumiale cudowny sposób odbywało się to pomimo gnębiącego nas uniwersalnie i globalnie stresu na tle przyszłości oraz obowiązku opieki nad dziećmi, często w połączeniu z funkcjami domowego nauczyciela. Dorzucając do tego niemałe oszczędności, jakie firmy zbijały na fakcie, że nie musiały utrzymywać pozamykanych biur, wyrosła nam cała armia apologetów oficjalnie odtrąbiających wyższość zdalności nad tradycyjnym modelem pracy. Przyczyn nowej efektywności upatrywano w jednej, prostej sprawie. Oto pracownik, któremu zezwala się na nieco więcej elastyczności, oddając przy tym do dyspozycji czas, którego nie musi tracić w ulicznych korkach oraz, bądźmy szczerzy, na nie zawsze potrzebnych mu mityngach i szkoleniach, sam najlepiej wie, jak i ile pracować, by wywiązać się z powierzonych mu zadań. Do pracy dodatkowo motywuje go poczucie upodmiotowienia, bo system automatycznie obdarza go większym stopniem zaufania i kontroli nad własną karierą.
Czytałam te doniesienia ze zdumieniem, a nawet i grozą w oczach. Tak, grozą, bo jeśli to wszystko prawda i zdalna praca będzie nowym obliczem przyszłości, moja prywatna przyszłość rysowała się w nieciekawych barwach. Nie chodziło nawet o to, że nie odzyskam warunków koniecznych do efektywnej kontynuacji mojej własnej pracy, ale o kondycję, zwłaszcza mentalną, pozostałych członków mojej rodziny. Obserwowałam z niepokojem, jak nie tylko moje dzieci, ale przede wszystkim mąż robi się apatyczny i znerwicowany, bo coraz mocniej doskwiera mu brak normalnych kontaktów ze współpracownikami. Dręczyło mnie, czy rzeczywiście tylko on uważa, że kontaktów tych nie zastąpi mu żaden, najwyższej nawet rozdzielczości zoom ani inna wideokonferencja. Czy tylko on skarży się na postępujący brak kreatywności, motywacji i inspiracji, nawet jeśli zdalna praca otwiera przed nimi spektrum innych możliwości,do tej pory niedostępnych, np. poranną i przedwieczorną przejażdżkę na rowerze, które zabierają akurat tyle czasu, ile kiedyś dojazd i powrót z biura. Wreszcie, czy inni zdalnie pracujący naprawdę nie mają problemu z faktem, iż firmy bezczelnie wykorzystują nowe warunki do wyciśnięcia z pracownika jeszcze więcej niż dotychczas? Korporacja mojego męża nawiązała w czasie pandemii współpracę z firmami po drugiej stronie świata i stało się nową normą, że mąż dekuje się w swojej „biurojaskini” także w weekendy oraz o coraz cudaczniejszych porach dnia, a raczej nocy, np. zobligowany jest uczestniczyć w konferencji o 23:00 i kolejnej następnego dnia o 6:00 rano. W jego „poprzednim” zawodowym życiu takie sytuacje stanowiły wyjątki, bo oznaczało to konieczność ściągania pracowników do biura w tak nietypowych porach i wiązało się to rekompensatą finansową.

Z czystą radością przywitałam więc najnowsze raporty na temat zdalnej pracy wieszczące, że jednak nie jest tak różowo i fantastycznie, jak huczało z trąb apologetów. Zdumiewająca na początku pandemii wydajność pracy zdalnego pracownika okazała się być napędzana starym i dobrze znanym silnikiem: machiną strachu. Czyli żaden „brave new world”, a to co zawsze. Zastrzyk energii i adrenalina na początku, ale w którymś momencie powrót do normalności. I jak to nader często bywa – ze zwieszoną głową i podkulonym ogonem, bo okazuje się, że wracamy do tego, co od dawna wiemy.
Socjolodzy od początku – choć ich nie słuchano – kwestionowali hurraoptymizm w temacie uczynienia z pracy zdalnej podstawowego modelu zatrudnienia. Wysuwali stary, nudny argument. Może jako gatunek ludzie ewoluują kiedyś do form, które będą w stanie prowadzić szczerze satysfakcjonujące i produktywne życie jako jednostki nieodczuwające potrzeby osobistych kontaktów z innymi jednostkami, ale ten moment jeszcze nie nadszedł. Potrzebujemy osobistych kontaktów z wielu przyczyn i nie potrzebujemy żadnych nowych, po-pandemicznych badań, by te przyczyny wyliczyć.
Facebook, Twitter, Amazon i Google jako jedne z pierwszych odtrąbiły, że pozwalają swoim pracownikom permanentnie pracować z domu. Firma mojego męża miała w planach trzymanie pracowników w domu do co najmniej przyszłego lata. Nie zdziwię się i ogromnie się ucieszę, jeśli niedługo pojawią się komunikaty o tym, jak bardzo wszyscy się pomylili i że jednak wracamy do starego.