Zdalni pracownicy wszystkich krajów – nie dajcie się!

100
FOTO: EPA

Czekamy w napięciu na wyniki wewnątrzfirmowego sondażu w biurze męża. Będzie czy nie będzie wracał do pracy stacjonarnej? Będziemy czy nie będziemy mieli w związku z tym życiowego trzęsienia ziemi w rodzinie?

U przyjaciół już po. Po wynikach sondażu, znaczy się. Biurowi koledzy znajomego przegłosowali opcję „sprzedajemy budynek” i od teraz znajomy pracuje zdalnie forever. Jest jeszcze w szoku, dlatego twierdzi, że nie wie, jakie ma na ten temat zdanie. Jak je wyrobi, ogłosi. Póki co po prostu weźmie te dziesięć tysięcy zaoferowane każdemu przez zarząd w ramach „rekompensaty” za utratę biurka w biurowcu i coś za nie kupi. Na przykład samochód córce, bo za chwilę będzie miała prawo jazdy. Z tym, że na raty. Firma, w przeciwieństwie do niego, swoje zdanie na temat pracy zdalnej już ma, zdecydowane i świetnie wyrobione, stąd rekompensatę czy gratyfikację, jak kto woli, będzie wypłacać, ale w pięciu rzutach na przestrzeni pięciu lat. Takie zmyślne zabezpieczenie, gdyby jednak entuzjastom zdalności zachciało się zmieniać i zdanie, i firmę natychmiast po zainkasowaniu tej dodatkowej kasy.

Na myśl o oszczędnościach a konto pracy zdalnej, firmy przebierały nogami od początku pandemii, wcale się z tym kryjąc. Pierwsze doniesienia o tym, kto i gdzie zdecydował, że praca zdalna staje się stałym elementem jego firmowego krajobrazu, pojawiły się już w czasie pierwszego lockdownu. Dziś można sobie wygooglować całe listy korporacji, które postanowiły operować wyłącznie w trybie zdalnym. I całą listę argumentów, jak to rolę odgrywają tu nie tyle oszczędności z racji nieużytkowania biurowców i wszystkiego, co się z tym wiąże, lecz fakt, że to najgłębszy ukłon w stronę pracownika. Wychodzenie – nareszcie! – naprzeciwko jego prawdziwych potrzeb. Bo czyż:

a. pracownik ten od dawna nie smęcił, jak to jest wykończony dojazdami i korkami

b. oraz wilczą atmosferą personalnych relacji wewnątrzbiurowych

c. i nie rozpływał się w marzeniach, które czasami nawet dzielił z zarządem podczas ankiet od działu HR, jak to by było cudownie zasiadać do komputera w piżamce zza własnego stołu w kuchni, myk-myk uwinąć się z obowiązkami, bo żadni biurowi współpracownicy nie rozpraszają mu uwagi, zaś czas nie zmarnotrawiony na wspomniane korki i dojazdy (i, rzecz jasna, czcze biurowe pogaduchy w czasie przerw na kawę czy papieroska) przeznaczyć na zajęcia rozrywkowe i rozwojowe, na które normalnie czasu tego nigdy nie starcza.

Jeśli państwo pamiętacie, to o firmach, które już przed pandemią oferowały „zdalność” przynajmniej w cząstkowym wymiarze, mówiło się z podziwem i stawiano je za wzór innym.

Zastanawiam się, skąd apologeci zdalności biorą swoje przeświadczenie o wychodzeniu naprzeciwko pracowniczym marzeniom, bo chyba nie z tych samych źródeł co ja. Moje źródła mówią zgoła co innego. Mówią, że choć nie wszyscy tęsknią za biurem w dokładnie takim samym wydaniu, w jakim funkcjonowało ono przed pandemią, zdecydowana większość tęskni jednak za „jakimś” wymiarem pracy stacjonarnej. Po ponad rocznym eksperymencie na własnej, żywej tkance, nie ma bowiem wątpliwości, że potrzebuję osobistego kontaktu z koleżankami i kolegami po fachu, nie tylko, by efektywnie pracować, ale w ogóle nie oszaleć. By zachować motywację do pracy i chęć do dalszego zawodowego rozwoju. By nie dać się lękom i depresji, którym, jak się okazało, praca zdalna sprzyja. By, wreszcie, wrócić do jasno/jaśniej wytyczonych granic między pracą a domem, bo zdaje się, że zaczęły zanikać.

To ostatnie warte jest większej uwagi, gdyż gros pracodawców tak bardzo wzięło sobie do serca informację, iż pracownik zdalny to pracownik dyspozycyjny 24/7, iż aż dwie trzecie pracowników raportuje dziś, że poświęca na pracę zawodową więcej czasu niż kiedykolwiek przedtem! Godziny niegdyś marnowane w znienawidzonych korkach wcale nie idą na rozrywkę ani odpoczynek, a po prostu… też na pracę.

Podsumowując: pracownicy z krwi i kości, ci w każdym razie, z którymi ja mam do czynienia i o których czytam w moich źródłach, raczej zgodnie twierdzą, że jeżeli czegoś ich ta pandemia nauczyła, to nowoodkrytego szacunku dla biurka w biurowcu oraz otoczenia (na żywo) pokrewnych im zawodowo dusz. Myśl, że mieliby do końca swojej kariery siedzieć samotnie po piwnicach czy poddaszach, a choćby nawet i wsparci o poduszkę w sypialni, jest im po roku takiego „eksperymentu” również straszna, co podróż w czasie i przebudzenie w roli niewolnika pod pokładem galery.

Zdecydowana większość pracowników tęskni jednak za „jakimś” wymiarem
pracy stacjonarnej Foto: EPA

Mając to wszystko na uwadze zastanawiam się, czy wyniki wewnątrzbiurowych sondaży, po których kolejne biurowce pustoszeją na zawsze, nie padają ofiarami jakichś hakerów i nie docierają na biurka swoich prezesów w mocno zmienionej postaci. Chyba, że to sami prezesi dają owym hakerom zlecenia. Brzmi brzydko, ale czasy mamy jeszcze brzydsze.

Na razie mleko się rozlało. Czekają nas w związku z tym megazmiany, czy tego chcemy czy nie. Czas jest najlepszym weryfikatorem pomysłów i sam nam powie, które mury przeskoczyć się udało, a które tylko myśleliśmy, żeśmy przeskoczyli, w istocie bowiem tylko połamaliśmy sobie w trakcie tych akrobacji nogi i doznaliśmy zamroczenia uniemożliwiającego szybsze wyciągnięcie właściwych wniosków. Upowszechnienie modelu pracy zdalnej w 100 procentach może się tego typu akrobacją okazać. Tylko zamiast nóg poważnie nam się w jej wyniku połamie psychika i pracodawca z trybu oszczędności przejdzie na tryb paniki. Będzie miał nie lada kłopot, gdy mu nagle zabraknie głów do konkretnego myślenia, bo głowy te zadryfują zbyt daleko od brzegu na niekonkretnych falach bólu i nostalgii. Tęsknoty za wspólnotowym działaniem w żywej obecności drugiego człowieka.

– To jakie masz konkretnie plany? – zapytałam męża odnośnie wewnątrzbiurowego sondażu w jego firmie. – Pozostać optymistą tak długo jak się da. A jak już się nie da, to nie wiem, chyba jakaś rewolucja? – odpowiedział grobowym głosem i wrócił do pracy, czyli zamknął za sobą drzwi do piwnicy.