Zdrowy rozsądek – komu, komu?

141
Światowa Organizacja Zdrowia (na zdjęciu – siedziba w Genewie) nakazuje nam zmieniać się w regularnych atletów... Foto: Wikimedia.org

Koleżanka wstawiła na Facebook informację: "I believe vacations should be mandatory. Do you?" Nie trzeba było długo czekać na odzew. Jak się państwo domyślają, zanim pojawiły się pierwsze emotikony pokładania się ze śmiechu, zeszła lawina oburzenia. Ze strony tych, którzy tak przyzwyczaili się widzieć to, co chcą, nieważne, gdzie i na co patrzą, że słowo "vacations" oczywiście przeczytali jako... "vaccinations".

Jest śmiesznie i straszno jednocześnie. Ale nie o szczepionkach będę tu dzisiaj pisać. Wrócę do jednego z moich ulubionych „lifestylowych” tematów, mianowicie zdrowego rozsądku i dylemacie szycia go na miarę czasów.

Czy zastanawiając się, co nam przyniósł ten paskudny rok, nie mają państwo poczucia, że przede wszystkim dostaliśmy niezbywalny pokład dowodów na to – jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości – że w sprzyjających okolicznościach zdrowy rozsądek pada największą ofiarą naszych fantasmagorii, a nazywając rzecz po imieniu, ułomności, by podejmować właściwe decyzje, jeśli na ich efekt trzeba dłużej poczekać, a nie daj Boże, jeszcze się w jakiś sposób poświęcać dla „wyższej sprawy”.

Posłużę się przykładem znanym mi najlepiej. Gdy zaatakowała nas pandemia, niech będzie, że podstępem i znienacka, szkoły publiczne na całym świecie stanęły przed nie lada dylematem, gdyż w związku z konkretnymi przepisami prawa, a nierzadko zapisami w konstytucjach, przerwa w dostarczaniu edukacji niosłaby ze sobą wymierne reperkusje. Jeśli nie w czasie samej pandemii, to na pewno zaraz po niej. W imię zdrowego rozsądku jak świat długi i szeroki wrzucono więc dzieci na łódkę o nazwie nauka zdalna i wypuszczono te łódki na środek oceanu, gdzie dryfowały przez kilka miesięcy w nieznanym kierunku, ubogacając swoich pasażerów nie tyle o nową wiedzę, co nowe pokłady frustracji i stresu.

Wiadomo było już na początku wakacji, że system się nie sprawdza, wiadomo też było, że pandemia to nie pikuś, który nam odpuści lada dzień, ale gorgona o wielu głowach, z którą jeszcze długo powalczymy. Co więc dalej z nauką? Czy w imię zdrowego rozsądku krojonego wedle potrzeb w miarę jak się pojawiają, nie byłoby rozsądniej zmienić kurs działania? Zamiast fundować dzieciom kto wie ile jeszcze piekielnego eksperymentu o nazwie online schooling w komplecie z niezmienionym, pomimo zmian w reszcie systemu (sic!), szablonem ocen, egzaminów i GPA (rodzice licealistów – wy wiecie o czym ja mówię!), nie rozsądniej byłoby po prostu odpuścić? Niechby sobie młodzież „chodziła” do zdalnej szkoły, ale wiedziała, że to tylko forma organizacji czasu i że każdy robi tyle, ile jest w stanie, na ile pozwalają mu warunki domowe, zdrowotne, psychiczne. Bez konsekwencji. Bez ocen. I że gdy życie wróci do normy, wówczas wszyscy ten parszywy okres po prostu powtórzą i dopiero wtedy będzie on na oceny, egzaminy i zaliczenia wciągane do GPA.

Psychiatrzy biją na alarm, że statystyki depresji i samobójstw wśród dzieci i młodzieży niemalże się w ostatnich miesiącach podwoiły. I rodzice, i nauczyciele mówią o potrzebie zatrzymania tego zwariowanego pociągu, zanim na dobre odpadną mu koła i wtedy będzie już za późno dla wszystkich. Gdzie jest „ludzki czynnik”, gdy go potrzebujemy? Gdzie jest zdrowy rozsądek szyty na miarę czasów? Nie ma. Rządza kodeksy i statuty.

Nie trzeba jednak mieć dziecka w szkole, by czuć się w tym roku dużo bardziej, niż normalnie podtapianym i przyduszanym brakiem rozsądku w otaczającym świecie. Wystarczy przecież otworzyć jakikolwiek serwis z wiadomościami. W chwili obecnej zaś zerknąć na dwie kolumny informacyjne. Jedną dotyczącą poelekcyjnej, pseudoprawnej batalii prowadzonej przez zapierającego się rękami i nogami o futryny Białego Domu urzędującego prezydenta, drugą o rozmaitych postawach przybieranych przez społeczeństwo wobec Covid. W niektórych mamy do czynienia już nie tylko z utratą zdrowego rozsądku, ale jawną autodestrukcją.

A jednak, pomimo całego treningu odpornościowego w tym roku nie byłam gotowa na ostatni ruch Światowej Organizacji Zdrowia, czyli WHO. Jeśli ktoś nie wie, o czym mowa, wyjaśniam. Eksperci WHO właśnie zrewidowali swoje zapatrywania na optymalną ilość sportu, jakiej powinniśmy zażywać, by jak najdłużej zachować zdrowie. Ogłosili w związku z tym, że wszyscy w przedziale 18-64 lata powinni ćwiczyć intensywnie przez co najmniej 2.5 godziny w tygodniu, a jeśli nie intensywnie, to półintensywnie przez godzinę pięć razy w tygodniu. Dzieci poniżej 18-tki – dawać sobie po co najmniej godzinie wycisku (intensywność poziom max) dziennie. Zmiany w rekomendacjach nie są bagatelne, bo mówimy mniej więcej o podwojeniu czasu przeznaczanego na ćwiczenia w porównaniu z tym, co ta sama organizacja rekomendowała nam 10 lat temu.

Siedzący tryb życia i zbyt mało ruchu to jeden z największych dramatów zdrowotnych naszych czasów. Podpisuję się pod tym postulatem nie od dziś, a praktykę nieobowiązkowego wuefu w szkołach po tej stronie świata (począwszy od lat gimnazjum – tak, w każdym razie, przedstawia się sytuacja u moich córek w szkole publicznej) uważam za przestępstwo przeciwko ludzkości i pisałam o tym wielokrotnie.

Nie będę jednak odgrywać dobrego przykładu, jakim nie jestem. Rekomendacje WHO już w ich poprzedniej formie wpędzały mnie w psychiczne doły. Gdy dzieci były młodsze miewałam w życiu ciągi całotygodniowe, że prócz krzątaniny przy nich i przy domu nie było mowy o żadnej innej formie aktywności fizycznej. Odkąd podrosły, udaje mi się ćwiczyć regularniej, ale dwa wyjścia do fitness klubu w tygodniu, gdzie stać mnie na około godzinę wysiłku za każdym razem to szczyt moich możliwości. Dorzucam do tego spacery, od czasu do czasu rower (jeśli aura za oknem pozwala) i zajęcia z jogi. A i tak w najlepszym wypadku ledwie sięgam dolnej granicy starych rekomendacji i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Pandemia i ten stan rzeczy wywróciła do góry nogami. Przysięgam, próbowałam wiele razy, lecz nic na to nie poradzę, że nie dla mnie pajacyki przed telewizorem i biegi z ciężarkami po schodach w rytm komend z tableta.

Nie zakładam, ja wiem, że ma tak większość z nas i śmiem twierdzić na własnym przykładzie, że jest to coś, co nas dodatkowo dołuje w tych i tak niełatwych czasach. Taka jeszcze jedna niechciana premia od natury adekwatna do reszty otaczającej nas natury: spadek formy z jednej strony, a nowe oponki na brzuchu z drugiej (niektóre moje koleżanki twierdzą, że już ze wszystkich stron).

I właśnie w tym beznadziejnym roku, właśnie teraz, WHO nakazuje nam zmieniać się w regularnych atletów, strasząc, że jeśli nie to, to lepiej już wykupić sobie działeczkę na cmentarzu, bo długo nie pociągniemy. Ta sama WHO, którą podobno bardzo martwi nasz stan psychiczny w czasie pandemii, a nadto – dla zdrowia! – zaleca nam omijać siłownię szerokim łukiem. Naprawdę, WHO? Nie było innego sposobu? Nie można było z tymi piekielnymi rekomendacjami zaczekać? Choć kilka miesięcy? Choć do czasu, gdy przynajmniej ci, którzy wezmą sobie wasze nowe wytyczne do serca, będą mieli możliwości, by wcielać je w życie? Czy wpędzanie nas w dodatkowy stres z powodu siedzenia w domu, które zresztą nam sami zalecacie, to rzeczywiście najlepszy z możliwych sposobów, by wzmocnić nas psychicznie? Dowcipna koleżanka z Facebooka pokazała co się dzieje, gdy działamy bez zastanowienia, bez uwagi, impulsywnie. Publikując swoje najnowsze rekomendacje WHO działa, rzecz jasna, w naszym interesie, tylko niestety komuś zabrakło zdrowego rozsądku szytego na miarę czasów. Tym samym nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni, mamy do czynienia z klasyczną sytuacją, kiedy to dobre intencje niczym pierwszej jakości klepka wyłożyły samo dno piekła.