Żebrzący bogacze

0
720

Miałem nie zabierać głosu w sprawie ulokowania w Nowym Jorku drugiej głównej siedziby Amazona, ale zmieniłem zdanie, gdyż zamiar ten, na szczęście nieudany, byłby tak niekorzystny dla miasta, że trzeba o nim krzyczeć, i to głośno. Wielu nowojorczyków myślało, że dla Wielkiego Jabłka wycofanie się z projektu będzie katastrofą, gdyż pozbawi go 25 tysięcy miejsc pracy, które miały zostać stworzone, i multimiliardowego zastrzyku ekonomicznego. Nic bardziej mylącego, raczej możemy mówić o szczęśliwej ucieczce.

Miasto – czyli nowojorski podatnik – miało gigantowi wysyłkowemu wyłożyć ogromne sumy za prowadzenie działalności gospodarczej, co przełożyłoby się na mniejszy, a raczej większy zysk.

Jak to możliwe, że w ogóle taki układ miał dojść do skutku? Kto wymyślił i sądził, że Wielkie Jabłko będzie coś z tego miało? Gdzie tu logika? Gdzie zdrowy rozsądek? Gdzie sumienie łaskawodawców?

Żeby zrozumieć absurdalność pomysłu, podaję liczby, które za nim stały. Metka z ceną wynosiła 3,4 miliarda dolarów, co może wywołać zawrót głowy. Co w tym się mieściło? 1,2 miliarda zwrotu podatkowego za stworzenie 25 tysięcy stanowisk pracy, nie natychmiast, jak wszystkim się wydawało, ale do czerwca 2028 roku. Stan Nowy Jork także przyrzekł zapłatę 505 milionów za koszty budowy biur firmy. Reszta miała być ulgą podatkową.

Nie wiadomo, czy umowa z Amazonem nie byłaby jedną z tych zawieranych z firmami, które dużo obiecują, żeby otrzymać pieniądze, a później nie wywiązują się z zobowiązań.
Niedawny przypadek z konglomeratem Foxconn w Wisconsin jest najlepszym przykładem. Za 4,1 mld subwencji ze stanu obiecał on stworzenie 13 tys. nowych miejsc pracy i budowę fabryki. Sześć miesięcy później zatrudnienie miało dostać tylko kilka tysięcy ludzi, a wzniesienie fabryki zniknęło z planów.

Przemysł rozrywkowy pod tym względem jest największym przestępcą, szantażującym władze stanowe umieszczeniem swoich produkcji gdzie indziej w razie odmowy obniżek. Sztandarowy serial Netflixa „House of Cards” był kręcony w Maryland, dzięki hojnej dotacji stanowej legislatury. Gdy zbliżał się trzeci sezon nagrań, niektórzy ustawodawcy zaczęli kwestionować słuszność finansowego wspierania arcybogatego koncernu.

Jego reakcja była natychmiastowa. Charlie Goldstein, dyrektor producenta Media Rights Capitol, wysłał list do ówczesnego gubernatora Martina O’Malleya, grożąc zawieszeniem prac, jeżeli nie udostępni się im wystarczających funduszy. W liście napisano, że w przypadku odmowy produkcja zostanie przeniesiona do innego stanu. Firma nawet wysłała na rozmowę z administratorem stanowym swoją gwiazdę Kevina Spacey (przed skandalem seksualnym z jego udziałem), co szeroko opisywała lokalna prasa. W końcu władze ustąpiły, dając Netflixowi 19 mln kredytów podatkowych.

Hollywood szybko nauczył się, jak wykorzystywać sytuacje z umieszczaniem swoich produkcji w tych, a nie innych lokalizacjach. Robi to po mistrzowsku i bez skrupułów. Serial HBO „Veep” otrzymał z budżetu Maryland 14 mln ulg za pierwsze trzy sezony. Gdy władze Kalifornii machnęły przed oczami producentów sakiewką z 6,5 mln za jeden cykl, bez mrugnięcia okiem szybko przeniósł się na Zachodnie Wybrzeże.

W 1992 r. Luizjana była pierwszym stanem, który formalnie zaoferował przemysłowi filmowemu i telewizyjnemu dotacje. W 2002 r. stan uruchomił program Louisiana Motion Picture Investor Tax Credit, który pozornie wydawał się być sukcesem. W tymże roku był tam kręcony tylko jeden film – w porównaniu do 54 w 2007. Koniec końcem program kosztował stanowego podatnika 1,5 mld dol. w ciągu 10 lat, dając skromny zwrot i oczywiście żadnego zysku. W 2005 r. szef ekonomistów Luizjany Greg Albrecht podał, że stan odzyskał jedynie 16-18 proc. kosztów subwencji podatkowych przekazanych producentom filmowym.

To mało, ale i tak lepiej niż inne stany. Maryland odrobił tylko 6 centów za każdego wydanego dolara, Massachusetts – 13, Nowy Meksyk – 14, a Karolina Południowa – 19 centów.

Kluby sportowe są nielepsze. Ich właściciele – multimiliarderzy – rutynowo przypochlebiają się administracjom miast, żeby płaciły one za stadiony, które w ogóle nie są potrzebne. Arena Turner Field w Atlancie została oddana do użytku na igrzyska olimpijskie w 1996 r. Po nich jako gospodarze grali na niej bejsboliści Atlanta Braves. W 2017 r. podatnicy powiatu Cobb przekazali 300 mln dol. na budowę nowego obiektu o nazwie Sun Trust Park, na którym mecze rozgrywa ta sama drużyna. Czy naprawdę żywotność stadionu wynosi zaledwie 20 lat?

Zespół NFL Rams, który po latach gry w St. Louis w Missouri, powrócił do Los Angeles, winien jest tamtejszemu podatnikowi 144 mln dol. Czy zwróci choćby część tej sumy? Wątpliwe.

Mając w pamięci powyższe, miejmy nadzieję, że politycy i podatnicy obudzą się i wreszcie zrozumieją, że subsydiowanie bogatych firm i organizacji sportowych nie jest mądrym posunięciem, bo zamiast zysków, przynosi to straty. Czym prędzej należy takich praktyk zaniechać, by nie pogłębiać dziury budżetowej, w której wszystkie administracje się znajdują. Kosmicznie bogaci nie wstydzą się żebrać i daleko wyciągają rękę, żeby coś uskubnąć.