Zmiana – największe wyzwanie przyszłości

1
Najważniejsze powinno być aktywne wspieranie naszego potomstwa, by wyrosło na ludzi odpornych i nielękających się zmian FOTO: PEXELS.COM

Zaiste nic nie wprawia mnie w lepszy humor niż uwagi pod adresem młodzieży w stylu: "Miałem/łam bez porównania gorzej, ty dzisiaj masz wszystko, a i tak ci źle. Ja w twoim wieku... W głowie się nie mieści, żeby takie sprawy załatwiać w ten sposób. Życie przeżyłem/am, więc wiem, co mówię i ma być, jak mówię". Ta lista nie ma końca.

Konflikt międzypokoleniowy, bo o to chodzi, jest oczywiście stary jak świat. Śmiało można też postawić tezę, że młode pokolenie zawsze wychodzi w tego typu komparacjach na czarną owcę, w myśl założenia, że za mało w życiu przeszło i za mało się jeszcze nauczyło, by było w stanie podejmować mądre i wartościowe decyzje, wobec czego, o ile „nie pójdzie po rozum do głowy”, czyli nie posłucha rad starszych, wykieruje świat ku apokalipsie. W czasach, gdy mamy na usługach odrębne dziedziny nauki zajmujące się analizą naszych postaw i obyczajów, wiemy, że w istocie nie chodzi w tym konflikcie wyłącznie o krytykę młodych. Także bowiem o powszechną u starszych wiekiem jednostek ludzkich „oporność” na zmiany, a niekiedy zupełnie realny, i też pogłębiający się z wiekiem, lęk przed zmianą. Młodzi, którzy są na zmiany otwarci i jawnie do nich dążą – odwieczna, zapisana w naszych ludzkich genach potrzeba tworzenia i usprawniania – jawią się starszemu pokoleniu jako bezpośrednie dla niego zagrożenie, burzyciele porządku w poukładanym z takim trudem życiu. Co gorsza, wygląda na to, że niewiele da się tu zmienić, bo fizjologia, czego dowiodła nauka, wywiera wpływ na naszą psychikę dużo bardziej, niż nam się to wydawało. Choć więc nie ma jeszcze na ten temat definitywnych orzeczeń, strach przed zmianą to, być może, po prostu naturalny i nieunikniony efekt fizjologicznego procesu starzenia się. A więc zmiany w naszych molekułach, a nie zamierzona wrogość i złośliwość wobec młodych, odpowiadają za konflikt międzypokoleniowy.

Znaleźliśmy się zatem w przeciekawych czasach. Predysponowani, by odczuwać przed zmianą lęk i się jej przeciwstawiać, od kilkudziesięciu już lat wszyscy, bez względu na wiek, jesteśmy zmuszani nadążać za zmianami w tempie, jakie żadnemu pokoleniu przed nami nawet się nie śniło. Świetnie wyjaśnił to Yuval Harari (polecam Państwu jego książki). Ledwie kilkadziesiąt lat temu (w zależności od rejonu, gdzieniegdzie ledwie kilkanaście!) syn rolnika ze wsi w Polsce, we Włoszech czy w Chinach miał mocne podstawy zakładać, że o ile zostanie na gospodarstwie, to jego praca, codzienne obowiązki nie będą się zbytnio różniły od ojcowskich. Podobnie rzecz miała się z pracą w miastach – w warsztatach rzemieślników, w fabrykach. Obowiązywały modele organizacji i podziału pracy sprzed wieków. Znaczyło to, że mieliśmy do czynienia z całymi pokoleniami, które były w stanie do pewnego przynajmniej stopnia przewidzieć, jak będzie wyglądać ich życie, ich świat wokół, jeśli dokonają takich, a nie innych wyborów w swej edukacji i kwalifikacji zawodowych.
Dzisiaj nikt z nas, żaden rodzic, bez względu na charakter swej pracy, umysłowy czy fizyczny, nie jest w stanie powiedzieć swemu nastoletniemu dziecku, co go czeka w przyszłości. I to przyszłości, dodajmy, wcale nie tak odległej. Najodważniejsi prognostycy cywilizacyjni boją się obecnie wychylać dalej niż poza rok 2050. Nie mamy bladego pojęcia, które z wyborów edukacyjnych, życiowych okażą się dla naszego dziecka strzałem w dziesiątkę. Do niedawna wydawało się, że będzie to pozyskiwanie kwalifikacji w dziedzinach związanych z technologią. Kilka krótkich ostatnich lat roztrzaskało to założenie w pył. Wchodzimy w erę współegzystencji w każdym wymiarze naszego życia ze sztuczną inteligencją (SI). Podobno to tylko kwestia czasu, gdy pojawią się maszyny, które staną się nie tylko sprawnymi nadzorcami innych, wykorzystywanych przez nas w pracy i w życiu maszyn (konserwacja, naprawy, bezpieczeństwo itd.), ale nie zgorzej będą radziły sobie także z twórczym aspektem technologii, czyli – przejmą funkcje programistów. Jeśli do tego dojdzie, świat nie będzie potrzebował armii specjalistów IT, lecz raczej ludzi o zgoła innych umiejętnościach. Takich, którzy będą czuwać, byśmy to my wciąż panowali nad maszynami, a nie one nad nami. Analitycy wskazują, że będzie to najprawdopodobniej (ale to też jedynie założenie!) kanon tzw. czwórki K: krytycznego myślenia, komunikacji, kolaboracji i kreatywności. Sześć lat temu pani pedagog w gimnazjum urządzająca klasie mojej starszej córki pogadankę o mądrym wyborze przyszłego zawodu polecała kierunki technologiczne, medyczne i biochemiczne. Dwa lata temu na podobnej pogadance młodsza córka usłyszała już jednak, że przyszłość będzie należała do specjalistów od komunikacji i kreatywności. Oto, z jakim pędem toczy się obecnie koło zmian wokół nas.

Do czego zmierzam? Do tego, że narzekanie na młodzież, wytykanie im dziwnych, absurdalnych dla nas postaw i zwyczajów (choćby ekranowy zombizm czy wybór źródeł wiadomości o świecie; 80 procent pobiera informacje, w tym o polityce, z mediów społecznościowych oraz poprzez publikacje youtuberów – dane za redakcją tygodnika „Ekonomista”) jest bez sensu, a dzisiaj bardziej niż kiedykolwiek. Wiem, brzmi to przerażająco, a nawet surrealistycznie, ale my naprawdę nie mamy naszym dzieciom nic do zaoferowania. Żadnej sprawdzonej mądrości, żadnej wiedzy, na której będą mogły polegać „jak na Zawiszy”. Na pewno żadnych doświadczeń, które były naszym udziałem w naszym dotychczasowym życiu. Na naszych oczach dewaluuje się przecież nawet odwieczna, uświęcona dewiza pt. „bądź zawsze sobą”. Patrząc na kierunek, w jakim zmierzamy (biogenetyka i bioinżynieria), co za kilkadziesiąt lat „bycie sobą” będzie oznaczało? Chyba nikt się nie łudzi, że integracja człowieka z maszyną to tylko kwestia czasu, wobec czego natura, którą zostanie się obdarzonym w chwili narodzin, nie będzie już dla nikogo żadnym przeznaczeniem ani wyrokiem bez odwołania. W świecie zaś, w którym człowiek będzie mógł się upgrejdować na podobieństwo maszyny, w takim świecie przedefiniowaniu ulegnie przecież sam termin „człowieczeństwa”. Ręka w górę, kto się tego nie boi, i w ogóle potrafi to sobie nawet wyobrazić.

Następnym razem, gdy przyjdzie więc nam do głowy wypominanie naszemu nastolatkowi, że „my w jego wieku”, warto policzyć do trzech i odpuścić. Co ma sens? Jedna rzecz – znów odwołam się do refleksji Harariego. Najważniejsze winno być aktywne wspieranie naszego potomstwa, by wyrosło na ludzi tak odpornych i nielękających się zmiany, jak to tylko możliwe. Tempo zmian w ich świecie będzie się przecież wciąż tylko nasilać – rzecz nie do pomyślenia, a jednak tak przekonują futurolodzy! Wiele wskazuje na to, że prócz wspomnianej „czwórki K” ich najcenniejszym bagażem będzie hart psychiczny, by radzić sobie ze zmianami najlepiej jak się da.
A na koniec kij w mrowisko. Jakie, wobec powyższego, powinny być zadania realizowane przez odpowiedzialną, wizjonerską i adaptującą się do realnych potrzeb i wyzwań przyszłości, szkołę? Jest o czym myśleć!