Polonia amerykańska poparła PiS

142
FOTO: KONSULAT RP NA MANHATTANIE

Polacy w USA wybierali kandydatów do Sejmu i Senatu z list warszawskich. Głosowanie było możliwe w jednej z 48 obwodowych komisji wyborczych zlokalizowanych w 22 stanach i stołecznym Waszyngtonie. W sumie do wyborów zarejestrowało się ponad 32 tysiące rodaków, a ostatecznie zagłosowało ponad 29 i pół tysiąca. Choć liczba ta, biorąc pod uwagę polską diasporę w USA, nie jest imponująca, to i tak była rekordowa.

Największe poparcie, podobnie jak w 2015 roku, otrzymali politycy Prawa i Sprawiedliwości. Ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego uzyskało wynik 52,7% (czyli 15 569 głosów). Najlepiej wypadło w okręgu chicagowskim, gdzie zdobyło 69% głosów, oraz w okręgu nowojorskim, uzyskując 49,5%. Jest to mniej niż cztery lata temu. Na kolejnych miejscach znalazły się Koalicja Obywatelska, którą w USA poparło 27,7% głosujących.
Kandydaci opozycji zdobyli większość w mniej licznych okręgach: waszyngtońskim (45%) oraz wyznaczonych dla Los Angeles (48%) i Houston (43%). Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał 8,8% głosów, Konfederacja – 8,3% poparcia wyborców, a PSL-Koalicja Polska 2,4% głosów.

W wyborach do Senatu głosujący w Stanach Zjednoczonych Polacy oddali najwięcej głosów na prof. Marka Rudnickiego. Uzyskał on 58% poparcia. Najwięcej wyborców głosowało na niego w Chicago – ponad 8,7 tys. oraz w Nowym Jorku – ponad 6,5 tys. To jednak nie wystarczyło, by kandydat Prawa i Sprawiedliwości dostał się do Senatu. Po zliczeniu głosów ze wszystkich obwodowych komisji wyborczych w Polsce i za granicą okazało się, że w okręgu nr 44 wygrał Kazimierz Ujazdowski, startujący z list opozycji. Zdobył on w sumie 55,25% poparcia (ponad 308 tys. głosów), natomiast popierany przez PiS Marek Rudnicki – 29,40% (ponad 164 tys. głosów). Na trzecim miejscu znalazł się Paweł Kasprzak, uzyskując poparcie rzędu 15,35%. W sumie w okręgu 44. oddano ponad 558 tys. głosów.

NAWET DWIE GODZINY CZEKANIA

W wyborach parlamentarnych wzięło udział 5 tysięcy więcej Polaków niż 4 lata temu. W Nowym Jorku można było zagłosować w jednej z czterech komisji. Na Maspeth, w Holy Cross Roman Catholic Church, zarejestrowało się 1165 osób, w Centrum Polsko-Słowiańskim na Greenpoincie – 1526 osób, w Polsko-Słowiańskiej Federalnej Unii Kredytowej na Greenpoincie – 1656. Najwięcej wyborców zagłosowało w Konsulacie Generalnym na Manhattanie, gdzie zarejestrowanych było 2207 Polaków. Między innymi tam ustawiały się najdłuższe kolejki. “Czekałam ponad dwie godziny. Nieprawdopodobna sytuacja. Jeszcze nigdy tak nie było” – mówi pani Jolanta z Brooklynu. W USA mieszka od prawie 30 lat. “Korzystam z praw demokracji. W Polsce mieszkają moja mama, brat, bratowa i ich dzieci. Nie do końca rozumiem, dlaczego miałabym nie zagłosować. Przecież śledzę na bieżąco sytuację w Polsce. Nie wszystko mi się podoba, a udział w wyborach jest szansą, by pokazać albo swoją aprobatę dla działań rządzących albo pokazać im czerwoną kartkę” – uważa rozmówczyni “Nowego Dziennika”. W tej samej kolejce, do polskiego konsulatu, ustawił się pan Zygmunt z Bay Ridge. Za rok, maksymalnie dwa, planuje wrócić do Polski. “Przyznam szczerze, że są to chyba pierwsze wybory za granicą, w których biorę udział. Podzielam opinię polityków i ekspertów, że najważniejsze od 30 lat. Nie zgadzam się, że imigranci nie powinni głosować. Niby dlaczego? W Polsce są nasze rodziny, a wielu z nas, tak jak na przykład ja, planuje reemigrować. Chciałbym emeryturę przeżyć w spokoju, dlatego głosuję” – mówi pan Zygmunt. “Ja jestem dumna, że mój głos znalazł się w urnie. To była też lekcja patriotyzmu dla moich dzieci” – twierdzi z kolei pani Justyna, mama 8-letniego Kacpra i 10-letniej Pauliny. “Dzieciaki urodziły się w Stanach Zjednoczonych, ale mówią po polsku i dużo im z mężem o Polsce opowiadamy. Przynajmniej raz na dwa lata staramy się spędzać tam wakacje. Udział w głosowaniu to pokazanie, że dba się o własną ojczyznę, nawet jak się jest daleko. W amerykańskich wyborach też biorę udział. Demokracja polega między innymi właśnie na tym, że bierze się udział w podejmowaniu decyzji, kto powinien nas – naród – reprezentować. Uważam, że nawet jeden głos ma znaczenie, każdy ma znaczenie, i to powtarzam moim dzieciom. Trzeba być aktywnym, interesować się losem nie tylko swoich bliskich czy przyjaciół, ale także swojej ojczyzny. W naszym przypadku są to dwie ojczyzny” – podkreśla pani Justyna.

Na terenie okręgu Konsulatu Generalnego RP w Nowym Jorku powołano najwięcej komisji wyborczych, bo w sumie 16. To o 7 więcej niż podczas wyborów w 2015 r. Największym okręgiem konsulatu generalnego RP jest Los Angeles – mieszka tam ok. 100 tys. Polaków, którzy mogliby wziąć udział w wyborach parlamentarnych. Zdecydowana większość nie skorzystała z tego prawa, bo wnioski o rejestrację na wybory złożyło 3,3 tys. osób. “Dziękuję wszystkim obywatelom polskim, którzy głosowali w USA, za udział w wyborach, a konsulom i członkom obwodowych komisji wyborczych za ciężką pracę. Cieszę się, że dzięki aktywności wyborców i znacznie większej liczbie komisji głosowało o wiele więcej osób niż 4 lata temu” – napisał na Twitterze Piotr Wilczek, ambasador RP w Waszyngtonie.

POLONIA NA ŚWIECIE ZA OPOZYCJĄ

Mimo że padł rekord frekwencji w USA, to i tak w porównaniu z innymi krajami zdecydowana większość Polonusów została w domu, zamiast iść na wybory. Na przykład w Wielkiej Brytanii wydano prawie 98 tysięcy kart do głosowania, ponad trzy razy więcej niż w Stanach Zjednoczonych. W sumie za granicą głosowało 300 tysięcy Polaków w 90 krajach. Zdecydowane zwycięstwo wśród imigrantów odniosła Koalicja Obywatelska. Politycy tego ugrupowania zdobyli ok. 40% głosów. Prawo i Sprawiedliwość wybrało ok. 25% uprawnionych do głosowania. Lewicę – ok. 20%, Konfederacje – 11%. Koalicja wygrała między innymi w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Francji, Holandii, Norwegii i Irlandii. W Stanach Zjednoczonych na pierwszym miejscu jest Prawo i Sprawiedliwość, ale tym razem przewaga nad resztą stawki była mniejsza niż zwykle. Cztery lata temu ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego zdobyło w USA 71% poparcia, w tym roku o 17% mniej.