Mecenas Platta „okradł” przeciwników

214

Rozmowa z prawnikiem Sławomirem Plattą, właścicielem The Platta Law Firm na Manhattanie

Słyszałam, że “okradł” pan swoich przeciwników na procesie, co się stało?
Tak, doszło do tego w czasie ostatniego procesu. Mój klient miał wypadek samochodowy, w wyniku którego uszkodził sobie ramię. Przeszedł operację artroskopową ramienia i wrócił do pracy. Mój przeciwnik musiał zapłacić 850 000 dol. za te obrażenia. Mój amerykański kolega po fachu, kiedy usłyszał wynik tego procesu, powiedział do mnie krótko: „okradłeś ich, Sławek”. Dodam, że ta sama ubezpieczalnia w trakcie mediacji oferowała jedynie 100 000 dol.

Czy te obrażenia były tyle warte?
Te obrażenia były warte pomiędzy 500 000 a 600 000 dol. Moim klientom zawsze jednak powtarzam: „Państwa sprawa jest warta tyle, ile możemy zabrać ubezpieczalni”. Oczywiście znam wartość procesów, które prowadzę, i wiem, jakie są „widełki”, w których sprawa powinna się zakończyć. Tutaj jednak poszliśmy troszkę va banque i nie akceptowaliśmy rosnących ofert naszych przeciwników. Czułem, że oni się boją o wynik, i dlatego, tak jak dobry myśliwy, poszedłem za „krwią”. Kiedy zaoferowali mi 750 000 dol. w trakcie tego procesu, wiedziałem już, że tu nie będzie miała znaczenia faktyczna wartość sprawy. Jak wygraliśmy 850 000 i zobaczyłem głęboki uśmiech mojego klienta – to była najlepsza nagroda.

Dlaczego tyle zapłacili?
Popełnili błędy w przygotowaniu swojego klienta do przesłuchań, które potem fatalnie wyglądałyby przed ławnikami. Prowadzę procesy nie od dziś i doskonale wiem, jak takie błędy wykorzystać. Dodatkowo zastosowałem pewne ciekawe rozwiązania w trakcie wyboru ławników, które zaowocowały wyborem ludzi, którzy byli bardziej przychylni mojemu klientowi. Prawnik strony przeciwnej nie rozumiał tego, co robię. Po procesie, kiedy mogliśmy porozmawiać z ławnikami swobodnie, otworzył oczy ze zdumienia, kiedy usłyszał, że ci ławnicy, których uważał za „swoich”, stali tak naprawdę po naszej stronie. Ja bardzo uważnie wybieram ławników – to jest bowiem moment, w którym wygrywamy lub przegrywamy proces.

Wiemy, że wygrał pan ze swoimi ludźmi walkę o pomnik Katyński. Czy było ciężko?
Tak, ale była to bardzo spektakularna wygrana, podnosząca znaczenie Polonii w Nowym Jorku, i nie tylko. Tę walkę musieliśmy wygrać nie tylko dla nas samych, ale przede wszystkim dla tych Polaków-bohaterów, których zamordowano w Katyniu.

Jak się przy tym wszystkim miewa pańska kancelaria?
Wciąż jest największą polską kancelarią na Manhattanie i pewnie jeszcze długo tak pozostanie. Zatrudniamy teraz kilku nowych prawników z ogromnym doświadczeniem zarówno procesowym, jak i sądowym. Muszę naszym klientom zapewnić najlepszą możliwą opiekę prawną. Prowadzimy bowiem prawie wyłącznie wielomilionowe sprawy, a te wymagają najlepszych specjalistów. Oczywiście ja sam czuwam nad każdą sprawą prowadzoną w naszej kancelarii. Jestem prawnikiem procesowym i dlatego właśnie klienci przychodzą do nas, i to właśnie z wielu amerykańskich, i nie tylko, kancelarii. Ci, z którymi rozmawiam po przejściu do nas, często wspominają, jak ciężko było im porozumieć się z ich byłym prawnikiem, który nie mówił po polsku. Widzę ich radość, kiedy mogą ze szczegółami opowiedzieć o swoim wypadku bez poleganiu na tłumaczu i widzą zrozumienie w moich oczach.

Pańska kancelaria znajduje się na dolnym Manhattanie?
Tak, ale jesteśmy właśnie w toku transakcji zakupu budynku na środkowym Manhattanie, tuż obok naszego konsulatu, na nową siedzibę dla naszej kancelarii. Będzie to dużo większa powierzchnia i pozwoli to nam na jeszcze większy rozwój oraz zatrudnienie większej liczby pracowników.

Czy pan sam prowadzi przesłuchania klientów swojej kancelarii?
Tak. Polskich klientów sam przygotowuję i razem z nimi jestem na przesłuchaniu. Zawsze dopilnuję, aby nie popełnili żadnego błędu oraz sprawdzam, czy tłumaczenie pytań i odpowiedzi przez tłumaczy jest poprawne. Prawnik anglojęzyczny nie ma takiej możliwości. Poza tym, słysząc wypowiedzi mojego klienta po polsku, mogę znacznie szybciej zareagować na przesłuchaniu, zanim jeszcze tłumacz zdąży przetłumaczyć to na angielski. Dlatego prawnicy z drugiej strony są bezsilni. Oni siłą rzeczy muszą polegać na mojej opinii. To oczywiście bardzo pomaga naszym klientom.

Stworzył pan polską kartę w historii procesów cywilnych w Nowym Jorku…
Tak. W 2011 roku dokonaliśmy tego, czego nigdy polska kancelaria w Nowym Jorku nie zrobiła. Wygrywając sprawę w Sądzie Najwyższym Stanu Nowy Jork, zmieniliśmy jednocześnie prawo dla całego stanu, umożliwiając uzyskanie odszkodowań dla ofiar wypadków budowlanych. To był precedens, który zdobył nam renomę i uznanie nie tylko wśród klientów, ale przede wszystkim respekt wśród ubezpieczalni oraz ich prawników. Warto dodać, że wówczas byliśmy jeszcze bardzo małą kancelarią – poza mną pracowały tam wtedy tylko dwie polskie paralegals. Pracując całe życie na Manhattanie zdobyłem pewne szlify, które potem pozwoliły mi na bardzo skuteczną walkę w sądach – taką bezpardonową – zawsze w obronie klienta.

ROZMAWIAŁA BS