Walka o Sąd Najwyższy

7

Po 30 latach na ławie sędzia Sądu Najwyższego Anthony M. Kennedy ogłosił, że z końcem lipca przechodzi na emeryturę. Należało się tego spodziewać, gdyż za kilka tygodni skończy 82 dwa lata i boryka się z kłopotami zdrowotnymi. To, kto zastąpi Kennedy'ego, jest niezwykle ważne, bowiem decyzje członków najwyższego sędziowskiego gremium są kluczowe dla kierunku, w którym zmierza kraj.

Szykuje się zatem zacięta walka między republikanami a demokratami, ponieważ ci drudzy mają wiele do stracenia, czego mogą nie odzyskać przez dekady. Głos Kennedy’ego wielokrotnie decydował o wprowadzeniu lub obaleniu prawa dzielącego Amerykanów na dwa, mówiąc delikatnie, przeciwstawne obozy. Mianowany przez prezydenta Ronalda Reagana w 1988 roku, miał trzymać linię z konserwatystami, ale, ku ich rozczarowaniu, okazał się bardzo umiarkowanym sędzią i często w ważnych kwestiach orzekał wraz z liberałami. Najważniejszymi głosami jego kariery po tej stronie politycznego spectrum było utrzymanie prawa zezwalającego na przerywanie ciąży, które zostało wprowadzone w 1973 roku, czy zachowanie akcji afirmatywnej, dającej preferencje mniejszościom rasowym przy przyjmowaniu na studia państwowe i do pracy w administracji rządowej oraz przyznawaniu kontraktów rządowych. W 2015 roku przechylił szalę u wagi legalizującą małżeństwa homoseksualne.

Pomimo tych decyzji niecałkowicie sprzeniewierzył się konserwatystom. W 2008 roku wraz z nimi głosował za konstytucyjnym prawem każdego obywatela do posiadania broni. Dwa lata później stał po ich stronie w kwestii nieograniczonych dotacji wyborczych przez korporacje i związki zawodowe. Już za prezydenta Trumpa głosował za zatwierdzeniem legalności jego dekretu o zakazie wjazdu od USA obywateli kilku krajów muzułmańskich. Tak więc utrzymał swój status tzw. wahadłowca, czyli głosującego raz po lewej, raz po prawej stronie. Odejście Kennedy’ego w obecnej sytuacji politycznej zlikwiduje taką pozycję, gdyż Donald Trump właśnie nominował na jego miejsce prawdziwego konserwatystę. Dlaczego ten, kto zasiądzie na ławie Sądu Najwyższego, jest ważny zarówno dla republikanów, jak i dla demokratów? Jeżeli wybrany przez prezydenta Trumpa nominat zostanie zatwierdzony przez Senat, w którym większą liczbę głosów mają republikanie, całkowitą przewagę w Sądzie Najwyższym zdobędzie prawicowe skrzydło, które może obalić historyczne decyzje korzystne dla liberałów. Ten scenariusz, mało prawdopodobny po zaprzysiężeniu jednego konserwatysty, może stać się bardzo realny, gdy dołączy doń dwóch kolejnych sędziów. Ciągle aktywni liberałowie Stephen Breyer i Ruth Bader Ginsburg mają odpowiednio 79 i 85 lat, więc należy się spodziewać, że wkrótce przejdą na emeryturę, tym bardziej że nękają ich poważne problemy zdrowotne. W ten sposób Sąd Najwyższy uzyskałby najbardziej konserwatywny skład w historii USA.

Aby do tego nie dopuścić, demokraci muszą odzyskać kilka foteli senatorskich i zwyczajną przewagą głosów blokować nominacje Trumpa. Najbliższa ku temu okazja nadarzy się im już w listopadzie, kiedy Amerykanie będą głosować na jedną trzecią senatorów w tzw. wyborach międzykadencyjnych. Cztery lata temu tylko 36 procent uprawnionych do głosowania udało się do lokali wyborczych. Gdyby więcej obywateli ruszyło się z domu, niewykluczone, że wyższa izba Kongresu pozostawałaby w rękach demokratów, co pozwoliłoby im zatwierdzić nominata Obamy – sędziego Merricka Garlana – i obecnie SN nie aż tak drastycznie przechylałby się w prawą stronę. Nie jestem zwolennikiem mocnego ani lewego, ani prawego skrzydła tej instytucji. Sąd Najwyższy, który orzeka w kluczowych sprawach społecznych, politycznych i obyczajowych, winien balansować w centrum i nie dopuszczać do zdobycia nadmiernej przewagi jednej opcji, bo nie wychodzi to demokracji na korzyść.

Autor: Wiesław Cypryś