I że cię nie opuszczę aż… do zielonej karty (cz. 2)

22
Małżeństwo z obywatelem amerykańskim jest jednym najpopularniejszych sposobów na zdobycie zielonej karty przez imigrantów. Nie mówiąc już o tym, że jest to sposób najszybszy i najskuteczniejszy. Tyle że nie najtańszy ZDJĘCIA: PEXELS

Nie są odosobnione przypadki, kiedy zamężne kobiety rozwodzą się ze swoimi mężami w kraju ojczystym, aranżują papierowe małżeństwo w USA, po dwóch latach rozwodzą się ze swoim amerykańskim „mężem” i poślubiają swoich właściwych małżonków, zapewniając im tym samym zieloną kartę. O ile papierowe małżeństwo przetrwa obowiązkowe dwa lata. I o ile właściwy związek między imigrantami przetrwa tę próbę.

Iwona przyjechała do USA pierwsza. Najpierw na trzy miesiące. Potem na pół roku. Potem znów na kilka miesięcy, tym razem z mężem. Ostatecznie zdecydowali się zostać po upłynięciu terminu wizy. Nielegalnie. Iwona miała w Stanach wuja, który pomógł jej się „zainstalować” – dał pokój z widokiem na sklep połączony z masarnią, znalazł pracę jako hausekeeper (pani prowadząca dom) i wprowadził w tajniki tego, jak szybko zalegalizować pobyt. Sam podsunął jej kandydata na „małżonka” – pracującego z nim w tej samej firmie budowlanej – mającego obywatelstwo amerykańskie Marka. Szybko się porozumieli co do kwoty. Było tylko jedno „ale”. Żeby Iwona mogła zawrzeć małżeństwo, nawet papierowe, w Stanach Zjednoczonych, musi się najpierw rozwieść ze swoim mężem.

– To nie była szybka decyzja, jeśli chcesz wiedzieć… – Iwona, drobna blondynka z włosami związanymi w koński ogon, splata nerwowo ręce. – Długo o tym rozmawialiśmy. Wypisaliśmy zyski i straty, plusy i minusy. Ostatecznie postawiliśmy wszystko na jedną kartę. Rozwiedliśmy się zaocznie i wyszłam za Marka. Mój mąż… To znaczy mój prawdziwy mąż… – poprawia się. – Był na ślubie… Nie powiedzieliśmy o tym nikomu. W domu… To znaczy w Polsce. Co mielibyśmy powiedzieć? Kto by to zrozumiał?

Iwona i Marek są „małżeństwem” już półtora roku. Iwona mieszka ze swoim „byłym” mężem i dzieckiem, które urodziło się, kiedy Iwona była w USA nielegalnie, a które zgodnie z amerykańskim prawem staje się automatycznie obywatelem Stanów Zjednoczonych. Za pół roku Iwona odbędzie interview, które – ma nadzieję – będzie miało pomyślny dla niej przebieg. Jako posiadaczka zielonej karty będzie mogła poślubić swojego byłego – obecnie – męża, dzięki czemu on również będzie mógł przebywać legalnie na terytorium Stanów Zjednoczonych.

– Wiem, o co chcesz zapytać… – Iwona nie podnosi oczu. – Jak można tak żyć? Czy to nam nie przeszkadza… To na pewno nie jest proste, ale nie mamy wyjścia… To jedyny sposób.

Jak by się czuła, gdyby to jej mąż ożenił się z Amerykanką dla papierów, żeby z czasem poślubić ją i dać jej przepustkę do zielonej karty?

– Nie wiem… – Iwona jest zaskoczona pytaniem. – Nigdy o tym nie myślałam, że mogło być odwrotnie. Ale chyba nie mogło… Amerykanki nie wychodzą za imigrantów, zwłaszcza za Polaków…

Czasami jednak układ polega na obniżeniu kwoty zakupu papierowego małżeństwa w zamian za pomoc w prowadzeniu domu, ewentualnej opieki nad obywatelem. Inną sprawą, o której się raczej nie mówi, a jest ona nagminna, to włączanie do umowy z obywatelem o papierowym małżeństwie – oprócz słonej ceny sięgającej kilkudziesięciu tysięcy dolarów – usług seksualnych. Nawet jeśli na początku umowy ta kwestia zostaje zupełnie wykluczona, z czasem może się pojawić taka propozycja ze strony obywatela, niejednokrotnie w postaci szantażu. W przeważającej większości dotyczy to kobiet. Niekiedy układ jest „czysty” od początku; przyszły „małżonek” od razu stawia sprawę jasno – seks za zieloną kartę albo pieniądze plus ustalona liczba stosunków seksualnych, którą mężczyźni sprzedający „papiery” nazywają „używalnością” za zieloną kartę.

Sandra, atrakcyjna trzydziestoparolatka, jest w USA nielegalnie już prawie dziesięć lat.

– Przyjechałam zaraz po studiach – mówi z dużą pewnością siebie. – Nie wiedziałam, co chcę robić, więc pomyślałam, że pomieszkam tu trochę, coś zarobię, zastanowię się, co dalej. Zostałam. Oczywiście, nielegalnie. Wiedziałam, że nie chcę być na stałe, ale potem cały czas przesuwałam termin powrotu. Jeszcze trochę. Jeszcze trochę… Aż się zrobiło z tego prawie dziesięć lat. Nielegalnych dziesięć lat. Nie jestem głupia. Wiem, że najprościej jest wyjść za mąż dla papierów, ale jakoś sobie tego nie wyobrażałam. Myślałam: dlaczego mam płacić jakiemuś obleśnemu dziadowi, żeby miał mnie za żonę? Przecież to jakiś absurd. W międzyczasie miałam co jakiś czas propozycje: a to od dwa razy starszego żydowskiego jubilera, a to od lekarza, dla którego pracowałam jako recepcjonistka. Wydawali się nawet spoko, nie sądzę, żeby mnie oszukali, ale powiedziałam: nie.

Dlaczego?

– Chyba wciąż wierzyłam, że nie będę musiała tego robić. Albo, że spotkam kogoś fajnego i… no, wiesz… Ale nie spotkałam. Kiedy uświadomiłam sobie, że siedzę tu już dziesięć lat, zrozumiałam, że muszę coś ze sobą zrobić. Albo wrócić do kraju, albo zalegalizować pobyt. Spytałam mojego kolegę, obywatela, czy mógłby mi pomóc. Ale tak naprawdę pomóc, rozumiesz? Jako pomoc rozumiałam to, że nie weźmie ode mnie za dużo. Miałam odłożone 15 000 dol. Myślałam, że się dogadamy. Zgodził się. Dodał tylko: ok, w takim razie niech będzie tylko dwa razy w tygodniu. Nie zrozumiałam od razu. No, seks – odpowiedział. – Będę chciał seksu tylko dwa razy w tygodniu. Zamurowało mnie. Słyszałam o tym, że chcą seksu jako części umowy, ale wydawało mi się, że postawiłam sprawę jasno – płacę mu za małżeństwo, więc nie może chyba ode mnie wymagać, żebym… no wiesz. Nic nie powiedziałam. Wyszłam. Myślałam, że się przyjaźnimy, ale to, jak widać, nie miało znaczenia. Nie rozmawiam z nim od tamtej pory.

Sandra nadal jest w USA. Nielegalnie. Nadal odkłada pieniądze, a właściwie dokłada do tych 15 000, które już ma. Czeka na kolejną okazję i na to, że tym razem przyszły „mąż” nie będzie domagał się spełniania małżeńskich obowiązków?

– Nie wiem – wzrusza ramionami. – Trochę mi już to obrzydło. Ostatnio rozmawiałam z moim bliskim kolegą, Amerykaninem, którego bardzo lubię, ale nie chcę, żeby mi pomagał w tej sprawie. Nie wyobrażam sobie, że miałabym z nim sypiać. A pewnie tego by oczekiwał. Nawet jeśli mu zapłacę. Zapytałam go kiedyś, dlaczego Amerykanie tak chętnie wchodzą w papierowe małżeństwa. Czy naprawdę chodzi tylko kasę? Powiedział, że pewnie to im imponuje, że ktoś się przed nimi płaszczy. Że mają nad kimś władzę. I że nawet zupełny frajer może w ten sposób mieć „żonę”. Po tym, co powiedział, uznałam, że mam dość papierowych małżeństw i w ogóle wszelkich małżeństw. Trudno, nie muszę tu być.

Przemek, na oko czterdziestoletni mężczyzna, krótko ostrzyżony, z melancholijnym wyrazem twarzy, jest jednym z nielicznych przedstawicieli płci męskiej, który przyznaje się do papierowego małżeństwa.

– Pytasz, dlaczego? – unosi lekko brwi. – A jak myślisz? Że to powód do dumy. Moja mama w Polsce wciąż się zastanawia, dlaczego nie zakładam rodziny, dlaczego się nie żenię… Gdyby wiedziała, że to, że mogę ją raz w roku odwiedzać, to zasługa zielonej karty, którą mam dzięki papierowemu małżeństwu… Przecież jej nie powiem.

Przemek przerwał studia, żeby przyjechać do USA.

– Myślałem: przyjadę, zarobię, wrócę. Skończę studia, może założę swój biznes… – kiwa głową sam do siebie. – Trochę inaczej to sobie wszystko wyobrażałem. Prosto z uczelnianej ławki trafiłem na budowę. I tak zostało. Obiecywałem sobie, że zarobię i wrócę. Z roku zrobiły się dwa lata, potem trzy, aż w końcu dwanaście. Dwanaście lat nielegalnie… Miałem dość. Tylko praca, dom, praca, dom. Ciułanie pieniędzy. I strach, że mnie gdzieś złapią. Że przekroczę prędkość, a żeby wlepić mandat, muszą zobaczyć moje prawo jazdy. Którego oczywiście nie mam. Wrócić? Teraz? Jeszcze trochę… Jeszcze za wcześnie… Poza tym co? Trochę wstyd, nie? Uzbierałem trochę kasy. Znalazłam dziewczynę…

Było łatwo?

– A jak myślisz? – uśmiecha się kwaśno. – Amerykanki wcale nie są chętne do wychodzenia za mąż za imigranta, który pracuje na budowie. Nawet za kasę. Znalazłem dziewczynę, która też dostała papiery przez małżeństwo. Zgodziła się. Wszystko poszło jak z płatka. Miałem fart, że mnie nie wykiwała. Ale pewnie wiedziała, jak to jest, więc mnie nie wystawiła.

Przemek dostał zieloną kartę. Po dwunastu latach po raz pierwszy przyjechał do Polski.

– Na szczęście rodzice nie zadawali za dużo pytań – mówi, patrząc w podłogę. – Odpowiadałem wymijająco. Zresztą, oni i tak się nie bardzo orientowali, jak to wszystko działa. Powiedziałem tylko bratu.

Za półtora roku Przemek będzie mógł składać wniosek o amerykański paszport. Co planuje?

– Szczerze? Nie wiem – wzrusza ramionami. – Myślałem, że te papiery coś zmienią. Cały czas chciałem być tu legalnie, a jak już jestem, to nie umiem się tym cieszyć. Nic się w sumie tak naprawdę nie zmieniło. Oprócz tego, że straciłem najlepsze lata życia na harowaniu i ciągłym pilnowaniu się, żeby mnie nie złapali. Najbardziej żal mi mamy… – znów patrzy w podłogę. – Ona wciąż pyta, czy ja sobie życie ułożę. Czy będzie jakaś żona… I co mam je powiedzieć? Że żona już była? Tyle że papierowa?

Nadia, dwudziestokilkulatka z Rosji, przyjechała do USA, żeby zrobić doktorat ze statystyki. Nie myślała, żeby zostawać po studiach w Stanach Zjednoczonych. W międzyczasie bardzo jej się spodobało. Jak również spodobał jej się Ilja, jej krajan. Zaczęli się spotykać. Ona na wizie studenckiej, on – już z paszportem amerykańskim. Kiedy ich związek zaczął stawać się coraz bardziej poważny, Ilja zaczął się martwić statusem imigracyjnym Nadii.

– Wciąż powtarzał, że powinnam być tu legalnie – mówi Nadia. – Oczywiście, nie miałam nic przeciwko temu, ale wiedziałam, że to długa droga. Mogłam się starać o wizę pracowniczą, potem o zieloną kartę… Ale on miał na myśli coś zupełnie innego. Małżeństwo. Jakoś nie mogłam sobie tego wyobrazić. Lubiłam go, ale żeby wychodzić za mąż tylko dla papierów… I wtedy okazało się, że on wcale nie miał na myśli siebie. Był po dwóch rozwodach, nie chciał już małżeństwa. A jednocześnie chciał być ze mną. Zaproponował, żebym wyszła za kogokolwiek, kto da mi papiery. Nie wierzyłam własnym uszom. Mężczyzna, z którym jestem, proponuje, żebym wyszła za kogoś innego, a równocześnie była z nim? Ucięłam temat i powiedziałam, że nie chcę do tego wracać. Ale on wracał. Ciągle. Mówił, że czuje się winny, że nie może się ze mną ożenić. Nie możesz czy nie chcesz? – spytałam w końcu. Nie jestem gotowy na rodzinę, poza tym już raz przechodziłem przez to z pierwszą żoną, która nie miała papierów… – odpowiedział w końcu. Zaczęłam się gryźć, że on pomyśli, że chcę z nim być tylko po to, żeby zmusić do ożenku i w ten sposób dostać zieloną kartę. On z kolei zapewniał, że absolutnie tak nie myśli. Coraz częściej się zastanawiałam, czy gdybyśmy byli w Rosji, nasz związek nie byłby o wiele prostszy? Coraz częściej się kłóciliśmy… Temat powracał. A nawet jeśli nie powracał, to wisiał gdzieś w powietrzu. W końcu się rozstaliśmy.

Nadia wróciła do Rosji. Tytuł PhD (doktor) to jedyne, co ją dzisiaj łączy z Ameryką.

– Jak można budować jakikolwiek związek w momencie, kiedy nie można go budować uczciwie? – pyta Nadia. – Przecież to niszczy relację. Nawet gdybym wyszła za Ilję, codziennie zastanawiałabym się, czy zrobił to, bo chce być ze mną, czy żeby mi pomóc z papierami. A on? Czy on by się nie zastanawiał, czy wyszłam dla niego, bo chciałam, czy dlatego, bo potrzebowałam zielonej karty? To by zniszczyło ten związek i tak. Nie wiem, jak ludzie mogą tak żyć? No chyba że to czysty biznes. Jeśli w grę wchodzi uczucie, nie można przejść z tym do porządku dziennego.

Ilja nigdy już nie odezwał się do Nadii po ich rozstaniu.

– Rozstanie rozwiązało mu problem – przyznaje Nadia. – Nie wiedział, co zrobić, męczył się, więc po prostu się poddał. Ja chciałam jeszcze walczyć, ale tego muszą chcieć obie strony. Poza tym, o co i z kim walczyć?  O związek? Z systemem?

Vivi, atrakcyjna dwudziestokilkulatka, pochodzi z Kolumbii i spędziła w Stanach ładnych kilka lat. Nielegalnych lat. W tym czasie miała wiele propozycji małżeńskich.

– Wszyscy ci panowie, chcieli się mną „zaopiekować” – mruga do mnie porozumiewawczo. – Że mi pomogą. Nie wiem, dlaczego od razu zakładali, że nie mam papierów. Że Latynoska, to pewnie nielegalnie, co? I może jeszcze, że łatwa? Takich propozycji jest na pęczki. Nikt się nie szczypie. Jeden nawet wydawał mi się interesujący. Strażnik miejski. Przystojny, wysportowany, sympatyczny. Amerykanin brazylijskiego pochodzenia. Poszliśmy na kawę. Po pół godziny spytał, czy nie chciałabym przypadkiem papierów. Bo on może pomóc. Rozumiesz? Zupełnie jak diler narkotykowy. A może chcesz kokę? A może herę? A może papiery. Mogę pomóc… Zawahałam się. Po pierwsze, był to strażnik miejski, więc authorities (władza), rozumiesz? I on mnie pyta, czy ja chcę papiery. Kumasz? Zmroziło mnie. Na początku myślałam, że może to jakiś haczyk. Więc nawet się nie przyznałam. A on nie dawał za wygraną. I że mi chętnie pomoże, ale za pełną „używalność”.

Co to znaczy?

– Jak to: co? – parska śmiechem Vivi. – No seks, oczywiście. Rozumiesz? Czy ja jestem jakaś whore (dziwka)? Przecież nawet dziwce się płaci, a tu ty masz zapłacić, a on cię jeszcze będzie „używał”! Rozumiesz coś z tego? Jak to państwo funkcjonuje? Czy nie można po prostu te pieniądze dać państwu zamiast jakiemuś oblechowi? Kto tu ustala reguły?

Czasami jednak to obywatel jest stroną poszkodowaną.

Ludmiła, elegancka kobieta po pięćdziesiątce, przyjechała dwadzieścia parę lat temu z Ukrainy jako wykwalifikowany pracownik IT. Została zatrudniona w jednej z dużych korporacji i od razu otrzymała wizę pracowniczą. Po kilku latach dostała zieloną kartę, po kilku kolejnych – obywatelstwo. Kiedy poznała pochodzącego z Kazachstanu Timura, nie myślała o małżeństwie. Starał się o nią bardzo długo, na początku był czarujący i szarmancki, potem troskliwy i opiekuńczy. Ludmiła opierała się bardzo długo, aż w końcu zaangażowała się w ten związek. Z czasem Timur zaczął coraz częściej wspominać o małżeństwie.

– Początkowo nie zastanawiałam się, czy jest tu legalnie, czy nie – przyznaje Ludmiła. – Z czasem samo to wyszło w rozmowie. Twierdził, że ma wizę, ale zawsze tak pokrętnie to tłumaczył, że nie bardzo rozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi. Wyjaśniał, że czeka na wizę pracowniczą, na sponsorowanie ze strony pracodawcy. Potem okazało się, że tak naprawdę nie ma żadnej wizy. Ale wtedy byłam już przekonana, że chcę z nim być. Chciałam mu pomóc… Nie przeszkadzałoby mi, gdybyśmy byli razem bez formalizowania tego, ale tak, chyba chodziło o to, żeby mu pomóc, że nawet jak się rozstaniemy, on będzie tu legalnie. Pobraliśmy się. Początkowo wszystko układało się, jak należy. Od kiedy jednak zamieszkaliśmy razem, wszystko się zmieniło. Mój świeżo poślubiony mąż stał się coraz bardziej gwałtowny i wręcz agresywny. Kiedy uderzył mnie po raz pierwszy, poszłam na policję. On jednak przepraszał, obiecywał, że nie będzie… Ugotowałam się. Dosłownie. Ktoś powie: jaka głupia, dobrze jej tak. Ale przecież to nie jest tak, że mężczyzna na dzień dobry daje w twarz, prawda? Zanim się zorientujesz, już ma cię w garści. To była regularna przemoc domowa. Niezgłaszana nigdzie ze strachu, że zrobi mi jeszcze większą krzywdę. Można powiedzieć: przecież to ty miałaś go w garści, mogłaś zagrozić, że się rozwiedziesz wcześniej i nie doczekacie interview, a on nie dostanie papierów… Pewnie tak. Ale byłam zastraszona. Bałam się, że mnie zabije. Albo naśle kogoś, kto to zrobi… Nagle okazało się, że ja w ogóle nie znam tego człowieka. Mojego męża.

Ludmiła wytrzymała przepisowe dwa lata. Poszła na interview i przedstawiła Timura jako wymarzonego małżonka, z którym jest bezgranicznie szczęśliwa.

– Myślałam tylko o tym, żeby przez to przejść – mówi Ludmiła, patrząc w podłogę i wyłamując palce. – I o tym, co będzie, jeśli on mnie nie zostawi w spokoju i nie będzie chciał rozwodu… Nie mogłam uwierzyć, że ktoś, komu tak naprawdę pomogłam, zachował się w taki sposób. Nie mówiąc już o tym, że ja naprawdę coś do niego czułam…

Ludmiła jest już po rozwodzie. Timur zniknął zaraz potem i od tamtej pory nie daje znaku życia. Ludmiła jest szczęśliwą rozwódką, która od kilku miesięcy chodzi na terapię grupową dla ofiar przemocy domowej.

David Seminara, członek U.S. Foreign Service w latach 2002-2007, który pracował jako urzędnik konsularny w Macedonii, na Węgrzech i w Trinidadzie, a także jest autorem „No Coyote Needed: U.S. Visas Still an Easy Ticket in Developing World” (Nie potrzebujemy kojotów; amerykańskie wizy wciąż potrzebne w krajach rozwijających się”; kojot – w slangu osoba szmuglująca ludzi przez granicę), w której opisuje swoje doświadczenia: „(…) obcokrajowcy czasami również używają przymusu, groźby, a nawet  przemocy, by skłonić Amerykanki do małżeństwa i uzyskania tym samym wstępu do Stanów Zjednoczonych. Na początku mojego pobytu w Macedonii natknąłem się na bardzo niepokojący przykład tego procederu. Młoda, pochodząca z Albanii Amerykanka, Toni, była przez kilka miesięcy przetrzymywana przez agresywnego obywatela Kosowa, Shefqeta, który zabrał jej paszport i ograniczył swobodę poruszania się, dopóki nie wyszła za niego za mąż, a on nie otrzymał wizy imigracyjnej do USA.

Ostatecznie, dzięki interwencji matki Toni, Fatimy, udało się udaremnić przestępstwo; wniosek Shefqeta został odrzucony, a Toni uwolniona. Jednak Seminara nie ma wątpliwości, że to zapewne nie powstrzymało mężczyzny przed poślubieniem innej Amerykanki i przekroczenie granicy USA. W ten sposób – jak twierdzi autor – w bardzo łatwy sposób na terytorium Stanów Zjednoczonych mogą się dostać np. terroryści.

Zdarza się i tak, że obywatel i imigrant decydują się na ślub z tzw. czystych pobudek i rozwód następuje z przyczyn innych niż w przypadku “papierowych małżeństw”. Niemniej jednak temat zielonej karty będzie powracał. 

Wanda poznała Jacka przez wspólnych znajomych. Połączyło ich: pasja do narciarstwa i nałogowe oglądanie serialu „Friends”. Po pół roku znajomości zaręczyli się. Dwa miesiące od zaręczyn wzięli ślub. Wanda, która była w USA nielegalnie cztery lata, miała możliwość otrzymania zielonej karty.

– Nie rozmawialiśmy o papierach – przyznaje Wanda. – To było dla nas obojga naturalne, że jeśli chcemy być razem, to musimy załatwić to od strony formalnej. Nikt nikogo nie zmuszał, nikt nikogo nie przekupywał. Mieliśmy szczęście. Przynajmniej do jakiegoś momentu…

Wanda i Jacek rozwiedli się po 9 latach małżeństwa.

Eksperci są też przekonani, że liczba „papierowych małżeństw” będzie ciągle rosła,
jeśli nielegalni przebywający na terenie USA nie będą mieli innych sposobów
na zalegalizowanie statusu

– Podejrzewałam, że ma romans, ale nie byłam w stanie tego udowodnić – mówi Wanda. – Było coraz gorzej, byliśmy kilka razy u terapeuty, ale nic to nie dało. Nie chciałam rozwodu, ale Jacek naciskał. Podczas rozprawy usłyszałam od niego, że chciałam tylko zielonej karty i dlatego za niego wyszłam. Po tych słowach dałam sobie spokój ze wszystkim. Jak mógł coś takiego powiedzieć? Skąd mu to przyszło do głowy? Bardziej nie mógł mi już dopiec… Miałam wrażenie, że wszyscy tak na mnie patrzą i nikt nie wierzy, że mogło być inaczej. Dzisiaj patrzę na takie pary i myślę sobie: pobrali się, bo chcieli, czy jedno z nich potrzebowało papierów?

Czy w Ameryce imigranci poślubiają obywateli z innych powodów niż zielona karta?

– Pewnie tak, ale ja takich nie znam – przyznaje chcący pozostać anonimowy jeden z polskich prawników w Nowym Jorku, który zajmuje się sprawami imigracyjnymi.  – Nie pytam przecież moich klientów, czy się kochają, czy nie. To tak naprawdę nie moja sprawa.

Może i nie jest to sprawa prawnika, ale na pewno państwa amerykańskiego, które jest znane z największej liczby „szczęśliwych” małżeństw na świecie. Takich, gdzie szczęście zwykle kończy się równo po dwóch latach. Eksperci są też przekonani, że ich liczba, wraz z innymi odmianami „papierowych małżeństw”, będzie ciągle rosła, jeśli nielegalni przebywający na terenie USA nie będą mieli innych sposobów na zalegalizowanie statusu. Na razie ta amerykańska bajka zakończona słowami: „i żyli długo i szczęśliwie” nie ma happy endu.