Nie ratować za wszelką cenę, czyli wola pacjenta

0
106

W Stanach Zjednoczonych osoby, które nie życzą sobie ratowania życia na siłę, mogą wypełnić, u swoich lekarzy rodzinnych – w zależności od stanu – kilka dokumentów. Jednym z nich jest tzw. DNR order, czyli do not resuscitate order. Zamiast nosić go przy sobie, można zaopatrzyć się w specjalną bransoletkę, na której widnieje taki sam komunikat. Tatuaż, jak podkreślają przedstawiciele służb medycznych, nie jest właściwym sposobem wyrażenia takiej woli.

RATOWAĆ CZY POZWOLIĆ UMRZEĆ?

Z tego właśnie powodu lekarze na izbie przyjęć Jackson Memorial Hospital w Miami, gdzie przywieziono nieprzytomnego 70-latka, nie wiedzieli, jak mają się zachować. W wytatuowanym zdaniu “Do not resuscitate”, wyraz “not” został podkreślony, a pod nim widniał podpis mężczyzny. Pacjent mieszkał w domu starców, ale do szpitala został przywieziony z ulicy, gdzie zasłabł. Wcześniej spożywał alkohol. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów, personel placówki nie mógł więc od razu skontaktować się z ewentualnymi bliskimi. Gregory Holt, lekarz z oddziału intensywnej opieki szpitala w Miami, poinformował, że 70-latek doznał wstrząsu septycznego, który doprowadził do znacznego spadku ciśnienia, a także wpłynął na funkcjonowanie organów wewnętrznych. Kiedy chory znalazł się na granicy życia i śmierci lekarze z izby przyjęć skonsultowali się z dr. Holtem, co mają robić. Na początku podjęto decyzję o reanimacji, wbrew życzeniu wyrażonemu za pomocą tatuażu. “Podczas gdy nie było pewności co do woli pacjenta, nie chcieliśmy dopuścić do sytuacji, kiedy na ratunek będzie już za późno” – wyjaśnia dr Holt. 70-latek dostał antybiotyki, leki na podwyższenie ciśnienia, użyto także maski tlenowej. Minuty upływały, a medycy wciąż nie wiedzieli, czy mogą podłączyć pacjenta do respiratora. W pamięci mieli historię z 2012 r., opisaną w „New England Journal of Medicine”, ku przestrodze.

Otóż do jednego z amerykańskich szpitali trafił 59-letni mężczyzna, cierpiący m.in. na cukrzycę i nadciśnienie. Miał mieć przeprowadzoną operację usunięcia kończyny poniżej kolana. Tuż przed zabiegiem lekarze odkryli na jego klatce piersiowej wytatuowane litery: “D.N.R”. Mężczyzna wyjaśnił, że to nie jest jego wola, a tatuaż powstał w wyniku przegranego zakładu – nie poszło mu w kartach, a to była kara. Gdy podpowiedziano mu, by usunął litery, bo mogą zmylić personel medyczny, stwierdził, że nie sądzi, by ktokolwiek potraktował komunikat na jego klatce piersiowej poważnie, dlatego odmówił usunięcia tatuażu. Jak pokazuje ostatni przykład z Florydy, myślenie 59-latka jest błędne. Medycy wstrzymywali się z podjęciem reanimacji 70-letniego pacjenta właśnie z powodu tatuażu. W końcu komisja etyki zdecydowała, by uszanować wyrażoną w ten sposób wolę. Pracownikom szpitala udało się też ustalić tożsamość mężczyzny i okazało się, że ma podpisany DNR order. Jakiś czas później pacjent zmarł.

WOLA, W JAKI SPOSÓB UMIERAĆ

Dr Arthur Caplan, stojący na czele Division of Medical Ethics przy NYU School of Medicine, podkreśla, że w takich wypadkach personel medyczny powinien skontaktować się z rodziną pacjenta lub opiekunem prawnym, by ustalić czy istnieje DNR order. A co w sytuacji, gdy nie jest to możliwe? “Jest to duży dylemat, dla nas, lekarzy. Mogę powiedzieć, co ja bym zrobił w takim momencie. Otóż podjąłbym reanimację. Dla mnie tatuaż nie jest żadnym dowodem, że ktoś nie życzy sobie być ratowanym. Może powstał 10 lat temu, a może godzinę temu? Może był wynikiem przegranego zakładu? Za dużo pytań, a stracić można życie” – uważa dr Caplan. Radzi, by każdy, kto ma podpisany “Do not Resuscitate Order”, nosił go w portfelu, a już na pewno poinformował o swojej woli rodzinę. Robert Trzepizur pracuje jako ratownik medyczny w New Jersey od ponad 10 lat. W trakcie swojej praktyki wielokrotnie miał do czynienia z pacjentami, którzy nie chcieli, by przywracać im krążenie. “Podstawą dla nas, ratowników, jest odpowiedni dokument lub ewentualnie bransoletka. Jeśli widzę ją na nadgarstku chorego, nie wolno mi nic zrobić” – informuje Robert Trzepizur. Najwięcej pacjentów decyduje się na wypełnienie DNR order będąc już w podeszłym wieku lub mając zdiagnozowaną śmiertelną chorobę. „Gdy przyjeżdżamy do hospicjum lub domu starców na wezwanie, to jest to nasze podstawowe pytanie, czy potrzebujący ma DNR order. Zdarza się, że następuje konflikt, bo chory jest nieprzytomny, a wcześniej wyraził wolę, by nie podejmować resuscytacji, natomiast rodzina prosi, by go ratować. Wtedy konsultujemy się z lekarzami w szpitalu, co mamy robić. Najczęściej jednak szanujemy wolę osoby umierającej” – wyjaśnia ratownik medyczny. Dodaje, że zgodnie z obowiązującym w New Jersey prawem tatuaż nie może być uznany za deklarację. „Warto o tym pamiętać, i jeśli faktycznie wyrażamy wolę o nieratowaniu, warto zabezpieczyć się odpowiednim dokumentem”. Przyznaje, że sam myśli o wypełnieniu tzw. woli życia. Ten dokument określa z kolei, na jakie procedury zgadza się pacjent, gdy trafia do szpitala nieprzytomny. „Jadę do pracy jako zdrowy człowiek, chwila nieuwagi wystarczy, by doszło do tragicznego wypadku i mogę stać się niezdolnym do funkcjonowania, oddychania czy przyjmowania jedzenia. Wtedy czynności te przejmują za mnie maszyny. W takim przypadku moją wolą jest odłączenie mnie od aparatury” – deklaruje.

ZDECYDOWAĆ, PÓKI MOŻNA

Wszystkie amerykańskie stany dopuszczają jakąś formę Living Will, czyli właśnie woli życia. To najpopularniejszy tego typu dokument, który wypełniło ponad 40 proc. mieszkańców USA. Pozwala na pozostawienie pisemnych instrukcji dotyczących opieki zdrowotnej, szczególnie w sytuacji, gdy zmagamy się z chorobą śmiertelną, dostaliśmy zawału, wylewu lub ulegliśmy wypadkowi. Wtedy, gdy lekarz potwierdza brak możliwości powrotu do zdrowia, tzw. wola życia może zostać spełniona. Taki dokument ma w swojej szufladzie pani Zofia. Prosi, by nie podawać nazwiska, bo rodzina z Polski nie ma pojęcia z jak poważną chorobą się zmagała. Sześć lat temu zdiagnozowano u niej nowotwór piersi. Szanse na przeżycie były liczone w kilkunastu procentach. “Onkolog oświadczył, że może będę na tym świecie jeszcze dwa-trzy lata. Wyjaśnił też, że choroba postępuje bardzo szybko i trudno ocenić, jak będzie wyglądać moje życie tuż przed śmiercią – mówi pani Zofia. – Wtedy, widząc inne pacjentki w szpitalu, w bardzo zaawansowanym stopniu choroby, postanowiłam wypełnić Living Will. Zaznaczyłam w dokumencie m.in., że nie chcę być karmiona za pomocą aparatury ani podłączona do respiratora. Po prostu nie chcę, by żyć za mnie zaczęły maszyny. O mojej decyzji wiedzą mąż i syn” – dodaje. Podkreśla, że wypełniając ten dokument chciała zaoszczędzić sobie cierpienia, ale też nie obarczać najbliższych wyborem, czy odłączyć żonę i mamę od aparatury, czy też nie. Po niezwykle ciężkiej walce pani Zofii udało się – wbrew rokowaniom lekarzy – wrócić do zdrowia. Mimo to nie chce zmieniać “woli życia”. Tak, na wszelki wypadek. By dokument był uznany za ważny, co najmniej dwie osoby powinny być świadkami jego podpisania, można także zwrócić się o pomoc do notariusza. Pierwszym prezydentem USA, który oświadczył, że posiada Living Will, jest Barack Obama. Co więcej, zachęcił innych Amerykanów, by także zaopatrzyli się w ten dokument. „Nie tylko ja go wypełniłem, ma go także moja żona Michelle. Mam nadzieję, że jeszcze przez długi czas nie będziemy musieli z niego skorzystać, ale sądzę, że jego sporządzenie to rozsądna decyzja” – oświadczył prezydent w 2009 roku. Deklaracja wywołała kontrowersje. Część mieszkańców USA stwierdziła, że jest to promocja swego rodzaju eutanazji i chęć zaoszczędzenia sporych pieniędzy na leczeniu osób przewlekle chorych. Szacuje się, że ok. półtora miliona osób żyje dzięki aparaturze podtrzymującej życie.

Co więcej, pojawiła się informacja, że Living Will mają stać się obowiązkowe. Do tego jednak nie doszło. Innym popularnym sposobem zapewnienia sobie pożądanej przez siebie opieki medycznej w sytuacji, kiedy nie można o sobie decydować, jest Health Care Proxy, czyli Upoważnienie ds. Zdrowotnych. Także akceptowane we wszystkich amerykańskich stanach. Za pomocą tego dokumentu można wyznaczyć osobę, która będzie decydowała o podejmowanych procedurach medycznych, włącznie z odłączeniem od aparatury. Taką osobą może być mąż lub żona, pełnoletnie dziecko lub znajomy. Ważne, by był to ktoś zaufany. Tzw. health care agent przejmuje kontrolę w momencie, kiedy lekarz stwierdzi, że pacjent nie jest w stanie o sobie decydować. Można wyznaczyć tylko jedną osobę, ale gdy ta osoba nie może, nie chce lub nie jest zdolna do podejmowania decyzji leczniczych, może ją zastąpić “zmiennik”. Jeśli chodzi o dokumenty, nie ma ograniczeń, można sporządzić Health Care Proxy oraz Living Will. O pomoc warto zwrócić się do swojego lekarza rodzinnego, który powinien podpowiedzieć, jak przygotować wspomniane formularze.

Autor: Anna Arciszewska