Smutno mówi się o Azji Środkowej

170

"W Azji Środkowej rozwija się koncesjonowany kapitalizm, trochę XIX-wieczny. Państwo opiekuńcze nie istnieje. Złe aspekty hegemonii radzieckiej przetrwały, a korzyści, które Związek Radziecki wprowadził, się zatracają" – mówi dr Ludwika Włodek, prywatnie prawnuczka Jarosława Iwaszkiewicza, a zawodowo badaczka Azji Środkowej, pracująca w Studium Europy Wschodniej i Azji Środkowej na Uniwersytecie Warszawskim.

Oprócz tego, że jesteś prawnuczką słynnego Jarosława Iwaszkiewicza i autorką książki o nim i waszej rodzinie, zawodowo jesteś jedną z niewielu w Polsce badaczek Azji Środkowej. Skąd zainteresowanie tym regionem?

Po trzecim roku studiów wzięłam urlop dziekański i pojechałam przez Turcję, Iran, Pakistan do Indii, a potem jeszcze do Azji Środkowej. Bardzo mi się tam spodobało. Z jednej strony inaczej, a z drugiej strony ten świat był łatwiejszy do poznania niż Turcja czy Iran. Język rosyjski ułatwiał kontakt. A poza tym, podobnie jak Polska, to kiedyś była część imperium rosyjskiego. Często te podobieństwa były mylące. Na pierwszy rzut oka coś wydawało się takie samo, a potem okazywało się że jest zupełnie inne. Mnie to bardzo zainteresowało.

Napisałam pracę magisterską o Azji Środkowej, potem doktorat o Tadżykistanie. Ciekawił mnie ten świat też dlatego, że lubię się zajmować rzeczami, którymi mało kto się zajmuje. Teraz Azja Środkowa stała się popularna, ale 20 lat temu, gdy zaczęłam się nią interesować, prawie nikt z Polski tam nie jeździł, nikt o niej nie pisał.
Teraz pracuję na Uniwersytecie Warszawskim w Studium Europy Wschodniej i Azji Środkowej, kierując specjalizacją Azja Środkowa.

Związek Radziecki bardzo zmienił charakter tego regionu…
Przed podbojem rosyjskim w regionie istniały państwa dynastyczne, wieloetniczne, takie jak europejskie imperium Habsburgów czy Hohenzollernów albo Jagiellonów. W feudalnych państwach Azji Środkowej kwestie narodowościowe nie miały dużego znaczenia. W Chanacie Chiwy mieszkali Uzbecy i Kazachowie. W emiracie Buchary językiem urzędowym był perski, dynastia, która tam rządziła, była etnicznie uzbecka, a mieszkali tam Tadżycy, Kirgizi, Uzbecy.

W Europie proces tworzenia państw narodowych i unifikowania się kultur w jeden kanon narodowy też zachodził, tylko trochę wolniej. W Azji Środkowej proces ten nastąpił w ciągu 10 lat. Gdy Rosja pod koniec XIX wieku podbiła państwa w Azji Środkowej, nie ingerowała w sprawy etniczne. Ale po rewolucji bolszewicy to zmienili. Wprowadzili tam to, co w Europie wprowadziła Wiosna Ludów. Czyli etnicyzację polityki i polityzację etniczności. Zamiast jednego Turkiestanu utworzono wyodrębnione na podstawie kryteriów etnicznych republiki. Na początku w Azji Środkowej były tylko dwie: Uzbecka i Turkmeńska. Kirgiska i Kazachska miały tylko autonomię w ramach Rosji, a Tadżycka była republiką autonomiczną w ramach Uzbekistanu. W połowie lat 30. ten podział na republiki radzieckie był już identyczny jak dzisiejszych pięć niepodległych państw. To polityka radziecka ukształtowała te narody.

Dr Ludwika Włodek: „Lubię się zajmować rzeczami, którymi mało kto się zajmuje. Teraz Azja Środkowa stała się popularna, ale 20 lat temu, gdy zaczęłam się nią interesować, prawie nikt z Polski tam nie jeździł, nikt o niej nie pisał”/ARCHIWUM LUDWIKI WŁODEK

Związek Radziecki wprowadził w tym rejonie poukładany system i teraz ludzie tęsknią za tamtym porządkiem. Mając niepodległość polityczną narody te nie są w stanie same sobie poradzić.
Związek Radziecki dotował republiki, które stworzył. Szczególnie te biedniejsze, jak Kirgistan i Tadżykistan. One nie bardzo mogły samodzielnie funkcjonować, bo dostały terytoria wysokogórskie, bez surowców naturalnych. Na dodatek ich dzisiejszy system polityczny nie do końca sprzyja inwestycjom zagranicznym czy innowacjom technologicznym. Te państwa są uzależnione od migracji zarobkowej do Rosji. Większość młodych mężczyzn w sile wieku jeździ tam do pracy.

Związek Radziecki bardzo skrzywdził tamtejsze społeczeństwa. Wyrżnięto im elity, najpierw te stare, związane z poprzednim ustrojem, a później już ten pierwszy garnitur nowej elity, która przystała do Sowietów. To często byli najwybitniejsi ludzie w społeczeństwie: wykształceni, otwarci, myślący innowacyjnie. Wszyscy zginęli w czystkach stalinowskich.
Ta pierwsza generacja tamtejszych, już radzieckich, przywódców politycznych to ludzie, którzy za chanatu, za emiratów chcieli reformować islam i społeczeństwo. Uznali, że Sowieci to postępowa siła i przyłączyli się do nich. Sowieci też chcieli z nimi współpracować. Nie mogli bazować na proletariacie, bo go nie było, w związku z tym uznali, że tą najbardziej postępową siłą są młodzi nacjonaliści, młoda burżuazja, która zaczęła się rozwijać dzięki kolonizacji rosyjskiej. Nikt z tych ludzi nie żył dłużej niż do końca lat 30. Dopiero za Chruszczowa zostali zrehabilitowani.
Z drugiej strony Związek Radziecki bardzo zmodernizował tamte tereny. Oddzielił religię od państwa, wprowadził powszechną edukację. Kobiety dostały równe prawa, zaczęto je kształcić.

Oczywiście system sowiecki też nie był taki zupełnie równościowy. Jakoś nie było pierwszej sekretarki – zawsze pierwszy sekretarz. Stanowiska ministerialne dawano kobietom tylko w takich „kobiecych” resortach, jak kultura czy edukacja, i to też sporadycznie. Nie było żadnej kobiety szefowej resortu obrony. Jednak w Azji Środkowej zmiana była ogromna. Kobiety, które wcześniej w zasadzie nie wychodziły z domów, a po ulicach chodziły w kaftanach z zasłoną z końskiego włosia na oczach, za Sowietów poszły do szkół, zyskały, przynajmniej w teorii, takie same prawa jak mężczyźni.
Teraz część tamtejszych kobiet traci prawa, które ich matki i babki zyskały w czasach sowieckich. Na papierze nadal je mają, ale np. wraca wielożeństwo. Spotkałam mężczyzn mających więcej niż jedną żonę. Tę pierwszą poślubiają oficjalnie, w urzędzie stanu cywilnego, a drugą przed imamem. Często to jest połączone z emigracją. Żonaty mężczyzna wyjeżdża do pracy do Rosji, tam poznaje kobietę, ma z nią dziecko i przywozi ją do swojego kraju, gdzie czeka na niego żona. Za czasów sowieckich nie było takich sytuacji. A teraz społeczeństwo je znowu akceptuje.
Zdarza się też, że 13-14-letnie dziewczynki zabierane są ze szkoły i wydawane za mąż.

Rozpad Związku Sowieckiego dla mieszkańców Azji Środkowej to rzeczywiście była katastrofa. Widać to po nieczynnych od 20 lat przystankach autobusowych, zaniedbanych szkołach i szpitalach, w których brakuje podstawowego sprzętu. Za czasów sowieckich te republiki nie działały na zasadach ekonomicznych. Gdy ktoś z najbardziej oddalonej wioski potrzebował nagłej opieki lekarskiej, wysyłano po niego helikopter, nie licząc się z kosztami, i wieziono go do szpitala, do miasta. Teraz osoba mieszkająca w wiosce, do której samochodem jedzie się dobę, często umiera, nie doczekawszy się pomocy. Państwo już nie ma budżetu na helikoptery czy inne rozwiązania i nie zapewnia podstawowej opieki. Dotacje z budżetu centralnego się skończyły, a dyktator, który rządzi, wszystko pakuje do swojej kieszeni i dba tylko o swoją rodzinę.
Dla wielu osób Rosja to kultura i porządek. Mało tego, mieszkańcom Azji Środkowej często wydaje się, że Rosja to też ostoja demokracji. Z naszego punktu widzenia to niedorzeczne, ale jak się porówna naszą sytuację z tą na prowincji uzbeckiej czy tadżyckiej, to faktycznie tak można na to patrzeć.

Są jakieś zalążki demokracji, jakaś opozycja, która może dać nadzieję, na wprowadzenie systemu demokratycznego?
Najbardziej liberalny jest Kirgistan. Nie można go nazwać demokracją w naszym tego słowa znaczeniu, ale odbywają się tam wybory, jest wielość partii, są prawdziwe kłótnie w parlamencie, wychodzi niezależna prasa, działają inne media. Są sądy, które nie sądzą tak, jak im dyktuje prezydent. Drugi w kolejności jest Kazachstan, gdzie ostatnia zmiana władzy władzy przebiegła stabilnie. Oczywiście Nursułtan Nazarbajew zachował sobie możliwość dalszego wywierania wpływu na państwo, a stolicę od razu nazwano jego imieniem. Odchodząc zagwarantował sobie, że nie zostanie pociągnięty do odpowiedzialności i postawiony przed sądem.

Ta transformacja była bardziej przewidywalna niż w Turkmenistanie, gdzie nagle po śmierci Turkmenbaszy prezydentem został minister zdrowia, jego były dentysta. Kompletnie wbrew konstytucji, którą się nikt tam specjalnie nie przejmuje.

Problem polega na tym, że te państwa z jednej strony mają Rosję, z drugiej Chiny. Oba te mocarstwa rywalizują o wpływy w Azji Środkowej. Te społeczeństwa nie bardzo mogą liczyć na Europę i Amerykę, które Polsce tak bardzo pomogły. Jak u nas ogłoszono stan wojenny, USA wprowadziły sankcje. Jak obaliliśmy komunizm, zaczął się proces integracji do struktur euroatlantyckich. Bez tego pewnie tak szybko nie zmienilibyśmy ustroju. A tam, w Azji Środkowej, nie mają takiej siły, która by ich ciągnęła w demokratyczną stronę. Chinom zależy tylko na tym, żeby zarobić, Rosji – by nie stracić dawnych wpływów.

Czy lokalne społeczności nie korzystają z tego, że Chiny w ich krajach inwestują?
O tyle korzystają, że nie było drogi, a jest. Ale z drugiej strony przez to, że rządy są nierozliczalne, to nie zależy im, żeby umowy z Chinami były jak najkorzystniejsze dla kraju. Chodzi tylko o to, żeby zarobić jak najwięcej dla siebie. A kraj tonie w długach.

Generalnie Azja Środkowa to region mocno zacofany, ale zdarzają się miejsca nowoczesne, np. Almaty…
Nawet w Związku Radzieckim republiki środkowoazjatyckie były najbiedniejsze w całym państwie. Infrastruktura z czasów radzieckich jest nieremontowana. Po upadku ZSRR wszędzie nastąpił zastój, ale tam większy niż gdzie indziej.

Ałmaty to nowoczesne miasto, ale jeszcze bardziej Astana. To jest taka perełka, którą Nazarbajew zbudował, żeby pokazać się przed światem. Ściągnął najlepszych architektów i dosłownie na stepie zbudował miasto przyklejone do starego rosyjskiego miasta, Celinogradu. Ale już 30-40 km za Astaną zaczyna się inny świat: ludzie mają płoty połatane podwoziami samochodów. Dzieci bawią się w błocie, bo w żadnej miejscowości nie ma chodników, a dziury w drodze starszą kilometrami.

Gdyby tam był demokratyczny rząd, to te ogromne pieniądze zainwestowane w Astanę przeznaczyłby np. na nowy system kanalizacyjny w Ałmaty, w starej stolicy, albo w reformę systemu emerytalnego czy poprawienie warunków pracy górników na zachodzie kraju. Ale przez to, że nie ma tam systemu demokratycznego, dyktator mógł sobie pozwolić na budowanie pomnika dla siebie kosztem narodu.
Oczywiście, summa summarum, poziom życia w Kazachstanie jest wyższy niż w innych republikach regionu. Kazachstan zawsze był bogatszy, ma dużo ziemi uprawnej, mnóstwo surowców, z ropą naftową na czele. Dziś jego liberalniejszy niż u sąsiadów system gospodarczy dopuszcza inwestycje. Ale wciąż nie społeczeństwo na tym korzysta, a posłuszni władzy oligarchowie.

Czy zetknęłaś się z Polonią mieszkającą na tamtych terenach?
Najwięcej Polonii jest w Kazachstanie. Polacy trafiali tam w trzech turach. Część jeszcze w XIX w., z europejskiej części imperium rosyjskiego, gdy Kazachstan kolonizowano i zasiedlano. Część to ludność przesiedlona z zachodnich kresów Związku Radzieckiego w latach 30., po likwidacji obwodów polskich, np. na Żytomierszczyźnie. A ostatnia grupa to zesłańcy po 1939 r. Ci, którym nie udało się wyjść z ZSRR ani z Andersem, ani z kościuszkowcami.

Sprawa Polonii na tamtych terenach to kompromitacja poszczególnych polskich rządów. Obiecują, że zmienią ich sytuację, i nic się nie dzieje. Niemcy zainwestowali ogromne pieniądze, żeby swoją społeczność sprowadzić z Kazachstanu. Stworzyli dla nich specjalne programy adaptacyjne i się udało. A Niemców było tam ponad milion, czyli znacznie więcej niż Polaków.

Nie można człowieka tak przywieźć do innego świata i powiedzieć „radź sobie”. Trzeba go przede wszystkim nauczyć języka. Tamtejsza Polonia mówi łamanym polskim. Często znają modlitwę po polsku, pamiętają poszczególne słowa z rozmów z babcią, ale zawodowo w języku polskim nie są w stanie funkcjonować.

Niby polskie gminy miały się zajmować adaptacją tych ludzi w Polsce. Teraz niedawno weszła nowa ustawa, ale ona też nie jest zbyt dobra. Rząd PiS-wski obiecywał, że będzie zmiana, a tych rodzin polskich w Polsce jak nie przybywało, tak nie przybywa.

Czy myślisz, że cały ten region się zwesternizuje kiedyś?
W specyficzny sposób, trochę rosyjski, trochę chiński. Zmodernizuje się, ale nie zwesternizuje. Tak w ogóle smutno mówi się o Azji Środkowej. Tam rozwija się koncesjonowany kapitalizm, trochę XIX-wieczny. Państwo opiekuńcze nie istnieje. Złe aspekty hegemonii radzieckiej przetrwały, a korzyści, które Związek Radziecki wprowadził, się zatracają.

Kultura rosyjska dla wielu ludzi była i jest nadal symbolem oświecenia i czegoś lepszego, ale z drugiej strony, część miejscowych intelektualistów uważa, że to był stempel dominacji, od której należy się teraz odwrócić.
Bardzo wiele osób wyjeżdża. Rynek rosyjski się nasycił i młodzi ludzie, których jest tam dużo ze względu na duży przyrost naturalny, jeżdżą teraz pracować na Ukrainę, do Polski, do Czech albo jeszcze dalej. To samo tyczy się elity. Właściwie każdy marzy, żeby wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Jak ktoś jest bardziej obrotny, to wypcha dziecko na studia do Ameryki. Nikt w swoim kraju nie widzi przyszłości, bo to są państwa kompletnie nierozwojowe. Kto ma tam budować lepszą przyszłość, jeśli każdy stara się stamtąd uciekać? Jak nie na Zachód, to do Rosji. Wszyscy twórcy: reżyserzy, pisarze, którzy zaczynali kariery w regionie w latach 90., dziś pracują w Rosji albo na Zachodzie. To trochę pokazuje, jak tam jest beznadziejnie.

Po Azji Środkowej skierowałaś swoje zainteresowanie na inne, równie ciekawe regiony, tym razem europejskie…
Kolejna moja książka, która wyszła w 2017 r. – “Cztery sztandary. Jeden adres” – dotyczyła Spisza, pogranicza polsko-słowackiego. Ludzie się mnie pytają, dlaczego taki rozstrzał zainteresowań, ale tak naprawdę, chociaż to są inne tereny, to mamy tam do czynienia z podobnymi kwestiami, związanymi z tożsamością, z niedopasowaniem państw narodowych do lokalności. Obie książki są o tym niedopasowaniu, o współistnieniu, o próbie odnalezienia się w nowych czasach.
Teraz natomiast piszę książkę o Algierczykach we Francji. Lubię zmieniać, poznawać coś nowego, wgryzać się w inny świat.

ROZMAWIAŁA ALEKSANDRA SŁABISZ