Stan wojenny zmienił moje życie

126
Operator filmowy Witold Stok Zdjęcia: Archiwum W. Stoka

„Na Mazowiecką nie można było wjechać. Stał tam czołg. Na rogu stali żołnierze przy koksownikach, ogrzewali ręce. Trochę się zdziwiłem: czołg na Mazowieckiej?! Ale spokojnie dojechaliśmy do domu. Rano się budzimy, włączamy telewizor i… generał Jaruzelski w czarnych okularach mówi, że świat się zmienił” – mówi operator filmowy Witold Stok, który po wprowadzeniu stanu wojennego wyjechał do Londynu, do dziś tam mieszka i pracuje w swoim zawodzie.

W tym roku przypada 40. rocznica wprowadzenia w Polsce stanu wojennego. Pan jest jedną z nielicznych osób, które stan wojenny zastał w Polsce, a którym wkrótce potem udało się przyjechać do Wielkiej Brytanii. Jak pan wspomina tamten dzień?

Witold Stok: – Ach, to już 40 lat! Aż trudno mi uwierzyć. W sobotę, 12 grudnia 1981 roku, byliśmy z żoną na przyjęciu u przyjaciół mieszkających w Warszawie na Mokotowie. Dziś mówi się, że jest to „party”. Wtedy to była prywatka. Chyba świętowaliśmy urodziny, albo imieniny Ani Bohdziewicz –  świetnej fotografki oddanej twórczemu kronikowaniu Solidarności. Środowisko było więcej lub mniej opozycyjne.

Pod koniec wieczoru chcieliśmy zamówić taksówkę, aby wrócić do domu. Mieszkaliśmy na Żoliborzu. Telefon był głuchy. Nawet się specjalnie nie zdziwiliśmy, bo wtedy często się to zdarzało. Padał śnieg, więc – tłumaczyliśmy sobie – coś gdzieś zapewne zamokło. Michał Komar, pisarz, który mieszkał dwa piętra wyżej w tym samym domu, w pewnym momencie powiedział, że pójdzie do siebie i przyniesie butelkę wódki. Michał nie wracał. Doszliśmy do wniosku, że być może był to tylko pretekst, bo miał dość, albo po prostu zasnął. Nikt nie poszedł sprawdzić co się z nim stało. Później okazało się, że czekała na niego milicja i został aresztowany.

Było już po północy. Wyszliśmy na ulicę, licząc na to, że złapiemy taksówkę po drodze. Padał gęsty śnieg. Było cichutko. Nie jeździły ani tramwaje, ani autobusy. Myśleliśmy, że Warszawę po prostu zasypało. Taksówkę w końcu złapaliśmy. Taksówkarz mówi nam, że są jakieś dziwne ruchy wojska, niektóre ulice są zamknięte. „Może coś reperują” – mówił. Poprosiłem, żeby przejechał przez Plac Unii Lubelskiej, w pobliżu siedziby „Solidarności”. Na Mazowiecką nie można było wjechać. Stał tam czołg. Na rogu stali żołnierze przy koksownikach, ogrzewali ręce. Trochę się zdziwiłem: czołg na Mazowieckiej?! Ale spokojnie dojechaliśmy do domu. Rano się budzimy, włączamy telewizor i… generał Jaruzelski w czarnych okularach mówi, że świat się zmienił.

Nic nie jeździło. Komunikacja miejska nie działała. Pracowałem wtedy w Wytwórni Filmów Dokumentalnych na ulicy Chełmskiej, na Dolnym Mokotowie. W poniedziałek postanowiłem pójść do pracy. Dużą część drogi przeszedłem piechotą, ale w końcu złapałem taksówkę. Taksówki, rzadko, ale jeździły. Wysiadłem przed Wytwórnią i nagle spadła mi z palca obrączka. Wpadła w zaspę. Grzebałem w śniegu, ale jej nie znalazłem. Nigdy wcześniej obrączka mi się z palca nie zsunęła. Pomyślałem sobie, że żona mi tego nie daruje. Jak to można zgubić obrączkę?

Wszedłem do Wytwórni i od razu widać było kto jest po której stronie, kto należał do mniej lub bardziej tajnej milicji. Jeden z naszych kolegów, partyjny, którego zawsze podejrzewaliśmy, że to „ucho”, był w mundurze podpułkownika. Takie było moje powitanie ze stanem wojennym.

Na początku 1982 roku przyjechał pan do Londynu. Czy ta podróż była wcześniej planowana?

– Była planowana wcześniej. Robiliśmy tu wtedy z żoną film dokumentalny, na który mieliśmy grant z Cambridge, dotowany przez Eastern Art Association. Mieliśmy jechać na Święta Bożego Narodzenia do Londynu. Ojciec mojej żony był cichociemnym. Nie zdecydował się na powrót do Polski po wojnie. Znał losy swoich kolegów, którzy się na to zdecydowali, a później ich ciała znajdowano w różnych miejscach. Byli mordowani bez żadnych sądów czy wyroków. Zmarł na jesieni 1981 roku i chcieliśmy spędzić święta wspólnie z mamą, która czuła się samotna. Oczywiście, z naszego wyjazdu nici. Samoloty nie latały, paszporty zostały skasowane.

Poszedłem jednak na Kruczą, gdzie mieścił się urząd paszportowy. Na ulicy kłębił się tłum. Trzeba było stanąć w kolejce. Obowiązywał komitet kolejkowy. A później te rozmowy: „Pan tu nie stał”, „A ja tego pana pamiętam”, podpisywanie listy obecności. Koszmar, kompletne wariactwo. Po trzech dniach stania, na zmianę, dostaliśmy się do środka. Weszliśmy do wskazanego nam pokoju. Za biurkiem siedział urzędnik. Ział alkoholem. Wyglądał tak, jakby przez tydzień pił. Podajemy mu podanie, że chcemy jechać, że mama… Żona urodzona w Wielkiej Brytanii, z brytyjskim obywatelstwem.

Plakat filmu “Galerianki”, do którego zdjęcia wykonał Witold Stok

Żona miała mieć w Londynie konsultację lekarską po przebytym w Polsce zabiegu. Mieliśmy odpowiedni dokument ze szpitala w Warszawie. Urzędnik popatrzył i mówi: „To zaświadczenie ze szpitala jest dobre. Ale data. Tu jest X, to znaczy październik, ale to już dwa miesiące. No nie wiem…” Zostawił zaświadczenie na stole i mówi: „Pójdę sobie zrobić herbatę”. Od razu wiedziałem o co mu chodzi: trzeba dostawić pałeczkę. Żona mówi: „Nie”. Bała się, że mnie zamkną za sfałszowanie dokumentu, że to prowokacja. A ja w końcu mówię, że i tak mogą mnie internować jak wielu moich kolegów, więc co mi szkodzi. Na stole było kilka długopisów. Dobrałem odpowiedni kolor i dostawiłem pałeczkę. Wrócił ten urzędnik, miesza łyżeczką herbatę i patrzy na zaświadczenie. Wreszcie mówi: „O, źle zobaczyłam. To przecież listopad”. Przyjął dokumenty. Za kilka dni paszporty były gotowe. Ubek się nad nami zlitował.

Wielu z nich było wściekłych. O wprowadzeniu stanu wojennego dowiedzieli się jak wszyscy z telewizji. Nic wcześniej nie wiedzieli. W tamtej Polsce niewiele rzeczy się udawało, ale to się im udało. Sprawa rozpatrywana była w bardzo wąskim gronie. Rozkazy zostały wydane w ostatniej chwili.

Do końca nie wiem, dlaczego nas wypuścili. Myślę, że zadziałał fakt, że żona miała brytyjski paszport. No i ta pałeczka przy dacie. Ostatnie dwa dni przed wyjazdem spędziliśmy na rozwożeniu „samizdatów” po znajomych. Nie chcieliśmy tego zostawić u siebie. Wiedzieliśmy, że po naszym wyjeździe mogą zrobić rewizję. Lecieliśmy do Londynu wojskowym samolotem transportowym. To nie była wygodna podróż. Twarde siedzenia, nie takie jak w samolocie pasażerskim. Miałem w domu butelkę dobrego burgunda. Jak tylko odlecieliśmy z Okęcia, otworzyłem ją i w tym klekoczącym samolocie wypiliśmy.

Wkrótce po przyjeździe do Londynu został pan zaangażowany do współpracy przy filmie Jerzego Skolimowskiego „Moonlighting”. To film opowiadający o wprowadzeniu stanu wojennego, ale z perspektywy pracujących na czarno w Londynie budowlańców. Ciekawa koncepcja. Dlaczego właśnie taka?

– Znaliśmy się trochę ze Skolimowskim jeszcze z Polski. Byliśmy z tej samej szkoły filmowej, z tym, że on studiował wcześniej. Dowiedział się, że jestem w Londynie i do mnie zadzwonił. To był jego pomysł, ale taki bardzo ogólny, miał zapisanych kilka kartek. Jurek chciał, żeby mu pomóc przy scenariuszu. Nie miałem nic do roboty, więc pomyślałem, czemu nie. Skolimowski czuł koniunkturę. Przekonywał, że film musi być gotowy na maj, na festiwal w Cannes. W normalnych warunkach jest niemożliwe, aby zrobić film w takim tempie. Produkcja filmu fabularnego trwa kilka lat. Ten film powstał w ciągu czterech miesięcy. Finansował to telewizyjny Channel 4, i Jerzy zdobył także prywatnego inwestora. To nie był drogi film.

Praca była bardzo intensywna. Wciągnąłem w nmią moją żonę. W tamtym czasie jeszcze dość słabo znałem angielski, a Danusia jest lingwistką i tłumaczką. Nad scenariuszem pracowało nas pięcioro: Jurek Skolimowski, ja z żoną, Bolek Sulik i montażysta Barrie Vince, który pracował z Jurkiem już wcześniej. Stworzyliśmy fabrykę scenariuszową. Każdy dostawał do napisania jedną scenę, pisaliśmy wieczorem, a następnego dnia konfrontowaliśmy to, co zostało napisane, uzgadnialiśmy szczegóły i dalej – kolejne sceny. Później odbyło się przeglądanie całości. Trwało to dwa tygodnie. Mieliśmy dobrą obsadę – główną rolę Nowaka grał Jeremy Irons.

Ze względu na to, że byłem naocznym świadkiem wprowadzenia stanu wojennego Skolimowski chciał, abym brał udział także przy realizacji filmu. Miał głównego operatora, a ja miałem robić tak zwany second unit, czyli przy głównych akcjach miałem być z drugą kamerą lub filmować dokrętki do scen. Sfilmowałem ze dwie sceny i pojawił się na planie pan w długim płaszczu. Okazało się, że jest ze związku zawodowego. Skolimowski wyjaśnił mu, że jestem operatorem z Polski, uchodźcą. „Ale on nie jest w naszym związku. Od jutra ten pan nie może dotknąć kamery” – usłyszał w odpowiedzi. Zostałem więc mianowany reżyserem tego second unit. Na planie pojawił się ten sam pan, powtarzając to samo zdanie, że nie mogę pracować, nawet udzielać polecenia kamerze, bo nie należę do związku. I wtedy Skolimowski wymyślił zawód, którego oni nie mają w swoim spisie. Zostałem konsultantem scenariuszowym.

To był dobry moment na robienie takiego filmu. W newsach dominowały dwa tematy: „Solidarność” i Falklandy. Zdążyliśmy na Cannes. Film dostał nagrodę za najlepszy scenariusz. Tyle, że Skolimowski odbierał tę nagrodę sam. „Fabryka scenariuszowa” została przedstawiona jako zespół konsultacyjny. Tak czasem bywa.

Film był bardzo różnie odbierany przez Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii. Starsze pokolenie, wojenne, wolałoby, aby film o mieszkających tu Polakach był zgodny z mitem walecznego polskiego żołnierza. Natomiast ci, którzy – jak bohaterowie tego filmu – pracowali na czarno, oburzali się: „My nie jesteśmy tacy głupi”. W kontekście tego, co się działo w ostatnich latach, gdy okazało się, że w tym kraju istnieją gangi zatrudniające ludzi na czarno i traktują w sposób okropny zatrudnianych tak ludzi, także Polaków, film okazał się uniwersalny.

– Przyznaję, że dawno tego filmu nie oglądałem. Myślę, że można go uznać za dokument czasu.

W pewnym sensie odpowiedzią na „Moonlighting” jest film „Letter to Poland”, który reżyserował Richard Howson, pokazujący polskie środowisko kultywujące swoje tradycje i kulturę.

– Pracowałem przy tym filmie zawodowo jako operator filmowy. Był to dokument częściowo inscenizowany. Rolę przewodnika po polskich ośrodkach odgrywał Janusz Guttner. Z wielu względów było to dla mnie interesujące doświadczenie. Poznałem bliżej życie Polaków mieszkających tu od wojny, no i gdyby nie ten film, nigdy nie poznałbym generała Maczka. To niesłychana postać, z wyjątkową charyzmą. A jednocześnie interesował się on rozmówcą. Znał losy swoich żołnierzy. Wcale nie dziwię się, że go uwielbiali.

Do filmu “Lincz” Witold Stok też dołożył swoją cegiełkę

Udało się jednak panu wejść w środowisko brytyjskich filmowców. Czy musiał pan czekać na zmianę przepisów dotyczących związków zawodowych?

– Kolejną pracę wymyśliliśmy razem z Tomkiem Pobóg-Malinowskim, z którym zrobiłem kilka filmów w Polsce. Wiedzieliśmy, że Wajda robi „Dantona” w Paryżu, więc poszliśmy do Channel 4 i zaproponowaliśmy zrobienie dokumentu o Wajdzie kręcącym ten film. I oni się zgodzili. Otrzymaliśmy trochę pieniędzy. Wystarczyło na podróż do Paryża i nakręcenie dokumentu. We Francji były inne przepisy. Film poszedł potem na Channel 4 i nawet był dobrze przyjęty.

Ale było ciężko. Przejedliśmy małe oszczędności, jakie mieliśmy, ubieraliśmy się na jumble sales. Pisałem kilkakrotnie do związku, dzwoniłem. Nie otrzymywałem żadnej odpowiedzi. To było błędne koło. Nie wolno było pracować, jak nie miało się karty związkowej; ale żeby dostać kartę związkową, trzeba było wykazać się pracą. Wreszcie postanowiłem ich zaszantażować. Zadzwoniłem do sekretarki prezesa. To był zagorzały związkowiec, komunista-oportunista, który każde wakacje spędzał na Krymie. Nie za swoje pieniądze, oczywiście. Wytłumaczyłem sekretarce, że napisałem szereg listów, na które nie dostałem odpowiedzi i nie widzę innego wyjścia, jak pójście do mediów, gdzie przedstawię całą sprawę, to znaczy jak traktowany jest przez związkowców brytyjskich „solidarnościowiec”, uchodźca z Polski. Poskutkowało. Za kilka dni poszedłem odebrać kartę związkową. A później już jakoś poszło. Zostałem londyńczykiem.

Dziękuję panu za rozmowę.

Rozmawiała: Katarzyna Bzowska

Witold Stok, właściwie Witold Stok-Stokowiec  – polski operator filmowy i realizator kilkudziesięciu filmów dokumentalnych. W 1969 r. został absolwentem Wydziału Operatorskiego łódzkiej Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej im. L Schillera (PWSFTviT). Dyplom uzyskał w roku 1972. Współpracował z wybitnymi polskimi reżyserami, m.in.:  Krzysztofem Kieślowskim, Edwardem Żebrowskim, Jerzym Skolimowskim, Markiem Piwowskim i Katarzyną Rosłaniec. Jest autorem zdjęć wielu filmów fabularnych, między innymi: „Personel“ (1975), „Przepraszam, czy tu biją“ (1976), „W biały dzień“ (1980), „Galerianki“ (2009), „Śluby panieńskie“ (2010), „Lincz” (2010), „Żywie Biełaruś“ (2012). Od lat 80. mieszka i pracuje w Wielkiej Brytanii. Jest członkiem British Society of Cinematographers.

Jego praca jest doceniana na wielu festiwalach. Otrzymał między innymi nagrodę Festiwalu Filmów Fabularnych w Gdyni oraz Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie. Został także nominowany do nagrody BAFTA Television Craft Award za zdjęcia do “The Rector’s Wife” (1994).