Z frontu kwarantanny

151
Żyję, jak pewnie większość z nas w tych dniach, wykonując codzienne czynności i robiąc przerwy na wpatrywanie się w ekran telefonu – okno na świat i narzędzie kontaktu z najbliższymi. FOTO: PEXELES.COM

Jest poniedziałek, 16 marca. Jutro dzień św. Patryka. Mój mąż Patryk, z pochodzenia Irlandczyk, zauważa: "Takiego św. Patryka to jeszcze w historii nie było!".

Jakiś czas później znów staje przede mną, ale już z zupełnie innym zmartwieniem.

– Jak ja mam pracować zdalnie? Jak to się robi? Jak ty to robisz od tylu lat? Nie potrafię się skupić, nie potrafię myśleć i jestem maksymalnie nieproduktywny!

Od dzisiejszego ranka, jak setki milionów ludzi na całym świecie, mój mąż zamienił boks w korporacji na biurko w gościnnym pokoju w naszym domu. Odpowiedź mogłam mu dać tylko jedną.

– Tego byka musisz wziąć na rogi sam metodą prób i błędów. Przypomnę ci tylko, że i tak jesteś w idealnej sytuacji. Masz tu bowiem ciszę i spokój, bo dzieci duże i ogarnięte, i zajęte własną nauką online. To znaczy, byłyby zajęte, gdyby tylko nie były chore. Ale tutaj, szczęściarzu, masz z kolei mnie, która system pracy w warunkach domowych, nawet jeśli równolegle trzeba realizować się na etatach pielęgniarki i zarządcy gospodarstwa domowego, ma w małym palcu. Na skutek, jak słusznie zauważyłeś, wieloletniego doświadczenia i praktyki w tym obszarze.

Tak, Młodsza, o czym pisałam w poprzednim odcinku doniesień z linii frontu, nadal nieco niedomaga, a my nadal nie mamy pojęcia, na co właściwie była chora. Nadal bowiem – ale o tym już wszyscy Państwo dzisiaj wiedzą doskonale – żyjemy w kraju, który najpierw pandemię kompletnie wyśmiał, potem ją lekceważył, a wreszcie w trybie megaprzyspieszonym, mówimy bowiem o zaledwie trzech ostatnich dniach (od czwartku 12 marca) zdał sobie sprawę ze skali zagrożenia i przeszedł, a nawet przeleciał jak turbojet z trybu „nie badamy ze względu na kretyńsko restrykcyjne kryteria kwalifikacji chorych do testu na COViD-19” do „testujemy tylko tych, którzy są w stanie przedagonalnym”.

W sobotę bezpiecznie wróciła do domu Starsza. Jak mnóstwo uczelni na świecie, i jej uniwersytet zamknął podwoje i przeniósł działalność w obszar online przynajmniej do końca semestru. Gdy wyjeżdżała z północnych rubieży kraju, tamtejszy stanowy departament zdrowia właśnie ogłaszał pierwsze potwierdzone przypadki zarażenia chińskim koronawirusem. Już następnego poranka zaległa w łóżku z wysoką gorączką i suchym kaszlem. O ile nie znajdzie się w stanie przedagonalnym, nie planuję jednak urządzać z nią żadnych wycieczek do Urgent Care, jak to robiłam z Młodszą przez ostatnie dwa tygodnie.

Żyję w najbogatszym kraju świata w XXI wieku, kraju, gdzie wykonuje się przeszczepy serca i zaczyna leczyć nowotwory metodą zlokalizowanej immunoterapii, mam do tego naprawdę dobre ubezpieczenie medyczne, a jednak, okazuje się, w chwili kryzysu mogę liczyć tylko na siebie. I własny zdrowy rozsądek. Samodzielnie urządziłam więc w domu dwie izolatki, mam płyny do dezynfekcji, mam rękawiczki jednorazowe, brakuje mi tylko kombinezonu ochronnego. Jeżeli Starsza ma „covida”, podczas gdy Młodsza go jednak nie miała – kombinacji w tej obliczance jest kilka, na podobnej zasadzie jak w szkolnej grze genetycznej pt. „Jak dziedziczymy niebieski kolor oczu”, to wolałabym, żeby Młodsza niczym się w chwili obecnej jednak nie zarażała, najmniej nowym patogenem. Nadal jest tak osłabiona, że nie da rady zejść ze schodów bez potężnej zadyszki.

Żyję, jak pewnie większość z nas w tych dniach, wykonując codzienne czynności i robiąc przerwy na wpatrywanie się w ekran telefonu – okno na świat i narzędzie kontaktu z najbliższymi. A może nawet inaczej. Wykonuję te czynności w przerwach między czasem spędzonym w towarzystwie telefonu.

Brat donosi z dumą, że udało mu się zapobiec wyprawie schorowanej mamy do kościoła na niedzielną mszę.

Wśród koleżanek Polek z mojego miasta dyskusja, co robić z już wykupionymi biletami na letnie podróże do Polski.

Rodzina z San Francisco donosi, że o północy rozpoczynają „lockdown” – jeden z pierwszych wprowadzonych USA.

Wiadomości napływające z Włoch wciąż zatrzymują dech w piersiach. Kolejny dzień, w którym liczba zgonów zbliżyła się do 400 i kolejne „dobre rady” dla reszty świata udzielane coraz bardziej zrozpaczonym i katastroficznym tonem. Nie powielajcie naszych błędów, błagają. Siedźcie w domu. Potraktujcie to poważnie.

Sąsiedzi zza płotu adoptowali pieska. Góra płowych kłaczków, ogromne niebieskie oczy i uszy jak dwa małe latawce furkoczące dookoła łebka. Psina opiera się przednimi łapami o ogrodzenie i skamle po swojemu psią piosenkę o przyjaźni w kierunku Młodszej. Młodsza stoi na krawędzi tarasu po naszej stronie ogrodu i też skamle – piosenkę zachwytu i bezsilności zarazem. Za psinką stoją rzędem jego właściciele – rodzeństwo, trójka osiedlowych przyjaciół Młodszej. Dzieciaki machają do siebie z odległości, okrzykami wymieniają między sobą nowiny i układają dłonie w kształt serc. W końcu, ociągając się i niechętnie wszyscy wracają do swoich domów. Obserwuję to przez okno i do oczu napływają mi łzy.

Zmiana jest możliwa, ale jest żmudnym, bolesnym procesem. Pamiętają Państwo tę maksymę? Powtarzaliśmy ją sobie jeszcze trzy-cztery tygodnie temu. Niektórzy może nawet jeszcze dwa tygodnie temu. Mamy rok wyborów, więc żarliwiej dyskutujemy o rozmaitych aspektach naszego życia politycznego i społecznego. Mocniej narzekamy na to, co nie działa, bo na przykład wciąż funkcjonuje na podstawie norm sprzed kilkudziesięciu lat, kompletnie nieadekwatne do potrzeb współczesności. By nie szukać daleko wymienię to, co pierwsze nasuwa mi się na myśl: brak dostępu do powszechnej opieki medycznej, brak urlopów macierzyńskich i brak płatnego chorobowego, w tym chorobowego, które amerykański pracownik mógłby otrzymać w związku z koniecznością opieki nad chorym dzieckiem. Wszystko to w świecie, w którym oboje rodzice w rodzinie zazwyczaj pracują, i to na cały etat.

I co? I okazuje się, że zmiana jest możliwa i że nie musi być żadnym procesem. Przychodzi i jest jak uderzenie pioruna. Tak nagle i całościowo, że aż dostajemy od niej zadyszki, jak moja córka na schodach.

– Musi się wydarzyć coś na tyle wielkiego, że nie będzie czasu dalej debatować i wykłócać się, czyja wizja jest lepsza czy gorsza. Po prostu przyjdzie moment, że trzeba będzie zmianę wprowadzić, albo ona wprowadzi się sama, a nam zostanie tylko ją zaakceptować – powiedziała jakiś czas temu Starsza, gdy dyskutowaliśmy rodzinnie o bolączkach współczesnego świata, w tym o katastrofie ekologicznej i o stanie amerykańskiej służby zdrowia. Trudno odgonić od siebie myśl, że właśnie znaleźliśmy się w takim momencie. Chwilowo na bardzo złe, ale za jakiś czas, miejmy nadzieję, może jednak na dobre?