Aconcagua – do trzech razy sztuka

55

Najwyższy szczyt Ameryki Południowej. Marzyłam o nim od chwili, gdy przeczytałam "Wyżej niż kondory". Pragnęłam zobaczyć śniegi pokutujące i poczuć biały wiatr.

Foto: Alicja Daszkiewicz

Słynne viento bianco – wiatr wiejący z prędkością 200 km/godz. – porywa śnieg leźący na szczycie, tworząc gigantyczny obłok

Najwyższy szczyt Ameryki Południowej. Marzyłam o nim od chwili, gdy przeczytałam "Wyżej niż kondory". Pragnęłam zobaczyć śniegi pokutujące i poczuć biały wiatr.

Mendoza. Drugi stycznia. Jeszcze wczoraj trzęsłyśmy się z zimna w Nowym Jorku, a dziś uciekamy w cień przed argentyńskim upałem. Dwa pokaźne wory transportowe i plecaki stoją gotowe przed hostelem. Wykorzystując chwilę przed przyjazdem taksówki, zaglądam do skrzynki e-mailowej. Jest wiadomość od mojej przyjaciółki Uli z Warszawy: "Trzymamy kciuki, najmocniej jak potrafimy!!! Modlimy się też za Waszą szczęśliwą wyprawę i powrót. Zdobądź tę przeklętą górę i wracaj do nas!".
To była moja trzecia próba wejścia na Aconcaguę. Z pierwszego wyjazdu zrezygnowałam w ostatniej chwili z przyczyn rodzinnych. Za drugim razem, rok temu, doszłyśmy z Daną Czerską tylko do bazy w Plaza Argentina. Gdy niemal cały dzień nieprzytomnie przespałam, a w końcu zaczęłam majaczyć, ściągnęła lekarza i w ten sposób uratowała mi życie. Miałam ostre zapalenie płuc, saturację, czyli natlenienie krwi, poniżej 30 – w bazie powinna wynosić co najmniej 80. Była panika, tlen, dramatyczna noc (nie miałam tego świadomości) w oczekiwaniu na śmigłowiec, który mógł przylecieć dopiero rano, później karetka i szpital w Uspalatta.

ŚNIEGI POKUTUJĄCE I BIAŁE WIATRY

Dlaczego Aconcagua? Bo słynie z penitentów, nazywanych śniegami pokutującymi. Robią niesamowite wrażenie. Te wytopione z lodowca skalne igły, przypominające szeregi pokutujących mnichów, powstają w wyniku wytapiania się lodu pod wpływem silnego promieniowania słońca, którego promienie padają pod dużym kątem, i mroźnego, suchego powietrza. Widziałam je już wcześniej na Kilimandżaro, ale były niewielkie, te na Aconcagule mają nawet dwa metry. "Rosną" gęsto, całymi łanami na zboczach i dnach wysokich dolin. Chciałam je zobaczyć, dotknąć ich. Podobnie jak spływający ze szczytu lodowiec, którym pierwsza polska wyprawa andyjska w 1934 r. poprowadziła nową drogę ze wschodniej strony.
Zmagania z górą opisał jeden z jej zdobywców Wiktor Ostrowski w książce "Wyżej niż kondory". Przeczytałam ją, będąc jeszcze w liceum, z miejsca ulegając fascynacji Andami. Chciałam też zobaczyć Canalettę, olbrzymi żleb, gdzie w 1940 r. zginęli opuszczeni przez swoich towarzyszy George Link i Adriana Bance, pierwsza kobieta, która zdobyła Aconcaguę. Chciałam zobaczyć i poczuć słynne viento blanco. Ten biały wiatr, wiejący z prędkością do 200 km/godz., porywa śnieg leżący na stokach góry i zamienia go w gigantyczną chmurę.
To, że leżąca w Argentynie Aconcagua ma prawie 7000 m n.p.m., i jest najwyższym szczytem Andów i Ameryki Południowej, a nawet całej półkuli zachodniej i południowej oraz najwyższym szczytem świata wznoszącym się poza Azją, nie miało już takiego znaczenia.

OSTATNIA PRÓBA

We wrześniu zaczęłam nieśmiało namawiać Danę na jeszcze jedną, trzecią próbę. Początkowo się opierała. Mówiła, że nie czuje tej góry. W końcu zgodziła się, ale musiałam jej obiecać, że przy najmniejszych objawach przeziębienia natychmiast wezmę antybiotyk, czego nie zrobiłam w ubiegłym roku. W październiku zaczęłyśmy powtórnie nasze przygotowania, bogatsze już jednak o wcześniejsze doświadczenia. Postanowiłyśmy mocno ograniczyć bagaż, bo powyżej bazy (4200 m) wszystko będziemy dźwigać na własnych plecach, poza tym planujemy przetrawersować górę, czyli wejść na szczyt od Plaza Argentina, a zejść z niego do Plaza de Mulas.
Robimy ostrą selekcję ubrań i jedzenia. Rezygnujemy z czekanów, kupujemy lżejsze karimaty. Każdy gram jest ważny. Dana waży wszystko, nawet rolkę papieru toaletowego. Jeśli coś nas może pokonać, to pogoda i właśnie zbyt ciężkie plecaki. Co prawda, powyżej bazy część wchodzących na szczyt wynajmuje sobie tragarza (150 dolarów za 20 kg), my jednak nie bierzemy tego w ogóle pod uwagę, bo nie mieści się to w naszej filozofii zdobywania góry.

MUŁY, INTERNET I PIZZA

Idziemy zieloną doliną Vacas wzdłuż rwącej brunatnej rzeki, która płynie szerokim kamienistym korytem. Mijamy gigantyczne stożki piargów, z zainteresowaniem obserwując karawany mułów, które dźwigają na swoich grzbietach ekwipunek idących na Aconcaguę. Te uparte zwierzęta często uciekają, aby po pewnym czasie, przywołane do porządku przez mulników, wrócić potulnie na swoje miejsce w szeregu. Zdarza się, że potykają się i spadają w przepaść, czego dowodem leżące w trawie i kamieniach liczne szkielety.
Naszym celem jest odległa o 60 km Plaza Argentyna (4200 m), ponad którą widnieje słynny Lodowiec Polaków, stanowiący spore wspinaczkowe wyzwanie. Można go obejść, idąc tzw. Fałszywą Drogą Polaków (Ruta Falso Polacos), co mamy zamiar zrobić. Plusem naszej trasy jest to, że nie ma na niej tak wielu turystów jak od Doliny Horcones. I można się bardziej nacieszyć górami. Tak naprawdę jesteśmy same w dolinie, tylko w obozach spotykamy się z dwójką Rosjan, trójką Irlandczyków i kilkunastoosobową grupą Norwegów z przewodnikami.
W pierwszym obozie – Pampa de Lenas meldujemy się u rangera i dostajemy worki na śmieci, każdy z nich ma numer zgodny z permitem (zezwolenie na wejście na szczyt), i od tej pory pilnujemy ich jak oka w głowie. Za zgubienie lub nieoddanie go przy opuszczaniu parku grozi kara 1000 dolarów. W ten sposób rozwiązano problem wszelkich nieczystości.
Powoli zdobywamy wysokość. Wiatr kurzy piaskiem, którego ostre ziarenka kłują, wciskając się wszędzie. Z bezchmurnego ciemnoniebieskiego nieba leje się żar, nigdzie nie można znaleźć cienia. Musimy dwukrotnie przekroczyć rzekę. Zdejmujemy buty i wkładamy tenisówki, żeby nie poranić stóp na kamieniach. To nic, że woda sięga miejscami powyżej kolan, jest spieniona i rwąca, a jej temperatura wynosi niemal zero stopni. Płaczę. Nie wiedziałam, że zimno może tak boleć.
Trzeciego dnia bardzo mocno wciętą doliną Relinchos dochodzimy do Plaza Argentina. Lodowiec Polaków wygląda stąd naprawdę imponująco i groźnie. Baza na morenie lodowca przypomina kolorowe miasteczko. Każda agencja organizująca wyprawę na Aconcaguę ma tam swój duży namiot-świetlicę, namiot-kuchnię i inne namioty gospodarcze, a oprócz tego normalne namioty członków ekspedycji, domek lekarza i rangersów. Jest gorący prysznic, telefon satelitarny i internet. Można zjeść stek i jajecznicę, wypić colę i piwo. Oczywiście wszystko odpowiednio kosztuje, mała pizza 10 dolarów, tyle samo prysznic, jeden nocleg w namiocie lub litrowe piwo.
Z boku bazy stoją metalowe latryny z papierem toaletowym. Za załatwianie potrzeb fizjologicznych w innych miejscach płaci się karę 500 dolarów, za zostawienie śmieci czy mycie się w rzece – tyle samo.

BEZPIECZEŃSTWA NIE DA SIĘ KUPIĆ

Na trasie budzimy sensację, bo nie dość, że idą dwie kobiety, to jeszcze bez przewodnika. Większość wspinających się korzysta z usług agencji turystycznych, które organizują wejście na szczyt (polskie około 10 tys. zł, argentyńskie 3000 dolarów, amerykańskie 2000-3500 dolarów, ale bez przelotu). Trzeba jednak pamiętać, że nie da się kupić gwarancji na zdobycie góry ani bezpieczeństwa, czego przykładem dramat włoskiej wyprawy. Kiedy podczas śnieżycy rozbijamy namiot w bazie, ratownicy usiłują dotrzeć do zaskoczonych przez burzę śnieżną wspinaczy, którzy walczą o życie na Lodowcu Polaków. Włoszka ginie w lawinie śnieżnej, a przewodnik umiera z wychłodzenia i obrzęku mózgu (dramatyczny film z jego akcji ratunkowej można zobaczyć na YouTube). Reszta grupy z poważnymi odmrożeniami trafia do szpitala.
Co roku na stokach Aconcaguy ginie około pięciu osób. Do tej pory góra pochłonęła blisko 130 ofiar, wiele z nich leży na miejscowym cmentarzyku w Puento de Inca.
Idziemy bardzo powoli, aby dobrze się zaaklimatyzować, czyli przystosować organizm do wysokości, głównie do zmniejszonej ilości tlenu w powietrzu. To podstawa i klucz do sukcesu. Człowiek nagle przetransportowany na Mount Everest w ciągu kilku minut traci przytomność i umiera, osoba dobrze zaaklimatyzowana natomiast może zdobyć ten szczyt nawet bez stosowania dodatkowego tlenu. Wielu to lekceważy, myśląc, że choroba wysokościowa (ASM), puna – jak nazywają ją w Andach – ich nie dopadnie. Dolegliwości są nieprzyjemne: uporczywy ból głowy, nudności, wymioty, brak apetytu, bezsenność, osłabienie, a czasami nawet groźne, zwłaszcza gdy pojawi się obrzęk płuc lub mózgu, co stanowi bezpośrednie zagrożenie życia. Konieczna jest wówczas natychmiastowa pomoc, podanie tlenu i przetransportowanie delikwenta niżej. Prawie codziennie śmigłowiec zabiera z bazy chorych wspinaczy – odmrożonych, niedotlenionych, nieprzytomnych.
Aklimatyzacja zależy od indywidualnych predyspozycji, ale trzeba przestrzegać kilku podstawowych zasad, bo organizmu nie da się oszukać. Kiedy przekroczy się 3000 m, nie powinno się wspinać się więcej niż 300 m dziennie. Jeśli pokona się dłuższy odcinek, dobrze jest spać na poziomie nie wyższym niż 300 m w stosunku do wysokości, na której spędziło się poprzednią noc. Należy również pić co najmniej 4 litry płynów dziennie, aby zapobiec odwodnieniu organizmu, spowodowanego suchym górskim powietrzem i zwiększoną częstotliwością oddechów. I trzeba wszystko robić powoli.
Z powodu złej aklimatyzacji i warunków pogodowych na szczyt wchodzi zaledwie 30 proc. wspinających się.

BEZ KAWY I SOLI

Aby ograniczyć wypadki związane z chorobą wysokościową, park wprowadził obowiązkowe badanie lekarskie w bazie (pomiar saturacji, ciśnienia krwi i pulsu, osłuchanie płuc), czego nie praktykuje się w innych górach. Jeśli wyjdzie się wyżej bez zgody lekarza, w razie wypadku czy choroby trzeba będzie zapłacić za akcję ratowniczą, normalnie wliczoną w cenę permitu. Sympatyczny doktor Fabio, zanim podpisał nasze zezwolenia, bardzo dokładnie nas zbadał i o wszystko wypytał. Zalecił pić dużo wody, bezwzględnie zrezygnować z kawy, bo działa moczopędnie – i soli, bo zatrzymuje wodę w organizmie.
Aklimatyzujemy się bardzo dobrze, nie mamy nawet najmniejszych objawów choroby wysokościowej, które odczuwałam przy wejściu na Mount Blanc i Kilimandżaro, mimo że te góry są niższe. Nasza taktyka powolnego wejścia i założenia czterech zamiast zwyczajowych dwóch-trzech obozów powyżej bazy okazuje się znakomitym pomysłem. Każdy odcinek pokonujemy dwa razy, jednego dnia wnosimy depozyt – jedzenie, gaz, sprzęt, ale schodzimy spać niżej, a następnego dnia zwijamy namiot i przenosimy się wyżej.
HERBATA Z LIŚCI KOKI
Dużo się zmieniło od czasów polskiej wyprawy andyjskiej. Rakobuty, wełniane swetry i wiatrówki z jedwabiu spadochronowego zastąpiły raki, polary, kurtki z gorteksu i puchu. A ciężkie konserwy mięsne – lekkie liofilizaty – specjalnie spreparowane jedzenie, które zalewa się gorącą wodą i można się delektować schabem z warzywami, strogonowem czy spaghetti… Na wysokości 5000 m wszystko jednak tak samo smakuje, a właściwie nie smakuje, o czym świadczyły resztki wyrzucane przez ludzi w wyższych obozach. Nam też wystarcza jedna porcja, a Dana na ulubioną owsiankę po kilku dniach nie może patrzeć, mimo że poprawiamy jej smak suszonymi owocami i czekoladą. Gotując kolejną menażkę wody, marzymy głośno, co będziemy jeść na dole – krwisty stek, sałatkę z awokado, truskawki z bitą śmietaną…
Na razie zadowalamy się barszczem z gorącego kubka, suszonym mięsem z bizona i herbatą z liści koki – gdy na lotnisku w Mendozie pojawił się policjant z psem szukającym narkotyków, przeżyłyśmy lekki stres, mimo że herbata była legalnie kupiona w Peru.
Rewelacją w naszym ekwipunku okazały się lejek i butelka, które pozwalały nam na załatwianie potrzeb w namiocie. Wchodząc na Aconaguę kilka lat wcześniej, Martyna Wojciechowska ratowała się jeszcze blaszanym kubeczkiem kupionym w Mendozie.

IM WYŻEJ, TYM TRUDNIEJ

Każda czynność wymaga od nas coraz większego wysiłku. Pójście po wodę to już niemal wyprawa. Góra, nazwana niegdyś przez Inków Acconcahuac (co w języku keczua oznacza: kamienny strażnik), zaczyna pokazywać swoje prawdziwe oblicze. Rano słońce, a po południu burze śnieżne, przychodzące bez żadnego ostrzeżenia. I wiatr, którego podmuchy szarpią namiotem jak żaglem i wyginają stelaż. W obozie drugim na wysokości 5900 m jest tak silny, że przez całą noc nie mogę zasnąć. Z przerażeniem czekam na kolejne uderzenie i podtrzymuję rękami ścianki, a Dana śpi w najlepsze. Rano na trawersie pod Lodowcem Polaków nie wieje mniej, z trudem więc utrzymujemy równowagę. Temperatura spada do -20 stopni. Po raz pierwszy przeżywamy kryzys, zostawiamy depozyt w śniegu niecałe 100 m przed celem. Schodzimy po niego następnego dnia, już po założeniu ostatniego obozu na 6300 m. Nigdy tak wysoko jeszcze nie byłam, dla Dany to również rekord wysokości. Wieczorem długo topimy śnieg na wodę, przygotowując termosy na atak szczytowy. Nad nami miliony gwiazd, Droga Mleczna, Obłok Magellana, Krzyż Południa.
Nareszcie nie wieje, więc śpimy dobrze, mimo wysokości. Budzą nas głosy idących na szczyt drogą normalną z Plaza de Mulas. Zaczyna świtać. Powoli wypełzamy ze śpiworów. Ubranie się na takiej wysokości zajmuje sporo czasu. W końcu zakładamy raki i ruszamy w górę, dwadzieścia korków i odpoczynek na złapanie oddechu, później piętnaście, dziesięć. Wysokość robi swoje. Odpoczywamy, jak wszyscy, przy Independencji, pozbawionym dachu drewnianym schronie, który przypomina psią budę. Robi się cieplej. Ściągamy kurtki puchowe i maski z twarzy.

HORROR W CANALETCIE

Po raz pierwszy od kilku dni widzimy tylu ludzi. Przed nami mnóstwo kolorowych postaci, które – wsparte na kijkach – mozolnie pną się w górę. Kaszlą, ciężko oddychają, obsuwają się bezwładnie na śniegu. Bez przerwy ktoś się wykrusza z szeregu. Wycofuje się pokonany przez wysokość i własną słabość. Przewodnik prowadzący dwóch Chińczyków usiłuje skłonić ich do odwrotu, bo jeden z nich ma halucynacje i zaburzenia koordynacji.
Jest słonecznie, ale bardzo mroźnie. Na trawersie do Canaletty, wielkiego żlebu spadającego spod szczytu, w ogóle nie wieje, choć to miejsce nie bez powodu nosi nazwę Portezuelo del Viento. Cieszymy się, że cały czas idziemy po śniegu, bo gdy leży tylko usuwający się spod stóp stromy piarg i żwir, to wchodzenie staje się koszmarem. Ma się bowiem wrażenie, że cały czas stoi się w miejscu. Dlatego niektórzy pogardliwie nazywają Aconcaguę górą szutru. A przecież z uwagi na specyficzne warunki klimatyczne, brak tlenu, silne wiatry, charakterystyczne dla himalajskich ośmiotysięczników, uważana jest za kluczowy etap treningu przed atakiem na Mount Everest.
W niszy pod przewieszoną skałą, gdzie wszyscy zostawiają plecaki, chowamy pusty termos. Robimy kilka kroków i nagle krzyk: avalanche! (lawina!). Padam na śnieg, Dana obok. Widzę lecące na nas kamienie, trwa to ułamki sekund. Wpadają między nas, jeden uderza mnie w kolano. Po chwili cisza. Próbuję wyprostować nogę. Udaje się. Później okazuje się, że jest tylko stłuczona. Mam więcej szczęścia niż niemiecki wspinacz, który dzień wcześniej ginie uderzony kamieniem nieco powyżej bazy Plaza de Mulas. Teraz rozumiem, dlaczego niektórzy idą w kaskach. Do szczytu coraz bliżej i coraz niebezpieczniej. Zagrożeniem stają się schodzący z góry. Chwieją się i zataczają jak pijani – to efekt złej aklimatyzacji i niedotlenienia mózgu. Nie wiadomo, jaki będzie ich następny krok, czy przypadkiem nie potkną się i nie spadną na nas. Niektórzy są prowadzeni przez przewodników na krótkiej linie, aby zapobiec upadkowi. O tym, jak groźna może być ta góra, uświadamia nam tragiczny widok. W żlebie, pośród rumowiska skalnego, kilkanaście metrów od trasy, leżą zwłoki, zabezpieczone od góry połową niebieskiej plastikowej beczki, widać nogi w czarnych spodniach, jedna w żółtym bucie, druga w białej skarpetce.

STĄD WIDAĆ PACYFIK

Zupełnie niespodziewanie wynurza się południowa strzelista ściana Aconcagui. To znak, że jesteśmy już blisko. Raki zgrzytają podczas wspinania po skale. Jeszcze niewielki stromy trawers pod kopułą szczytową i widać krzyż. Przywiązane do niego różnokolorowe flagi i chorągiewki łopoczą na wietrze. Jesteśmy same. Tylko my i góry pod nami. A na dalekim horyzoncie Pacyfik. Godzina 16:30. Temperatura -30 stopni. Robimy zdjęcia, mocujemy krzyż, który się przewraca, zabieramy na pamiątkę kilka kamyków ze szczytu i schodzimy, rozkoszując się widokami i ciszą. Jesteśmy zmęczone, ale jest nam dobrze, żadnych wysokościowych sensacji, co pozwala nam w pełni cieszyć się górami.
Jutro czeka nas już zejście do Plaza de Mulas, a później na sam dół, do Punte del Inca, kamienistą, szarą doliną Horcones. Bolą i krwawią popękane na mrozie usta i opuszki palców. Marzymy, aby zdjąć w końcu ciężkie buty i po 10 dniach stanąć pod prysznicem.

ALICJA DASZKIEWICZ

Autor: Alicja Daszkiewicz