Aloha, hawajski stan ducha

0
0

 
Fot. Ewa Kern-Jędrychowska

Wygasły wulkan Maui – Haleakala. Na szczycie w rozrzedzonym powietrzu i często lodowatej temperaturze panuje niemal absolutna cisza  

Hawaje są w innej strefie czasowej. Dosłownie i w przenośni. Czas płynie tam jakby wolniej, blackberry ginie gdzieś głęboko w plecaku, a rytm tygodnia przestają wyznaczać nużące podróże metrem i wieczorne seriale telewizyjne.

Na Hawajach, w przeciwieństwie do Nowego Jorku, ludzie mają czas. Lubią przystanąć, pogawędzić, a na drogach rzadko rozlega się dźwięk klaksonów. Pierwszym słowem, jakie słyszy się zaraz po przylocie, a potem także przez cały pobyt, jest "aloha". Oznacza ono nie tylko hawajskie powitanie i pożegnanie, ale także pokój, miłość i pewien stan ducha panujący na wyspach, gdzie harmonia z naturą i spokój emocjonalny są ważniejsze niż codzienna gonitwa za karierą i pieniędzmi.
Ten stan ducha rdzenni Hawajczycy kształcili w sobie przez setki lat życia na wyspach, które były ich całym światem. Aby przetrwać, musieli pozostawać w zgodzie z naturą.
W pewnym momencie ten świat został jednak siłą otwarty na zewnątrz i dziś codziennie przylatują tu dziesiątki samolotów, przywożąc turystów z całego świata. Jednak nawet w tym międzynarodowym tumulcie Hawaje wciąż mają w sobie coś dziewiczego, zwłaszcza jeśli zjechać z popularnych tras.

Z TROPIKU NA ŚNIEŻNY SZCZYT

 
 Fot. Ewa Kern-Jędrychowska
Jeden z wodospadów w Waipi’o Valley
ZOBACZ WIĘCEJ ZDJĘĆ


Ci, którzy podczas pobytu na wyspach spędzają czas w luksusowym hotelu i wylegują się na leżaku przy eleganckim basenie, zamiast podróżować po malutkich wioskach i odległych szlakach, raczej nie poczują ducha alohy. Ale Hawaje mają coś dla każdego, zarówno dla przyzwyczajonych do wygody, jak i dla tych, którzy lubią kemping. Ponadto jest z czego wybierać, gdyż każda z wysp archipelagu jest zupełnie inna. Najbardziej znanych jest 8 największych i położonych najbliżej siebie: Ni’ihau, Kaua’i, O’ahu, Moloka’i, Lana’i, Maui, Kaho’olawe i Hawai’i. Najlepiej podczas jednorazowej wizyty odwiedzić przynajmniej dwie-trzy z wysp. Dzięki temu, że każda z nich ma zupełnie inną atmosferę, podczas jednych wakacji można odnieść wrażenie, że rozpoczyna się je kilkakrotnie na nowo. O’ahu na przykład jest zamerykanizowane i mocno "przystrzyżone", coś jak Szwajcaria Hawajów. Kilkupasmowe drogi, na których zresztą łatwo utknąć w korku, równiutko posadzone krzewy, luksusowe sklepy i hotele Waikiki sprawiają, że można tu się poczuć raczej jak w kurortach Florydy niż na położonej na środku Pacyfiku wyspie.
Z kolei Hawai’i, czyli tzw. Big Island, z księżycowym krajobrazem wielokilometrowych połaci pokrytych zastygłą lawą i ukrytymi dolinami z wodospadami o wysokości kilkuset metrów spodoba się tym, którzy lubią nieprzetarte szlaki i mniej oczywiste kanony piękna.
W Hawajach niesamowite jest też to, że niemal każda z wysp oferuje wielką różnorodność ekosystemów i mikroklimatów. Występuje tu w sumie 12 ze wszystkich 13 stref klimatycznych. Nie brak nawet śniegu, który często pokrywa szczyt góry Mauna Kea. I tak w pół godziny po snorkelingowaniu w ciepłych wodach Pacyfiku można przejechać w taką część wyspy, na której temperatura jest o 20-30 stopni Celsjusza niższa (zwłaszcza jeśli jedziemy pod górę), albo zamiast pełnego słońca wjedziemy w ścianę deszczu (słońce zazwyczaj świeci w zachodnio-południowej części wysp, deszczowa pogoda dominuje po wschodnio-północnej stronie).
Gdziekolwiek jednak nie pojechać, widoki zapierają dech w piersiach. Do najbardziej spektakularnych doświadczeń należy wyprawa do Waipi’o Valley – gigantycznej zielonej doliny na północy Hawai’i, przez środek której płynie rzeka, a w jej rozlewiskach nieliczni mieszkańcy uprawiają taro i drzewa owocowe. Zupełnie innego rodzaju emocji dostarcza wycieczka na wygasły wulkan Maui – Haleakala – którego księżycowe kratery położone są na wysokości przeszło 3000 metrów. Na szczycie w rozrzedzonym powietrzu i często lodowatej temperaturze panuje niemal absolutna cisza (słychać głównie przyspieszone od marszu bicie własnego serca), a w pustynnym krajobrazie nie ma prawie żadnych roślin ani zwierząt. Jedyny ruch wywołują przetaczające się czasami po stokach kłęby chmur.


PELE WCIĄŻ SIĘ ZŁOŚCI
Hawaje mają także czynny wulkan, plujący lawą od 1983 roku. Kilauea znajdująca się na terenie Hawai’i Volcanoes National Park, to zresztą najaktywniejszy wulkan na świecie, a nieustannie spływająca do wód oceanu lawa sprawia, że wyspa ciągle się powiększa i zmienia kształt. Czerwone odpryski i kłęby dymu unoszące się znad Pacyfiku najlepiej podziwiać wieczorem ze specjalnego punktu obserwacyjnego w okolicach Kalapany. Wielkie wrażenie robią też znajdujące się na terenie parku korytarze lawowe (tzw. lava tubes), otwory, z których bucha gorąca para, a także fragmenty jezdni prześwitujące gdzieniegdzie spod warstw zastygłej lawy, z której wystają stare znaki drogowe.
Hawajczycy wierzą, że w Kilauei mieszka bogini wszystkich wulkanów – Pele. Według legend wulkan wybucha, kiedy bogini jest zła.
Warto jednak pamiętać, że wszystkie wyspy hawajskie powstały w wyniku podwodnych erupcji i tak naprawdę są szczytami podwodnych gór wulkanicznych. To zresztą najbardziej wyizolowany i najdłuższy łańcuch wysp na świecie. To oddalenie Hawajów spowodowało też, że wykształciła się tam niesamowita fauna i flora, a wiele gatunków – doskonale przy tym zaadaptowanych do tutejszych warunków – wręcz nie występuje nigdzie indziej. Na przykład drzewo Ohi’a lehua, któremu nie przeszkadza, kiedy opary siarczanych wyziewów wulkanicznych w powietrzu czasami mocno gęstnieją, gdyż wtedy zwyczajnie "wstrzymuje ono oddech", czyli zamyka swoje pory. Z kolei gęsi nene, żyjące na skałach wulkanicznych, zatraciły niemal całkowicie błonę pławną, która tylko im przeszkadzała w poruszaniu się po wyboistych terenach.


PODWODNY RAJ

 
 Fot. Ewa Kern-Jędrychowska
Oprócz wulkanicznych krajobrazów nie brakuje na Hawajach pięknych plaż


Niektórym Hawaje kojarzą się ze spokojnym tańcem hula i girlandami kwiatów lei wieszanych na szyjach turystów. To jednak przede wszystkim miejsce, gdzie spotykają się wszystkie żywioły, z których najważniejszym jest pewnie woda. To nie tylko raj surferów (Hawajczycy od wieków lubili ślizgać się na falach), ale też dla płetwonurków i tych, którzy lubią snorkelingować. Tutejsza rafa koralowa, mieniąca się głównie żółcią i czerwienią, ma swoją niepowtarzalną specyfikę. Pływają w niej setki kolorowych gatunków ryb, często typowych tylko dla wód centralnego Pacyfiku, jak słynna Humuhumunukunukuapua’a. Żółwie można tu zobaczyć w wodach niemal przy każdej plaży, a w odpowiednim sezonie, jeśli zanurzyć głowę pod wodę, można usłyszeć nawoływania wielorybów. Wieloryby i delfiny są zresztą wielką atrakcją Hawajów. Wiele kompanii organizuje wyprawy, których celem jest podpatrywanie życia tych ssaków. Wieloryby przypływają w sezonie zimowym (listopad-maj) w okolice Hawajów z Alaski, by odbyć gody. Tu rodzą się i spędzają pierwsze miesiące życia młode wieloryby, zanim z rodzicami ruszą z powrotem na Alaskę, gdzie z kolei spędzają sezon letni i gdzie się żywią.
Wiele z nich chroni się w osłoniętym Au’au Channel u nabrzeża Maui, gdzie podczas specjalnych rejsów można czasami zobaczyć nawet kilkanaście z nich. Często widać tu także delfiny, które są równie ciekawe przypatrujących się ich ludzi, jak oni ich, i chętnie podpływają bliżej, towarzysząc łódkom przez jakiś w ich podróży.
Ci, którzy nie snorkeligują, ale chcieliby mimo to podpatrzeć podwodne życie oceanu otaczającego Hawaje, mogą to zrobić w Maui Ocean Center w Wailuku, gdzie zgromadzono setki gatunków egzotycznych ryb i koralowców. Największą jednak atrakcję centrum stanowi gigantycznych rozmiarów akwarium, przez którego środek prowadzi tunel dla odwiedzających. Można stąd dobrze się przyjrzeć stadom kolorowych ryb, płaszczkom i kilku gatunkom rekinów, w tym ryb młotów.


WALKA O TOŻSAMOŚĆ

 
Fot. Ewa Kern-Jędrychowska
Rzeżby w Pu’uhonua o Honaunau na Big Island


Hawajczycy – mimo że przyjaźni turystom – mają w sobie głęboki żal o to, że ich ziemia została im zwyczajnie odebrana przez USA w 1900 roku, chociaż dziś niewątpliwie korzystają z inwestycji amerykańskich (zadbanych dróg, lotnisk i centrów handlowych).
Niemal od początku XX wieku przez kilkadziesiąt kolejnych lat na wyspach zabroniono nauki języka hawajskiego i posługiwania się nim. Dziś jednak wszyscy wtrącają "aloha" czy "mahalo" (dziękuję) do codziennego języka i uważają to za część uroku Hawajów. Tymczasem niewiele osób zdaje sobie sprawę, że jest to możliwe dzięki staraniom o odrodzenie tradycji lokalnych, zapoczątkowanych w latach 70. Miejscowi, obecnie stanowiący zaledwie 12,5% populacji wysp, walczyli nie tylko o odnowę języka, ale też o odtworzenie dawnej wiedzy i umiejętności. Kulminacją tych wysiłków było zrekonstruowanie antycznej łodzi Hokule’a, której prototyp umożliwił osadnikom z Tahiti przypłynięcie na Hawaje bez radaru i kompasu.
Domagano się także oddania do użytku publicznego wyspy Kaho’olawe, którą armia amerykańska autorytatywnie przejęła i używała przez 50 lat jako poligon.
Próby odzyskania autonomii, bo i takie podejmowano, nie przyniosły żadnych efektów, choć w 1999 roku rząd amerykański przeprosił za obalenie monarchii.
Dziś po dawnych Hawajach zostały tylko – oprócz ich naturalnego piękna – szczątki i rekonstrukcje dawnych osad, z których najpełniejszą jest chyba położona nad brzegiem oceanu Pu’uhonua o Honaunau na Big Island. Tradycje 7 kultur polinezyjskich – od Hawajów przez Samoa do Fiji – popularyzuje też założone przez mormonów Polynesian Cultural Center na O’ahu. Komercyjne centrum nie wystarczy do przetrwania hawajskiej kultury, ale z pewnością w jakimś stopniu wspiera wysiłki rdzennych Hawajczyków, dzięki którym "aloha" wciąż oznacza coś więcej niż tylko egzotycznie brzmiące powitanie.


Historia Hawajów w zarysie
Pierwsi Polinezyjczycy dotarli na archipelag hawajski z wysp Marquesas w III wieku naszej ery, pokonując nie tylko dystans ok. 5000 km, ale też wykazując się niesamowitymi umiejętnościami nawigacyjnymi. Ok. 1000 lat później na Hawaje przypłynęła druga fala Polinezyjczyków, tym razem z Tahiti, narzucając wcześniejszym osadnikom swoją kulturę i system wartości.
Oficjalnie za "europejskiego" odkrywcę wysp uważa się Jamesa Cooka, jednak istnieją dowody, że 200 lat wcześniej byli tam Hiszpanie, którzy podróżowali między swoimi koloniami w Meksyku i na Filipinach. Kiedy w 1778 roku Cook przypłynął na wyspy, Hawajczycy akurat świętowali na cześć boga urodzaju i upraw – Lono. Przepowiednia mówiła, że przypłynie on któregoś dnia na pływającej wyspie. Brytyjskie statki zdawały się spełniać proroctwo. Hawajczycy powitali więc Cooka z wielkim entuzjazmem. Jakiś czas później opuścił on wyspy, ale gwałtowna burza złamała maszt jego statku, zmuszając do powrotu. W tym czasie jednak Hawajczycy wiedzieli już, że Europejczycy nie mają nic wspólnego z Lono. Doszło do kilku konfliktów, których eskalacja spowodowała, że Cook został zakłuty nożem.
Kilkanaście lat później jeden z wodzów z wyspy Hawai’i – Kamehameha – zdołał podbić pozostałe wyspy i grupy, jednocząc je w jedno królestwo. Do dziś, mimo że monarchia nie przetrwała, Hawajczycy wielbią Kamehamehę, nazywając jego imieniem wiele ulic i stawiając mu pomniki.
W początkach XIX wieku na wyspy zaczęli przybywać misjonarze. Ich dorastające dzieci nie były jednak zainteresowane szerzeniem nowej religii wśród autochtonów. Bardziej pociągało ich prowadzenie biznesu. Wraz z innymi biznesmenami z Zachodu potomkowie misjonarzy zaczęli więc kupować ziemię i zakładać plantacje, produkując przede wszystkim cukier. Właściciele plantacji potrzebowali robotników do pracy, której wykonania Hawajczycy odmawiali. Zaczęli więc rekrutować i sprowadzać robotników kontraktowych z Chin, Portugalii, Japonii, Portoryko, Korei i Filipin. Po wygaśnięciu kontraktów wielu z nich zostawało na wyspach i za zarobione pieniądze kupowało kawałek ziemi lub zakładało nowe biznesy. Pod koniec XIX wieku wysokie cła na cukier spowodowały, że plantatorzy zaczęli dążyć do przyłączenia Hawajów do terytorium USA. W wyniku nacisków monarchia podpisała traktat znoszący cło na cukier, który jednak jednocześnie uzależniał Hawaje od wymiany z USA.
W 1900 roku wyspy zostały przejęte przez Stany Zjednoczone, które już od jakiegoś czasu zakładały tam swoje bazy wojskowe. Ze strategicznego punktu widzenia środek Pacyfiku wydawał się doskonałą lokalizacją dla floty wojennej. Tam właśnie doszło do ataku sił japońskich na bazę amerykańskiej floty w Pearl Harbor, wciągając tym samym USA do udziału w II wojnie światowej. W 1959 roku Hawaje stały się 50. stanem USA. Rozwój lotnictwa pasażerskiego spowodował, że wyspy stały się jednym z najpopularniejszych miejsc odwiedzanych przez licznych turystów zarówno z USA, jak i innych części świata. Rocznie na malutkie wyspy przybywa ich ok. 6 milionów.

Autor: Ewa Kern-Jędrychowska