Autostopem dookoła świata

0
6

Z Krzysztofem spotkałam się na brooklyńskim DUMBO. W Nowym Jorku był pierwszy raz, w ogóle Stany Zjednoczone zwiedzał po raz pierwszy. “Fajny widok tu macie, muszę zrobić zdjęcie. To w tamtym miejscu stały wieżowce World Trade Center?” – dopytuje Krzysztof i zaczyna opowiadać historię z początku wyjazdu. Podróż autostopem rozpoczął 19 lipca. Najpierw wybrał się na Mazury, by naładować akumulatory po ostatniej sesji i obronie pracy magisterskiej. Tam poznał właściciela jednego z ośrodków turystycznych. – Opowiedziałem mu o swoich planach na najbliższe miesiące. Między innymi o tym, że chce dojechać do Nowego Jorku. Wtedy okazało się, że ten pan był tutaj, gdy waliły się wieże WTC. Pracował 200 metrów od miejsca tragedii. Wyprowadził się z Nowego Jorku,  bo po tym co zobaczył, nie był już w stanie żyć w Ameryce”.  

Miała być tylko Ameryka

Skąd pomysł na podróż autostopem dookoła świata? Podczas, gdy pod koniec studiów znajomi zaczynali rozglądać się za pracą, Krzysztof stwierdził, że życie zawodowe może jeszcze poczekać. Czuł, że przyszedł czas, by zwiedzić kawałek świata. Na początku chciał przejechać Amerykę – od zachodu na wschód. Tuż przed wyjazdem do Anglii, gdzie miał zarobić na podróż życia, zobaczył w telewizji klip z azjatyckimi krajobrazami. – Wtedy pomyślałem sobie, że fajnie by było to jakoś połączyć. Najwyżej popracuje trochę dłużej. Postanowiłem też, że sprzedam swój ukochany motocykl. Zacząłem liczyć kasę i wyszło na to, że może mi wystarczyć pieniędzy nie tylko na Azję i USA, ale na równie wymarzoną Australię. Usiadłem przed mapą i postanowiłem, że pójdę na całość, że jak nie teraz, to kiedy? W przyszłości będę miał rodzinę, pracę i może będzie ciężej o czas na taką wyprawę” – opowiada Krzysztof.

Szacuje, że koszt całego wyjazdu, już z powrotem do Rzeszowa, to ok. 26 tys. zł. (ok. 7 tys. dolarów). Licząc trasę lądową przejechał ponad 41 tys. km. Tylko w samej Rosji – 7 tys. km. Według niego to jeden z najlepszych krajów do łapania stopa. Kierowcy zatrzymywali się po maksymalnie czterdziestu minutach. – A im dalej od Moskwy, tym szybciej udawało mi się organizować przejazd. W Rosji Polacy są bardzo lubiani, a przynajmniej ja trafiałem na wyjątkowo serdecznych ludzi. W  Australii było podobnie”. 

Taksówkarz rzucił się z nożem

Gdy ma przypomnieć sobie jakąś nieprzyjemną historię, to tylko jedno wydarzenie przychodzi mu do głowy. – Było to w Chinach, gdzie pokłóciłem się z taksówkarzem. Zapłaciłem mu pieniędzmi wypłaconymi z bankomatu, a on wydał mi fałszywe banknoty. Wiedziałem, że taka praktyka jest stosowana w tym kraju więc zacząłem się domagać zwrotu moich pieniędzy. Wtedy on zaczął grozić mi nożem. Nie miałem innego wyjścia jak tylko użyć gazu łzawiącego. Na poboczu zobaczyłem policjantów i poprosiłem ich o pomoc. Efekt był taki, że to ja musiałem przez pół dnia tłumaczyć się na posterunku skąd mam gaz. Okazało się, że w tym kraju jest traktowany jak broń i trzeba mieć na niego pozwolenie. Na szczęście cała historia skończyła się dobrze” – relacjonuje wydarzenia z Chin Krzysztof.

Biednie, ale szczęśliwie

W ciągu pierwszych miesięcy podróży 24-latek zwiedził, oprócz Rosji i Chin, między innymi Mongolię, Wietnam i Kambodżę, gdzie w maleńkiej wiosce, na jakiś czas stał się wolontariuszem i uczył dzieci języka angielskiego. Jego uczniowie przychodzili na zajęcia boso, bez książek i zeszytów. Starał im się pomóc, tak jak potrafił. Zorganizował zbiórkę, a później  kupił przybory szkolne. “Będąc tam trochę dłużej niż zakładałem, zrozumiałem parę życiowych sytuacji, że nie tylko kasa czyni człowieka szczęśliwym. Te dzieciaki naprawdę nic nie miały, a każda pomoc była dla nich czymś niezwykłym. Nie zapomnę uczucia jak przekazywałem im na przykład długopisy, dla nas nic takiego, a w ich oczach można było wyczytać gigantyczną wdzięczność, że ktoś inny o nich myśli i chce dla nich dobrze” – opowiada. – Kiedy mała dziewczynka podchodzi do ciebie, przytula się i mówi szczerze “I will miss you”, serce masz tak ściśnięte, że pomimo planów i wyznaczonej trasy, musisz jeszcze na trochę zostać”.

“Stop” najtrudniejszy w USA 

Dzięki podróży autostopem widzi się o wiele więcej niż klasyczny turysta, to jasne, ale jest też i większe ryzyko. – Mnie na szczęście nie spotkała żadna przykra niespodzianka, która zagrażałaby mojemu życiu, ale zdarzyły się na mojej trasie miejsca, do których drugi raz bym już raczej nie pojechał. Chociażby Kambodża, ludzie tam, mimo że są bardzo serdeczni,  walczą o przeżycie. Obawiałem się o to, że zostanę na przykład okradziony. Nie czułem się też komfortowo w stolicy Malezji, Kuala Lumpur i w San Francisco – wylicza. – W tym ostatnim mieście kilkakrotnie zwracano mi uwagę, by po pewnych uliczkach się nie szwędać. Zresztą to właśnie w USA łapanie stopa jest najtrudniejsze, o wiele lepiej szło mi w też trudnych Chinach. Myślę sobie, że Amerykanie nie są tak ufni jak kiedyś. Zdarzyło mi się czekać na auto ponad osiem godzin. W takich momentach pojawiało się zwątpienie? Po co ja to robię? Dlaczego nie siedzę z kolegami na piwie tylko włóczę się po świecie. Ale takie myśli, tak samo jak szybko przychodzą, tak samo szybko znikają” – dodaje. Na pytanie czy sama dziewczyna mogłaby się wybrać w taką podróż odpowiada, że nie do końca jest to dobry pomysł. – Gdyby na przykład moja partnerka chciała tak pojechać, to oczywiście nie mógłbym jej zabronić, ale nie chciałbym by się w taki sposób narażała. To jest autostop, nigdy nie wiesz, na kogo trafisz”.

Nie rozumieją, że gdzieś jest inaczej

Ulubionym krajem Krzysztofa jest Australia. Chciałby tam kiedyś zamieszkać. Przede wszystkim ze względu na serdecznych ludzi, ale i wspaniałą przyrodę. To w  tym kraju po raz pierwszy w życiu spróbował mięsa kangura. Od razu zaznacza, że tych zwierząt jest dwa razy więcej niż mieszkańców kontynentu, więc są odstrzeliwane ze względów bezpieczeństwa. “Ich mięso jest bardzo smaczne, trochę gumowate, ale bardzo dobre” – ocenia. W Azji próbował chrabąszczy, świerszczy i innych owadów. W Chinach zasmucił go zwyczaj spożywania psiego mięsa. – Szczególnie na południu kraju można zobaczyć wiszące psy, to bardzo uprzykrzyło mi życie, ale taka jest niestety ich kultura. Oni nie widzą w tym nic złego. Nie do końca rozumieją, że gdzieś na świecie może być inaczej. Mają swoją przeglądarkę internetową, a w niej starannie przygotowane informacje. O Polsce są napisane kompletne bzdury. Prawie nic się nie zgadza. Chińczycy nie szanują także prywatności, potrafią robić ci zdjęcia czy kucać przy stoliku, przy którym jesz obiad i po prostu gapić się na ciebie. Z kolei w Tajlandii i Kambodży wszędzie ściąga się buty. Nawet jak wchodzi się do sklepu czy restauracji. Zwracano na to uwagę i nie było to mile widziane, gdy tego się nie robiło. To był dla nich sygnał, że nie szanuje się ich kultury” – opowiada Krzysztof.

Prawie w domu

Z Nowego Jorku wyleciał do Wielkiej Brytanii a stamtąd, razem z koleżanką, autostopem wyruszyli do Rzeszowa. Do domu planują dotrzeć w sierpniu. W przypadku Krzysztofa będzie to po ponad roku w podróży. Czy da się do niej jakoś przygotować? Na pewno potrzebne są odpowiednie szczepienia i wizy. Jeśli chodzi o to co się ma przy sobie, to podstawą jest namiot, śpiwór i wygodne buty. Krzysztof miał też kuchenkę, w której mógł rozpalić ogień używając gałęzi. – Teraz, będąc już na finiszu mojej wyprawy, mam ogromną satysfakcję, że to zrobiłem. Tym bardziej, że już na samym początku trasy, słyszałem że na pewno mi się nie uda i w ogóle co to jest za pomysł, a ja wtedy myślałem sobie, że nie warto jest bać się swoich marzeń, choć trzeba je spełniać z głową”. Krzysztof Opiela swoje przeżycia na bieżąco spisuje na Facebooku. Na profilu “Przez świat na Krzysia”, można także zobaczyć zdjęcia z fascynującej podróży 24-latka. W planach ma już kolejną wyprawę, bo po tego typu włóczędze lista krajów i miejsc, które chce się zwiedzić wcale nie maleje. Jest wręcz odwrotnie.

Autor: Anna Arciszewska