Dzień dobry w Wietnamie

9

Wszystkie miejsca w busie są zajęte. Ostatni wsiadający siedzą w przestrzeni między fotelem kierowcy a drugim przednim siedzeniem. Pod nogami leżą worki z ryżem i plecaki. Reszta worków znajduje się na dachu busa i jest prowizorycznie przyklejona bezbarwną taśmą klejącą. Siedzenia w azjatyckich busach są ustawiane ciaśniej niż w Europie, dlatego trudno mówić o wygodzie.

Mimo wszystko jazda lokalnym wietnamskim busem zawsze wprawia mnie w dobry humor. Nie potrafię tego wyjaśnić, bo nie jest ani szybko, ani komfortowo, najczęściej nie ma klimatyzacji, a pojęcie braku miejsca nie istnieje. Jadąc wśród samych Wietnamczyków rzadko można z kimś porozmawiać, bo znajomość angielskiego nie jest powszechna. Podczas jazdy w gorący dzień pasażerowie pogrążają się w letargu, mają zamknięte oczy i są jakby w półśnie. Tylko niekiedy ktoś czyta gazetę. Gdy wyciągam książkę, sąsiedzi – przyklejeni do mnie z dwóch stron – zaglądają w tekst, i to wcale nie ukradkowo.

Częste postoje, na których handlarki oferują napoje, owoce i pieczywo, nie pozwalają mówić o monotonii jazdy. Przez otwarte okna słychać ostrzegawcze klaksony i bzyk skuterów. To jeden z moich pierwszych dni w Wietnamie. Z lektury przewodnika wyrywa mnie niespodziewane zdarzenie: młoda wietnamska mama daje mi kilkumiesięczne dziecko do potrzymania, aż ulokuje się z bagażami.

W HO CHI MINH CITY, DAWNYM SAJGONIE

Planuję przejechać przez cały kraj, z południa na północ, aż do miejscowości Sapa pod chińską granicą. Po pierwszej fascynacji Sajgonem chcę jak najszybciej stąd uciec. Ta ogromna metropolia z milionami skuterów jest zatłoczona, hałaśliwa i pełna spalin. Do tego dodać należy absolutnie niezwykłe zachowania drogowe. Przez pierwszy dzień uczę się przechodzić przez ulicę. Najpierw, aby bezpiecznie przedostać się na drugą stronę jezdni, podążam za mieszkańcami miasta. Później, znając już technikę, przechodzę sam. Powoli, ale zdecydowanym i równym krokiem. Najgorsze, co można zrobić, to zatrzymać się albo iść zygzakiem. To dezorientuje kierowców. Idąc tak jak lokalni, można być pewnym, że morze skuterów rozstąpi się niczym wody Morza Czerwonego przed Mojżeszem.

Kolejny dzień w Sajgonie zaczynam od „Vietnam News” – anglojęzycznej gazety pełnej propagandowych artykułów – i wyśmienitej kawy. Jest gęsta, aromatyczna i podawana ze specjalnym samowarem z sitkiem na filiżance. Doskonały smak małej czarnej nie dziwi, biorąc po uwagę to, że Wietnam jest drugim krajem na świecie, po Brazylii, po względem ilości upraw kawy.

Zwiedzanie miasta zaczynam od War Surplus Market, gdzie sprzedawane są ubrania, plecaki i akcesoria militarne. Część rzeczy pochodzi z demobilu, sporo jest też nowych przedmiotów. Chcąc dowiedzieć się więcej na temat wojny wietnamskiej, kieruję się w stronę War Remnants Museum. To wizyta zmuszająca do głębokiej refleksji. Statystyki porównawcze wywieszone na ścianach szokują. Podczas działań wojennych użyto prawie trzy razy więcej bomb i pocisków artyleryjskich niż podczas II wojny światowej (14 300 000 ton). Wojna była dramatycznym doświadczeniem dla Wietnamczyków, do dziś odczuwają jej skutki. Najbardziej przejmujące są zdjęcia ofiar substancji chemicznej agent orange, przede wszystkim kalekich dzieci. Gdy kilka dni później rozmawiam z młodym Amerykaninem podróżującym po Wietnamie, mówi mi, że pomimo bolesnej historii, nie odczuwa wrogości ze strony Wietnamczyków.

Po południu wybieram się jeszcze do Dystryktu 5., gdzie znajduje się targ Binh Tay, który za czasów wojny był wykorzystywany jako czarny rynek. Daję się też namówić na przejażdżkę cyclo, czyli rikszą. Kierowca zapytał, skąd jestem, a gdy tylko usłyszał, że z Polski, powiedział, że też jest katolikiem i że wczoraj był na mszy. W czwartek? – pytam się w myślach. To mój jedyny przejazd cyclo. Czuję się źle, gdy sam nie pedałuję. Nie żałuję jednak, że zdecydowałem się na przejazd, bo riksze powoli znikają z ulic Wietnamu. Są wypierane przez wszechobecne motory.

TARGI NA WODZIE

Po dotarciu do Can Tho, największego miasta w delcie Mekongu, muszę jeszcze dojechać do centrum, żeby znaleźć zakwaterowanie. Najlepszym środkiem transportu dla samotnego podróżnego jest xe om – moto-taxi. Właściciel skutera albo małego motoru przewozi klienta wraz z jego plecakiem, a xe om oznacza dosłownie przytulaną taksówkę. W hotelu umawiam się na rejs następnego dnia, bo delta Mekongu słynie z wodnych targów, na których handel odbywa się na łodziach. Zaczynają się one już o 6 rano.

W dzień rejsu, gdy jest jeszcze ciemno, z okna obserwuję ożywienie na ulicy prowadzącej do przystani. Jestem umówiony na 6:00 w recepcji, ale już pół godziny wcześniej do mojego pokoju wchodzi nieznajoma kobieta i zaczyna mówić po wietnamsku, wyłącza wiatrak, otwiera okno, zdecydowanie czuje się jakby była w swoim pokoju. Zgaduję, że już czas wychodzić, ale nie rozumiem tego wtargnięcia i zmiany planów. Jak się później wielokrotnie przekonuję, kwestia prywatności i jej poszanowanie są traktowane bardzo swobodnie w tym 90-milionowym państwie. Na łodzi miałem być z parą Wietnamczyków, ale zrezygnowali, bo nie chciało im się wstawać tak wcześnie. Dowiaduję się tego od Eika, kapitana łodzi.

Cai Rang to największy wodny targ w delcie Mekongu. Handlarze w stożkowych kapeluszach sprzedają warzywa i owoce wprost ze swoich łodzi. Mój szacunek budzi pomysłowość ludzi handlu. Każda z łodzi wyposażona jest w długi kij zamocowany na sztorc, a na nim zawieszony jest np. jam albo mango. To widoczny z daleka szyld sklepu na wodzie. Na targu kupić można też gorącą zupę pho – typowe wietnamskie śniadanie. Moje pho z kurczaka jest naprawdę wyborne, ale w którymś momencie znajduję w zupie skórkę z włosami i zastanawiam się, czy to aby na pewno kurczak. Po jedzeniu Eik poleca mi umyć ręce w brązowych wodach Mekongu. Moje zawahanie nie jest spowodowane kolorem wody, bo wiem, że to błoto nadaje taką barwę. Martwią mnie śmieci unoszące się na powierzchni. Niechętnie myję ręce, a zaraz potem wcieram w dłonie antybakteryjny żel.

Po posiłku kapitan pokazuje mi najlepszy sposób na obranie ananasa. Po obraniu z grubsza, wycina pozostałości skóry, tworząc spiralny wzór na miąższu. Na koniec kroi ananasa na cztery równe części i podaje mi jedną z nich, wyglądającą jak lód na patyku.

W Can Tho postanawiam odciążyć swój plecak i wysłać część rzeczy do Polski. Na wietnamskiej poczcie należy pokazać pracownikowi zawartość przesyłki. Wysłanie namiotu i śpiwora, które przywiozłem z Nowej Zelandii, okazuje się ciężkim orzechem do zgryzienia. Dwoję się i troję, żeby wyjaśnić pani na poczcie, do czego służy namiot i dlaczego śpi się w śpiworze. Podejrzliwie oglądając śledzie, ostatecznie akceptuje przesyłkę, a ja mogę odetchnąć z ulgą.

DALAT – CENTRUM AKTYWNEGO WYPOCZYNKU

Położone w górach miasto ma łagodny klimat, jakże różny od upalnego i dusznego Sajgonu. Dalat jest poza głównym szlakiem turystycznym, dzięki czemu sprzedawcy i moto-taksówkarze nie są natarczywi. Dobrze się tu czuję od samego początku. Położenie miasta sprawia, że stało się ono centrum aktywnego wypoczynku. Jazda na rowerze górskim to najpopularniejszy ze sportów w tych okolicach.

Postanawiam spróbować czegoś nowego. Zapisuję się na kurs canyoningu. Chcę dołączyć do grupy, ale listopad to kiepski sezon, więc jestem jedynym uczestnikiem wyjazdu. Moim instruktorem jest Leo, a ze względów bezpieczeństwa towarzyszy nam jeszcze jeden przewodnik. Rano jedziemy na skuterach do Datanla, lasu na obrzeżach Dalat. Tam przechodzę kurs abseilingu na kilkumetrowym klifie. Prawą ręką mam z tyłu ciała mocno trzymać linę, lewa jest do „papierosów i kawy”, więc trzyma lekko. Przeszkolony, robię zejście na linie z 18-metrowego klifu, a później 15-metrowego.

Następną atrakcją jest water sliding. Z prądem rzeki płynę leżąc na plecach. Mam skrzyżowane ręce na klatce piersiowej, nogi razem i ślizgam się po powierzchni wody wprost do małego wodospadu. Podstawowym wyposażeniem do water slidingu jest kask, z uwagi na kamienie. Najbardziej ekscytującym doznaniem jest jednak abseiling z 25-metrowego wodospadu. Zamiast odskakiwać od ściany, ślizgam się po skałach, po których płynie woda. Najtrudniejszy moment przychodzi na wysokości półki skalnej, gdy woda zaczyna bryzgać prosto w twarz. Zejście kończę skokiem z 4 metrów na sygnał Vola – drugiego przewodnika, który jest na dole. Canyoning i abseiling to jedno z najintensywniejszych przeżyć podczas całej mojej podróży.

LEKCJA ANGIELSKIEGO

Środki transportu między miastami nie rozwijają zbyt wielkich prędkości. Autobusy i pociągi kursują nie przekraczając 50 km/godz. Nie chcę pokonywać naraz zbyt dużych odległości, dlatego zatrzymuję się w Nha Trang. To plażowa stolica Wietnamu. Nowoczesny kurort oblegany jest przez Rosjan. Gdy w cieniu palm chowam się przed popołudniową spiekotą, na moją ławkę dosiadają się dwie młode dziewczyny. Pytają, czy możemy porozmawiać, bo chciałyby podszkolić znajomość angielskiego. Gdy chętnie się zgadzam, studentki wyciągają telefony i włączają dyktafony. Po rozmowie nie mija pięć minut, a sytuacja się powtarza – pojawiają się dwie kolejne studentki angielskiego z identyczną prośbą. Po tej drugiej rozmowie już wiem, że trzeba się ewakuować.

Dworce autobusowe i kolejowe najczęściej są oddalone od centrum. Poza tym większe miasta mają dwa albo trzy dworce, dlatego dojeżdżając do nich xe om używam notesu z konkretnymi nazwami miejsc po wietnamsku. Przestałem się łudzić, że wszędzie dogadam się po angielsku. Często gesty znaczą więcej niż słowa. Jedzenie od ulicznych sprzedawców zamawiam pokazując palcem, nie do końca wiedząc, co jem. Gdy raz zamówiłem pierogi, okazało się że są z niespodzianką w środku – gotowanym kukułczym jajkiem. Innym razem danie, które wyglądało na wystawie jadłodajni jak pyzy z mięsem, było tak naprawdę deserem nadziewanym bananami, a jadłodajnia cukiernią. Lokalni też stosują komunikację za pomocą notesu. Raz zapytałem kobietę ze straganu, ile kosztuje kanapka z połowy bagietki. Napisała w swoim notesie 10 000 (dongów). Zamówiłem więc kanapkę, a zawinięta była w ową kartkę z notesu.

KOMERCJA W WIOSKACH

Po kursie gotowania w Hoi An, wizycie w tunelach strefy zdemilitaryzowanej, zwiedzaniu Hanoi i rejsie w Halong Bay, docieram nocnym pociągiem do północnego Wietnamu. Sapa to najzimniejsze miejsce w kraju. Położone w górach miasteczko było kiedyś francuskim kolonialnym kurortem. Sceneria jest niezwykła za sprawą tarasowych pól ryżowych. Przyjechałem tu pod koniec listopada, już po zbiorze ryżu, więc pola nie wyglądają tak niesamowicie, jak na zdjęciach oglądanych wcześniej. Miasto i okolica często spowite są mgłą, szczególnie rano. Na ulicach Sapy widzę tradycyjnie ubrane kobiety z koszami na plecach, zmierzające na targ.

Północny Wietnam to obszar, na którym żyją liczne mniejszości etniczne. W całym kraju jest ich ponad 50. Wraz z poznaną w Sapie Niemką, Ludmiłą, postanawiamy odwiedzić okoliczne wioski, w których ludzie żyją jak dawniej. Idziemy kilka kilometrów błotnistą drogą do Cat Cat. Przed wejściem do wioski płacimy za wstęp i przymykamy oko na oznakę komercji, jaką jest pobliski sklep z odzieżą trekkingową. Przy drodze kobiety sprzedają koce, makaty i inne naturalnie barwione tkaniny. Spostrzegamy, że mają niebieskie dłonie od barwników. Gdy oddalamy się nieco od straganów i zapuszczamy się między domostwa, widzimy przechadzające się po drogach świnie i bawoły.

Uśmiechami i gestami pytamy mieszkańców wioski, czy możemy wejść do jednej z chat. Zaproszeni do środka, wchodzimy i przyglądamy się, jak dwie młode dziewczyny gotują na ogniu strawę warzywną. Ludmiła szybko zaprzyjaźnia się z nimi i pyta, czy moglibyśmy spróbować tego, co gotują. Częstują nas bez wahania. Jesteśmy w ciemnym i zadymionym pomieszczeniu. Dym szczypie mnie w oczy, a zadowolone i uśmiechnięte dziewczyny, jak gdyby nigdy nic, w przerwach od gotowania wyszywają serwety i słuchają muzyki z telefonów komórkowych.

Po trzech tygodniach w Wietnamie nauczyłem się kilku przydatnych słów, witam się więc z mieszkańcami wioski mówiąc „dzień dobry” po wietnamsku. Nikt nie reaguje. Czyżby moja wymowa była aż tak zła? Wcześniej powitanie po wietnamsku zawsze budziło sympatię. Zdaję sobie nagle sprawę, że Hmong i przedstawiciele innych mniejszości etnicznych nie reagują na wietnamskie „dzień dobry”, bo nie mówią po wietnamsku! 

Autor: Arek Braniewski