Dzikie serce Etiopii (cz. 1)

253
Autor nad kawowymi wodami rzeki Omo, rzeźbiącymi serpentynowe koryto

Stojąc na piaszczystym brzegu rzeki Omo, poczułem oddech Afryki – gorący, suchy i niezmienny od mileniów. Był środek wiosny. Sawanna kwitła. Drzewa pędzlami kwitów malowały błękit nieba bielą, żółcią i burgundem. Roje buczących pszczół uwijały się wśród kwiatów. Oblepione pyłkami ledwo mogły dolecieć do drewnianych beczkowatych uli zawieszonych w konarach drzew.

Wataha guźców poderwała się do biegu, płosząc parę marabutów marudzących w błocie. Z zarośli wychyliła się zwinna antylopa dik dik, by uszczknąć zielone pędy, rosnące przy kwitnącej żółto akacji. W wysokiej do kolan trawie smukły sekretarz, potrząsając dumnie czubem na głowie, wypatrywał węży. Widok leżących płatków bugenwilli, przypominających zakrzepłe krople krwi, przywołał wspomnienie sprzed kilku dni. 

DOLINA OMO

Rzeka Omo rozpoczyna swój bieg daleko stąd, na Wyżynie Abisyńskiej, w środkowej części Etiopii, a kończy wpływając do jeziora Turkana. Liczy prawie 800 km. W połowie swej drogi przebija się przez dolinę, płynąc na południe, pozostawiając muł i ił, użyźniając brzegi. Jej kawowe wody rzeźbią serpentynowe koryto. W zależności od pory roku otaczające ją pola są złote od ściernisk powstałych po żniwach i wyschniętej trawie lub wilgotne zielenią kiełkujących zbóż sorgo, kukurydzy, sezamu lub fasoli. Nad jej brzegami, a także na otaczającymi ją rozległych równinach ciągnących się po horyzont, żyją liczne afrykańskie plemiona. Obszar ten nosi nazwę Dolina Omo. To jeden z najpóźniej poznanych przez Europejczyków skrawków Afryki. Na mapach do końca XIX wieku oznaczony był białą plamą. Pierwszym Europejczykiem, który tu dotarł, by przeprowadzić badania kartograficzne, był włoski oficer Vittorio Bottego w roku 1896. Dwa lata później cesarz Etiopii Menelik II, po zwycięskiej wojnie nad Włochami, przyłączył Dolinę Omo do Etiopii, aby przeciwdziałać kolonialnym ambicjom Włoch i Anglii w tym regionie. Odległy i niegościnny region i sama Etiopia zapewniły Dolinie Omo izolację i gdy pod konie koniec lat 70. przybyli tu antropolodzy, natrafili na liczne plamiona, żyjące w niezmienionych warunkach od stuleci. Nic dziwnego, że dziś region ten fascynuje i przyciąga turystów z całego świata. Zachodnia cywilizacja nie zapuściła tu korzeni. Dla żyjących tu mężczyzn zamożność liczona jest liczbą posiadanych krów i żon (a żona to równowartość 30 kóz) i ich status społeczny rozpoznawalny jest po liczbie wrogów, których zabili. Mieszkają w chatach z żerdzi, traw i papirusu, śpią na niewyprawionych skórach. Obowiązkiem kobiety jest przyniesienie tykwy wody z rzeki i uwarzenie strawy przy ognisku, ich seksapil wyrażają krążki wielkości spodka do filiżanki włożone do warg i desenie z blizn na ciele. Wciąż ucierają sorgo i kukurydzę na kamieniu, a pola uprawiają za pomocą zaostrzonego kija.

Seksapil Hamarek wyrażają krążki włożone do warg – ZDJĘCIA: ED BOCHNAK

Autochtoni wiedzą, które strumienie obfitują w wodę cały rok, znają wszystkie zwierzęta z buszu i gdzie rosną dzikie owoce kiwano, ale do niedawna nie wiedzieli, że są częścią Etiopii. Pewni są natomiast, że do Doliny Omo przybyli wprost z nieba. Gdyż tak głosi ich legenda, powtarzana przez stulecia…

Mieszkaliśmy w niebie z bogiem Barczo. Pewnego dnia bóg otworzył wielką dziurę w chmurach i podał nam liny, byśmy wstąpili na ziemię, do doliny rzeki Omo. Nauczył nas, jak oswajać ogień, ale gdy pożywialiśmy się, jedna z kobiet niechcący przecięła liny. Wtedy niebiosa się zamknęły i zostaliśmy uwięzieni na zawsze na ziemi…

Jak przypuszczam, było to 200 tys. lat temu, bo wówczas na wielkiej dolinie ryftowej, odpowiadającej lokalizacji Doliny Omo, pojawił się homo sapiens. To wówczas, wśród żywiołów, piaskowych burz, wylewów, rodził się piękny i żyzny kraj, a jego mieszkańcy uczyli się korzystać z owoców, które wydawała ziemia, najpierw jako nomadzi, potem jako osiadli hodowcy i rolnicy.

KILKA DNI WCZEŚNIEJ…

Olbrzymia tarcza słońca powoli wyłaniała się spod fioletowych obłych wzgórz, gdy opuszczaliśmy małą wioskę Turmi. Tuż za ostatnimi zabudowaniami rozpoczynała się sawanna, która ciągła się po horyzont na południe w stronę Kenii i na zachód do granicy z Sudanem. Jest to olbrzymi obszar liczący 25 tysiące kilometrów rozległych równin, poprzecinanych pasmami niewysokich wzgórz, porośnięty parasolami akacji. Na tym półpustynnym terenie żyje około 20 tysięcy ludzi z plemienia Hamar – rolników i hodowców bydła zebu. Nasz samochód podskakiwał i lawirował pomiędzy zastygłymi w czerwonej glinie koleinami po pojazdach, które przejeżdżały tędy w okresie deszczowym. Okrążając akacje i termitiery o kształcie stożków i wież, kierowaliśmy się na południe, do małej osady, gdzie miała się odbyć uroczystość inicjacji. Tego dnia chłopiec o imieniu Haila będzie musiał przejść szereg zadań, by wejść, a dokładniej wskoczyć w wiek męski. Chodzi o rytuał bullah, będący prawdopodobnie najważniejszym sprawdzianem w życiu każdego młodego Hamara, oczywiście nie licząc obrzezania (któremu chłopak został poddany, kiedy wypadły mu mleczne zęby). Każdy, kto nie zaliczy rytuału bullah, wśród współplemieńców uznawany będzie za chłopca, bez względu na wiek i doświadczenie. Rytuał polega na przebiegnięciu kilka razy po grzbietach byków, stopa nie może się pośliznąć, upadek znaczy dyshonor nie tylko dla niego, ale i jego rodziny; nieoficjalnie mówi się, że po takim upokorzeniu jedynym oczyszczeniem rodu jest śmierć pechowca. Gdy mu się to uda, to wskoczy w dorosłość, zostanie wojownikiem, rodzice znajdą mu żonę, a on sam, jako „spełniony”, będzie mógł dołączyć do współplemieńców, razem z nimi polować i przemierzać najdziksze odstępy Omo. Dla Hamara majątek mierzy się liczbą posiadanego przez niego bydła zebu, charakteryzującym się masywnymi rogami i garbem. Bydło to przetrwanie i szacunek, hoduje się je nie tylko dla mięsa i mleka, ale również dla krwi, którą tubylcy piją wymieszaną z mlekiem. Krew upuszcza się żywym zwierzętom z szyi, a małą ranę zatyka się ziołami i suchym łajnem. Bydło zabija się jedynie na specjalne okazje, jak śmierć bliskich, gdy ciało zmarłego owija się skórą byka. Jest to też, obok kóz, forma posagu. I tak długo, jak bydło istniało w świecie Hamar, odbywała się ceremonia skoku przez byki, zwana bullah. Sam rytuał bullah jest konieczny, jak powiedział mi mój przewodnik, by młody chłopak, będąc nieczystego stanu, stał się pełnowartościowym członkiem plemienia.

Hamarzy to poligamiści, wciąż hołdujący swoim starym animistycznym kultom. Codziennie rano drzwi chat (oni) oraz zwierzęcych zagród (dele) pokrapiają wywarem z łupek kawy. To błogosławieństwo, zwane bifą, ma na celu sprowadzenie barjo – pomyślności dla zagrody i klanu. Hamarzy wierzą też, że niektóre materie, jak skały i drzewa, mają nadprzyrodzoną moc, koryta rzek oczyszczają, że istnieje świat duchów, jinnis, pierwotnych demonów, które są w stanie przyjąć formę ludzką lub zwierzęcą, mogących pomóc lub zaszkodzić człowiekowi. 

Ciche odgłosy bębnów i trąbek niosły się po równinie, ginąc w mijanych krzewach i w kępach traw. Niewidoczną dla przeciętnego człowieka ścieżką przewodnik prowadził mnie do wioski Hamarów. Zeszliśmy do koryta rzeki Keske, świętej rzeki Hamarów, szerokiej na 20 metrów. Na rosnących na brzegu rozłożystych akacjach wygrzewały się gerezy o ciemnych pyskach z białymi bokobrodami, wlepiając lśniące oczy w intruzów. Siedząc na atramentowych konarach z lekka poruszały jedwabnymi ogonami. Wspięliśmy się na brzeg, gdzie wybita racicami bydła ścieżka ginęła w zagajnikach kaktusów. Wśród nadbrzeżnych zarośli kwitło drzewo o butelkowatym pieniu, czym przykuło moją uwagę. To adenium – róża pustyni, pouczył mnie przewodnik. W pniu, a także w gałęziach magazynuje wodę, potrzebną dla przetrwania podczas suszy. Zrobiłem kilka fotek i gnany ciekawością szybko ruszyłem w kierunku, skąd dobiegały odgłosy instrumentów i okrzyki.

Po chwili solidnie wydeptana ścieżka doprowadziła nas do obejścia, otoczonego ogrodzeniem z nieociosanych gałęzi. Na porośniętym trawą placu tańczył tłum brązowych ciał. Gromada kobiet, krzycząc, trąbiąc i brzęcząc dzwonkami worworra, uczepionymi poniżej kolan i nadgarstków, podążała tanecznym krokiem w przeciwnym do ruchu zegarka kierunku. Na znak dany przez prowadzącą kobiety zatrzymywały się, obracając do wnętrza, zbijając się w ciżbę. Wykrzykując i jodłując, podskakiwały w miejscu, ich rdzawe wężyki włosów podrywały się, rosząc towarzyszki kroplami ciężkiego oleistego potu.

Hamarowie mieszkają w chatach zbudownych z żerdzi, traw i papirusu

Muzyka nagle urwała się. Kobiety usiadły w kilku grupach, by się posilić i ochłodzić piwem sorgo. Woń stęchłego masła z natłuszczonych ciał i potu rozniósł się wśród widzów i tancerzy, ale nieprzyjemny zapach nie odebrał im miana najpiękniejszych kobiet wśród afrykańskich plemion. Przyodziane w zwierzęce skóry, metalowe i mosiężne ozdoby wyglądały jak hebanowe posągi. Wszystkie miały takie same fryzury o nazwie goscha, skręcone dredy, krótkie kosmyki posklejane masłem i gliną z dodatkiem sproszkowanej skały w kolorze ochry, niektóre, by podkreślić urodę, przewiązywały fryzury paskiem z mlecznymi muszelkami kauri. 

Kobiety z plemienia Hamarów noszą fryzury o nazwie goscha, skręcone dredy