Dzikie serce Etiopii (cz. 3)

217
Rodzina schodzi się z całej sawanny do wioski, gdzie ma się odbyć ceremonia bullah - ZDJĘCIA: ED BOCHNAK

Rytuał bullah zaczyna się kilka dni przed faktycznym skokiem. Bliższa i dalsza rodzina wybrańca schodzi się z całej sawanny do wioski, gdzie ma się odbyć ceremonia, czasami muszą wędrować nawet kilka dni. Gdy dotrą na miejsce, zaczynają się przygotowywania.

Kobiety kolektywnie gromadzą tyle drewna na opał, by wystarczyło na kilkudniowe uroczystości. Pieką kukurydziane placki. Warzą z ziaren zboża sorgo galony piwa i miodowy bimber arak. Starsi rodu wyruszą na sawannę, by odszukać i zaprosić maza, czyli tzw. spełnionych wojowników, którzy ukończyli pomyślnie skoki, ale nie zawarli jeszcze małżeństw; przeważnie na przeszkodzie stoi im brak pieniędzy na zakup krów i kóz na posag. Dla zarobku podnajmują się różnych prac. Uroczystości bullah daje im też tę możliwość. Doświadczeni poprowadzą adepta ukuli przez całą ceremonię. 

Maza, czyli tzw. spełniony wojownik

Kobiety, widząc wchodzących do wioski maza, stały się nerwowe. Niektóre zaczęły jodłować. Było ich 12, owiniętych jasnymi materiałami zwanymi kardi. Usiedli pod starą rozłożystą akacją i zaczęli ozdabiając nawzajem twarze, białymi lub czerwonymi plamami, zygzakowatym wzorem lub kręgami. W tym czasie część kobiet, otoczona kakofonią z metalowych rogów, zeszła do doliny. Domyśliłem, że nadszedł czas na ukulibula. Nie myliłem się. Z rosnących nad skaju rzeki z drzew baraza zerwały po kilka giętkich gałęzi i wróciły do miejsca, gdzie czekali już półnadzy maza. Na widok powracających kobiet niosących w dłoniach pęki giętkich rózg maza rozeszli się w różne kierunki.

Kobiety odsłaniając plecy ruszyły w ich kierunku. Podchodząc, próbowały wręczyć im gałęzie. Przeważnie wybranek udawał, że ich nie zauważa, odwracał się i odchodził. Obrażone kobiety zaczynały krzyczeć i wyzywać go. Po czym następowało kolejne podejście. Przy drugiej próbie maza już ich nie ignorował. Jego umięśnione ramię unosiło się w górę i silnym zamachem chłostał rózgą plecy wybranki. Identyczna sytuacja rozgrywała się w kilku miejscach naraz. Bolesny świst przecinał powietrze, nim witka natrafiła na rozgrzane plecy wybranki, rozrywając skórę. Krew natychmiast wpływała w głęboką ranę kapiąc na spękaną ziemię. Stałem bardzo blisko z kamerą przy kobiecie, która podskoczyła, przyjmując na odsłonięte plecy uderzenie, opanowując okrzyk bólu, nim spadła bosymi stopami na piaszczystą glebę, zbluzgała maza za anemiczny cios. Czy tłuszcz, którym pokryte było jej ciało, zmniejszył ból? Wątpię. Tuż przede mną kilka podniesionych kobiecych rąk sygnalizowało gotowość na przyjęcie kolejnych bolesnych smagnięć. Maza wybrał kolejną kobietę i uderzył ponownie. Gdy tylko wić dotarła do pleców, złamał ją w połowie i rzucił na ziemię. Kobieta podniosła gałąź i pobiegła, trąbiąc, do następnego maza, by go prowokować.

Młoda Hamarka trąbiąc daje znak, że jest gotowa na przyjęcie kolejnego uderzenia rózgą

Zebrane rózgi to trofea, którymi kobiety będą się przechwalać przez kilka kolejnych dni. Kobiety poddają się cierpieniu, aby pokazać swoją miłość, odwagę i zaangażowania dla ukuli i jego rodziny. Jednym z efektów tego rytualnego bicia jest stworzenie symbolicznego długu pomiędzy młodym mężczyzną a jego siostrami i kuzynkami. Jeśli kiedykolwiek będą potrzebowały go, on będzie zobligowany przyjść im z pomocą. Ta praktyka wprowadziła mnie w pewien szok, ale jest on nieodłączną częścią ich życia, ich tradycji. Po pierwszej rundzie dziewczęta znów zbiegły nad brzeg, by przenieść nowe pęki witek. Wracając utworzyły tańczący krąg. W ich dużych brązowych oczach nie było bólu ani zażenowania, ale rodzaj transu i ekstazy. Duże krople krwi sączyły się z rozdartych ran, zraszając matkę ziemię, matkę płodności i obfitości, pieczętując zobowiązanie. Powstałe blizny wkrótce staną się powodem do dumy. I jak wyjaśnił mi później jeden ze starszych wojowników, im więcej na ciele kobiety szram, tym mają większe powodzenie u mężczyzn. Znów po okolicy poniósł się trzask pękających na plecach młodych Hamarek biczów, rozrywających stare blizny. Śmiało patrząc w oko mojego obiektywu prężyły ciała, by uwidocznić to, z czego są szczególnie dumne – skaryfikacje. Rany zasypywane są popiołem i węglem, by dłużej się goiły, tworząc stwardniałe ornamenty na żywej tkance. Niektóre z kobiet tak emocjonalnie się zaangażowały, że grupa starszych mężczyzn musiała zakończyć na siłę rytuał ukulibula.

Blizny na ciałach kobiet tworzą kalendarz odbytych ceremonii

Wróciliśmy do zagrody, gdzie zarżnięto dwa kozły i porzucono przy symbolicznym wejściu do wioski, aby uczcić ducha zmarłego brata Haila. Rok temu zaliczył upadek podczas skoków, czym ściągnął nieszczęście na rodzinę i siebie. Pechowiec umarł. Jego śmierć ocaliła wioskę od suszy, chorób i zdjęła ujmę na honorze najbliższej rodziny. 

Słońce stało już nisko i długie ciemne cienie zaczęły odbijać się na czerwonej ziemi. Wówczas maza posypał piaskiem nagie ciało Haila – ten akt miał zmyć jego grzechy dzieciństwa – po czym obaj pobiegli w kierunku wzgórza za wioską, gdzie wcześniej zagoniono bydło. Mężczyźni i kobiety, pokrzykując i klaszcząc, otoczyli stado krów i byków. Jak nakazywał obyczaj, rodzice ukuli ustawili się twarzą ku wschodowi. Wtedy niektóre z kobiet zaczęły znów wyszukiwać giętkie gałązki na rosnących wokół drzewach i zerwawszy ruszały w kierunku maza. Ale maza byli zajęci, śledząc Haila, który wszedł w stado, wyciągali byki, które on im wskazał. Po wybraniu dziesięciu okazów ukuli odszedł do pobliskiego zagajnika, gdzie czekał, aż maza ustawią byki w szeregu i dadzą mu znak ręką, że wszystko jest gotowe do skoku. W pierwszym rzędzie ustawiono jałówkę garo. Posłuży ona za najniższy stopień. W dowód wdzięczności ukuli nie będzie pił jej mleka i jej nie zabije. Wybrane byki maza zaczęli ustawiać w szczelny szereg, grzbiet przy grzbiecie. Przestraszone zwierzęta wyrywały się, ale silne pociągnięcia za ogon, rogi i nozdrza utrzymywały je w ryzach. Maza, ustawiwszy dwa ostanie byki w szeregu, odgonili resztę stada i dali znak. Nagle z zarośli wybiegł nagi (nagość symbolizuje czystość) Haila i z rozmachem wskoczył na pierwszy bydlęcy grzbiet. Z rękoma uniesionymi w górze pewnie przebiegł po dziesięciu bykach. Obrócił się na bosych piętach i pewnie wskoczył po raz drugi na grzbiet zwierzęcia. W połowie zatrzymał się, gdy zdezorientowany byk podskoczył, ale przytomny Hail złapał równowagę i dokończył biegu. Zgromadzony tłum ryczał. Gdy był na górze, dudnienie bębnów i jodłowanie kobiet narastało. Ukuli powtórzył bieg osiem razy, choć według tradycji wystarczyło cztery. Gdy ukończył, wyrwał się z uścisku gratulujących mu maza i dziewcząt i podszedł do rodziców. W świetle zachodzącego słońca stanął przed nimi już jako dorosły mężczyzna. Haila stał się czerkali. Zostanie wkrótce poprowadzony przez maza do buszu, gdzie ogolą mu głowę. Przez następne cztery dni jego ciało będzie malowane węglem. Przez kolejne cztery smarowane masłem. Gdy noc zapadnie, mężczyźni i kobiety z wioski rozpoczną ewangadi, taniec godowy. Zalotne pląsy będą trwać całą noc. Przy ogniskach kobiety wykonają na ramionach i brzuchach rytualne nacięcia. Aby utrudnić gojenie się ran, dziewczęta rozprowadzą w nich grudki popiołu. Stare i nowe blizny stworzą kalendarz odbytych ceremonii, niezmywalne symbole oddania i zaangażowania w imię klanu i rodziny.

Haila sprawnie przebiegł osiem razy po grzbietach byków

Nadchodzącą noc miałem spędzić w pobliskiej wiosce. Kilka chat stało w cieniu małego lasku eukaliptusowego. Po tak bogatym w wydarzenia dniu nabrałem chęci na obfitą kolację. Stado dorodnych kóz gnane do zagrody poddało mi myśl na kozinę z rożna. Po ustaleniu ceny i przekazaniu pieniędzy z rąk do rąk proces przygotowania uczty nabrał przyspieszenia. Najstarszy syn gospodarza wyciągnął kozik i podszedł do stada. Mocnym szarpnięciem wyciągnął dorodną kozę i pewnym ruchem zanurzył sztylet w szyjnej arterii zwierzęcia. Nie wydając najmniejszego głosu koza osunęła się na kolana. Po chwili wisiała już na konarze. Chłopak pracował szybko, ściągnął skórę i wyjął wnętrzności. Poćwiartował tuszę. Lekko przekrwawione surowe mięso, bez żadnych przypraw, nabił na patyki i wbił tuż przy ognisku. 

Wchodząc do chaty musiałem się pochylić. W środku panował półmrok. Usiadłem na macie ułożonej na ubitej glinianej podłodze. Nad głową ukośne żerdzie podtrzymujące słomiany dach nosiły ślady dymu. Hamarka wachlarzem z łyka podniosła płomienie nad ogniskiem. Ustawiła trójnóg z osmolonym garnkiem wypełnionym wodą, dorzuciła garść łupek z kawy i usiadła. Część górna chaty była podzielona, tworząc nad ogniem półkę, służącą jako spiżarnia lub dodatkowe miejsce do spania. Przez nieszczelne ściany wpadały ostatnie blade promienie zachodzącego słońca, oświetlając pył, wypełniający wnętrze chaty. Wraz ze zmierzchem dołączyłem do grupy starszych, siedzących przy ognisku. Mężczyźni opiekali kozie mięso, popijając miejscowy bimber. Świerszcze poćwierkiwały w kępie traw. Kobiety śpiewały w rytm uderzeń skórzanego bębna, roześmiane dzieci tańczyły. Noc była ciepła i bezchmurna. Kontury chat i drzew zlewały się z mrokiem. Siedząc na koziej skórze wpatrywałem się w rozświetlone galaktyki. Z pobliskiego zagajnika unosił się uspokajający zapach eukaliptusa. Czułem się wspaniale. Gdy jadłem soczysty kawałek koziny, po głowie natrętne krążyła mi zasłyszana od przewodnika wiadomość, że otaczająca mnie rzeczywistość wkrótce może rozwiać się jak dym znad naszego ogniska.

Kilkaset kilometrów stąd w rozświetlonej neonami Addis Abebie rząd etiopski postanowił rozwiązać rosnące zapotrzebowanie na energię, wykorzystując naturalne siły Doliny Omo. Zatwierdził budowę pięciu kaskadowych tam, ochrzczonych nazwą Gibe. Pierwsze dwie tamy są już gotowe, zaś trzecia, Gibe III, jest właśnie w budowie. Wysoka na 240 metrów ściana ma przeciąć koryto rzeki. Projekt uderzy w 200 tysięcy rdzennych mieszkańców Doliny Omo. Konstrukcja zaburzy dotychczasowe życie rzeki i raz na zawsze zakończy jej okresowe wylewanie, użyźniające ubogie grunty doliny, i zniszczy lasy galeriowe. Niwelując zdolność tutejszych plemion do uprawy ziemi. Budowa tamy, jak przewidują ekolodzy, także rozpocznie powolny proces wysychania położonego na granicy etiopsko-kenijskiej jeziora Turkana – największego słonowodnego jeziora Afryki. To, co ma przynieść postęp i tysiące megawatów Etiopii, może jednak skończyć się katastrofą dla mieszkańców z Doliny Omo, jeziora Turkana i ich tradycji. Pierwotna i krucha kultura tubylczych ludów z Doliny Omo jeszcze trwa, ale za kilka lat może być już tylko wspomnieniem. 

Postawienie tamy Gibe zakończy okresowe wylewy Omo, użyźniające grunty w dolinie, i zniszczy lasy galeriowe. Kultura ludów z Doliny Omo za kilka lat może być już tylko wspomnieniem

Wstałem przed wschodem słońca. Usadowiłem się z aparatem w porannym chłodzie rozłożystej akacji. Kilka kobiet z sąsiednich zagród szło ścieżką wijącą się wśród wiecznie zielonych aloesów, niosąc na głowach koszyki i żółte bidony na wodę. Młody chłopak gnał stado kóz. Tuż za masywnym ogrodzeniem, zrobionym z kolczastych konarów, kilkoro dzieci zbierało owady w czarne prążki. Gdy wypełniły zardzewiałą puszkę, udały się do ogniska tlącego się za główną chatą. Najstarszy chłopiec wrzucił wijące się larwy do stojącej na ogniu patelni. Potem upieczone insekty chłopcy zanieśli starszym. Kilka zachowali dla mnie i kiedy zbliżali się do mnie, z opresji wybawiła mnie ich matka, zapraszając na poranną kawę. Zaparzoną z łupek kawowych podała mi ją w ciemnobrązowej starej tykwie. Pijąc, siorbałem, czym wzbudziłem aprobatę domowników. Gdy ciemny płyn zniknął, zapytałem, czy mogę kupić ten nietypowy garnuszek. Skinęła głową na znak zgody.

Mój przewodnik przyjechał do wioski przed południem. Spakowałem się i wsiadłem do pojazdu. Po chwili chaty znikły za zakrętem, a z nimi zapach eukaliptusa.