Edukacja po chińsku (cz. 4)

0
1

Nie ma właściwie wyboru, jaką obrać strategię, gdyż odcięcie się od Zachodu co najmniej zahamuje rozwój gospodarczy, jeżeli nie spowoduje kryzysu, a kontynuacja związku będzie powodowała wymykanie się spod kontroli swoich obywateli. Jak tonący chwyta się brzytwy, tak Pekin rozpaczliwie szuka sposobów, by trzymać ludzi w ryzach. Jednym z nich jest opanowanie mózgów dzieci i młodzieży.

Jak Chiny długie i szerokie 283 tys. szkół podstawowych i gimnazjów przechodzi edukacyjną przebudowę. Podręczniki zawierają zwiększoną dawkę wiedzy o partii komunistycznej, w tym gloryfikujące opowieści partyjnych walk z najeźdźcami, jak np. z Japonią. Szkoły do programu nauczania dokładają takie przedmioty, jak tradycyjna chińska medycyna i chińskie osiągnięcia cywilizacyjne, a usuwają dyskusje o znanych i niepoprawnych pisarzach, jak Lu Xun, w obawie, że eksponowanie uczniom krytycznego myślenia może być inspiracją do stawiania oporu.

Nowe dyrektywy nakazują intensyfikację nauczania „kultury socjalistycznej” – mieszanki lojalności partyjnej i dumy z chińskiej historii. Według nowego sformułowania partia jest przedstawiana mniej jako awangarda proletariackiej rewolucji, a bardziej jak siła odżywcza Chin w odnawianiu ich właściwej pozycji w świecie.

Jednak wymogi władz trafiły na protesty, a nawet na kpiny niektórych rodziców i nauczycieli, którzy uważają indoktrynację za anachronizm, w czasie kiedy 180 milionów uczniów potrzebuje edukacji z przedmiotów ścisłych, żeby nie odstawać od Zachodu.

Najodważniejsi twierdzą, że prezydent Xi Jinping, który na zjeździe partii w październiku 2017 roku zapowiedział przykręcenie ideologicznej śruby, bardziej zatroskany jest dobrem aparatu władzy, niż kształceniem kwalifikowanych zastępów pracowniczych, których kraj potrzebuje, żeby konkurować na globalnym rynku ekonomicznym.

Pranie mózgów rozciągnięto także na szkolnictwo wyższe. Władze włożyły miliardy, żeby swoje uniwersytety zbliżyć do światowego poziomu, ale nie zapomniały o wpajaniu studentom ideologii systemu. I tak zakazano używania podręczników promujących „zachodnie wartości” i karzą profesorów odstępujących od linii komunistycznej. Niektórzy wykładowcy mówią, że restrykcje przeciw wolnemu słowu na wykładach są najostrzejsze od wydarzeń na placu Tiananmen w 1989 roku. Władza regularnie wysyła na 2600 uniwersytetów aparatczyków, aby obserwowali, czy stosują się one do obowiązku wykładania przedmiotów ideologicznych, jak „Myśli Mao Zedonga”.

Prezydent Jinping na zjeździe deklarował, że uniwersytety są kuźnią przyszłych liderów partii i dlatego muszą trzymać linię przez nią wyznaczoną. Odstępstwa od niej mają swoje konsekwencje: od ostrzeżeń po usunięcie z pracy. Studenci Uniwersytetu Sun Yat-sen na południu Chin, gdy rozpoczynali bieżący rok akademicki, na ścianach sal wykładowych znaleźli instrukcje, żeby nie krytykować partyjnego przywództwa. Podobne wskazówki otrzymało grono profesorskie.

Od wydania dokumentu nawołującego do mocniejszego związku partii i uczelni 30 rektorom najwyżej ocenianych uniwersytetów powierzono równocześnie funkcję przewodniczącego uczelnianej jednostki partyjnej. Praktyka ta była wcześniej stosowana, ale w ostatnich miesiącach nabrała niespotykanego dotychczas przyśpieszenia.

Wracając do szkolnictwa podstawowego i średniego – jesienią 2017 roku chińskie Ministerstwo Edukacji wydało nowe podręczniki do historii, języka i propedeutyki. Są w nich życiorysy 40 bohaterów rewolucji, pisma Mao Zedonga, w tym przemówienie z 1944 roku pt. „Służba ludziom”, i lekcje o spornych terytoriach w basenie Morza Południowochińskiego. Nie brakuje w nich także rozdziałów o antyjapońskim sentymencie, gloryfikujących rolę partii w początkowym okresie republiki, broniącej jej przed najeźdźcami.

Aby uczniowie bardziej czuli związek z tym, co im się wpaja, podręcznik II klasy zawiera opowieść o „małym bohaterze” Wangu Erxiao, 13-letnim pastuchu, który miał zginąć w 1942 roku, broniąc biura komunistycznej gazety przed atakiem japońskich żołnierzy.

Jako wzorce do powielania w przebudowie edukacyjnej rząd stworzył tzw. Szkoły Podstawowe Czerwonej Armii, w których uczniowie noszą mundurki w stylu wojskowym z czerwonymi chustami na szyi. Nauczyciele zapewniają ich, że lojalność do partii pozwoli im przezwyciężyć personalne przeszkody i uczynić ich życie wartościowym.

Obecnie jest ich 231 i działają w 28 prowincjach, które kiedyś były bazami rewolucji i prezentowane są jako projekty dla dzieci z nizin społecznych, mających marne szanse na przebicie się. Z programem jak za czasów stalinowskich na pewno osiągną wiele, ale czy będzie to, czego rodzice na całym świecie pragną dla swoich dzieci?

Autor: Wiesław Cypryś