Etiopia. Legendarnym szlakiem (cz. 1)

0
10

Obiektywem aparatu łapczywie wyłapywałem pomarańczowo wysmukłe kiście, chłonące ciepło z promieni słońca.
Przywarte do liści krople porannej rosy lekko pulsowały muzyką. Cicha ujmująca melodia przenikała okolice.
Nie znałem jej źródła, byłem wysoko w górach i racjonalnie myśląc nie powinienem jej słyszeć.
Któż tu mógł być?

Zaciekawiony wyrwałem się z objęć kwiatowego gąszczu i po łagodnie nachylonym stoku podszedłem w górę, skąd dobiegały dźwięki muzyki.
Na kamieniu, siedział azmaris, wędrujący etiopski trubadur w otoczeniu dzieci.
W dłoniach trzymał massinko, jednostrunową lutnię i na niej grał.

Jego palce lekko uderzały w strunę, wyzwalając dźwięki. Dzieci, zahipnotyzowane melodią, milczały.
Gdy podszedłem bliżej, dwóch chłopców wyszło z szeregu i stając do siebie twarzami zaczęli podrygiwać.
Oczy grajka zaiskrzyły i szybciej uderzył w strunę, bosymi stopami wybijał rytm.

W takt muzyki chłopcy wyciągali szyje, potrząsając ramionami. Przytupując stopami, wypinali piersi i odrzucali ręce w tył, tak by stercząc, łopatki niemal przebijały skórę na plecach, na końcu odskakiwali od siebie. Tańczyli taniec kogutów.

Ich dynamiczne ruchy i mimika twarzy zachwycała. Każdy z nich chciał zwrócić uwagę. Czarny grajek nie przerywał koncertu. Grał.
Po występie chłopców przyszła kolej na dziewczynki. Same wyszły z szeregu i podobnie jak poprzednicy kontynuowały taniec kogutów. Charakteryzujący się krótkim i gwałtownym wybiciem głów do przodu, energicznymi doskokami i wyrzutami ramion.

Pozostałe dzieci falowały w takt, wesoło przyklaskując i wykrzykując urywane sylaby.
Palce grajka coraz szybciej przebiegały po gryfie. Błyszczały źrenice tancerek, fiolet emocji przebijał się na ich hebanowych policzkach.
Tępo uderzeń rosło, muzyka nabierała mocy. Symfonia niosła się po górach, odbijała od granitowych surowych ścian, opadała do głębokich dolin.

Zostawiłem grajka i roztańczoną gromadę, muzyka zaś podążała za mną.
Krętą, ścieżką wydeptaną bosymi stopami miejscowych pasterzy, zszedłem do zielonej doliny, gdzie pasły się setki na wpół dzikich owiec.

PIĘĆ DNI WCZEŚNIEJ…
Z okna samolotu przyglądałem się rozleglej Wyżynie Abisyńskiej, dochodzącej do 3000 metrów. Tybecie Afryki, przeoranym licznymi kanionami, wąwozami i ciemnymi jarami. Ozdobionym szmaragdowymi taflami jezior w kraterach wygasłych wulkanów.

Wieki temu wyżyna była naturalną zaporą nie do pokonania dla wielu zachłannych nowych ziemi władców z północy, czym przyczyniła się do izolacji tego obszaru. Na wschodzie zaś, aż po Morze Czerwone, wyżyna opada Kotliną Danakilską. Olbrzymią deltą wybuchającą wulkanami topionych skał, syczącą gejzerami i oślepiającą białą plamą wyschniętych słonych jezior, aż po Somalię.

Po niecałej godzinie lotu z Addis Abeby samolot mój zaczął obniżać pułap, by osiąść miękko na płycie lotniska w Gondar. Byłem w Etiopii.
Etiopia to kraj olbrzymi, trzy razy większy od Polski, leży w niespokojnej części kontynentu afrykańskiego, nazywanej Rogiem Afryki, w sąsiedztwie Somalii, Sudanu i Erytrei. Dlatego trudno go choć pobieżnie zwiedzić za jednym razem. Klasyczne turystyczne trasy są dwie, legendarny szlak na północy i południe z plemionami mieszkającym w Dolinie Omo.

Ja wybrałem północ.
W holu lotniska grupa folklorystyczna przywitała wszystkich podróżnych etatowym kawałkiem lokalnego tańca.
Po kilku minutach pokazu młodzi tancerze usiedli na chodniku, a ja z przewodnikiem w ręku udałem się na przystanek taksówek, by załatwić transport do wcześniej ustalonych turystycznych celów miasta.

Historia Etiopii to mieszanka starych podań i legend, bez których nie można zrozumieć ich mieszkańców. Życie i byt opierają na przypowieściach, bardziej niż na faktach historycznych. Najstarszą jest legenda, wydobyta gdzieś z mroków prehistorii, dotycząca powstania zrębów państwa Etiopii. Legenda o olbrzymim wężu Zendo, który był postrachem plemion zamieszkujących Wyżynę Abisyńską. Młody pasterz o imieniu Angabo obiecał, że sam uwolni krainę od potwora, w zamian za królewską koronę. Po naradzie kacykowie zgodzili się i dali mu szansę.

Sprytny Angado wypchał skórę zabitej kozy trucizną i podrzucił pod jamę gada. (Czyż nie przypomina ona swojskiej legendy o smoku wawelskim?). Wąż złakomił się na łatwy kąsek, pożar kozę i zdechł, a dzielny Angodo został okrzyknięty królem. I jak w dobrach legendach bywa, żył długo, szczęśliwie i miał wiele dzieci. Jedną z jego cór była legendarna królowa Makeda, bardziej znana jako królowa z Saby, królestwa leżącego niegdyś na północy Etiopii.

Gonder jest jednym z najstarszym miast w Etiopii. Zostało założone w połowie XVII wieku, przez możnowładcę o imieniu Fasilides, który postanowił zerwać ze starą tradycją etiopskich władców, uwielbiających koczowniczy trybu życia. Fasilides osiadł w jednym miejscu, na wzór władców z północy, i ustanowił stałą stolicę kraju. Wybór jego padł na małą osadę wciśniętą w dolinę dwóch rzek, zasilających największe jezioro kraju, Tana.

Przy tak ważnej decyzji nie mogło zabraknąć miejsca na legendę. Swoim pobratymcom opowiedział, jak to podczas polowania dziki bawół, uciekając przed jego włócznią, zawiódł go na bardzo wysoką górę. Z jej szczytu rozpościerał się wspaniały widok na szmaragdowe jezioro Tana i malowniczą małą osadę Gonder. Co do byka, można się sprzeczać, zaś co do położenia już nie wypada, gdyż Gonder leży na wysokości naszego Giewontu.

I tak Gonder stało się siedzibą królów i cesarzy Etiopii przez następne 250 lat. Fasilides zabrał się z wielkim rozmachem do budowy pierwszej stolicy. Wyznaczył kilkukilometrowy obszar i otoczył go wysokim murem, z wieloma bramami i wieżami. Postawił kompleks warowni i świątyń, zaś swój pałac wybudował na wzór średniowiecznych europejskich zamków.

Nowa stolica pod mandatem Fasilidesa i jego następców szybko rozrosła się, stając się historycznym i kulturowym centrum kraju.

W GONDER
Było południe i słońce operowało w pełni na bezchmurnym niebie, gdy podjechaliśmy pod pierwsze miejsce, jakie w Gonder zaplanowałem odwiedzić – łaźnie Fasilidesa. W tym dniu bez wody, nie licząc olbrzymiej kałuży zalegającej we wgłębieniach basenu.

Uzbroiłem mój obiektyw w filtr ND i ruszyłem w kierunku kamiennych budowli, ukrytych w parkowej zieleni. Łaźnie wybudowano na trzech poziomach. Wiekowe fikusy oplotły mury i kamienne stopnie kaskadami korzeni, ich długie macki wdzierały się w szpary w poszukiwaniu wilgoci. Przeszedłem jedną z bram i znalazłem się na kamiennym mostku prowadzącym do małego pałacu.

Nad głową nadszarpnięte wiekiem, zwietrzałe belki podtrzymywały kamienne łuki. Pojedyncze promienie ostrego światła, które tu docierały, wydobywały szczegóły budowli. Nie spiesząc się chodziłem, szukając ciekawego kadru. Wiekowy basen ożywa tylko raz do roku, podczas trzydniowej ceremonii religijnej, zwanej Tymket, na pamiątkę chrztu Chrystusa w Jordanie.

Tysiące pielgrzymów chrześcijańskich odwiedza wówczas to miejsce, by zanurzyć się wodzie, która ma moc oczyszczenia win i grzesznych występków.
Etiopia jest drugim w historii krajem, po Armenii, który przyjął chrześcijaństwo jako religię państwową, porzucając wówczas judaizm. Było to w 340 roku naszej ery. Wierni świętują niedzielę, do mszy włączyli tańce, przestrzegają postów, duchowni poszczą 286 dni w roku, świeccy już tylko 186 dni. Z judaizmu zatrzymali, szabat i obrzezanie.

Obecnie prawie dwie trzecie z 94 milionów ludności Etiopii należy do Etiopskiego Kościoła Ortodoksyjnego, który przez wieki stanowił jeden z fundamentów życia państwa i lokalnych społeczności.

Etiopscy chrześcijanie zamieszkują przeważnie Wyżynę Abisyńską, obecnie z trzech stron otoczoną przez obszary z dominacją wyznawców islamu, a od południa przez tereny religii plemiennych.
Po zwiedzeniu łaźni wyciągnąłem w samochodzie żółtą karteczkę z przewodnika z napisem „kompleks Fasilidesa” i podałem ją mojemu kierowcy. Serpentynami, dobrą asfaltową drogą pojechaliśmy ponad współczesny Gonder.

Tam, ponad miastem, w amfiteatrze zielonych wzgórz, króluje stara architektura otoczona wysokim murem. Kompleks kamiennych budowli z początku istnienia stolicy. Główną atrakcją jest Fasil Ghebbi, czyli dwupiętrowy zamek fundatora Gonder, Fasilidesa. Jedyny zamek na Czarnym Lądzie, w którym rządzili Afrykańczycy. Wybudowany z różowego piaskowca z okrągłymi bocznymi basztami w otoczeniu wiecznie zielonych araukarii.

Im bliżej podchodziłem do budowli, tym bardziej mieszanych uczuć doznawałem. Ciekawie połączony kalejdoskop stylów, baszty, zębiaste murki, małe balkony, duże okna. Kamienne schody z masywną balustradą zaprowadziły mnie do olbrzymich drzwi wejściowych. Za progiem znalazłem się w obszernej, pustej sali, bijącej chłodem, a za nią w następnej. Wąskie korytarze prowadziły do baszt, z okien których mogłem podziwiać cały kompleks. Nagie ściany wnętrz nie zachęcały do zwiedzania. Kiedyś na pewno tętniło tu życie, teraz tylko echo moim kroków odbijało się w pustych salach.

Skrzypiące drewniane podłogi i średniowieczny surowy nastrój szybko wypchnął mnie na zewnątrz, do słońca i zieleni. W okolicy stoi kilka podobnych opuszczonych pałaców i zamków, należących do następnych królów Etiopii. Krążąc w alejkach trafiłem pod krużganki i do łukowych nisz, gdzie w ciszy można medytować upływ czasu. I choć dawno przeminął ich splendor i przepych, wciąż zachwycają.

Kilka kilometrów na północ od królewskich zamków, na małym wzniesieniu, zaprasza do odwiedzenia, świątynia Debre Birhan Selassie (kościół św. Trójcy), wybudowana w XVII wieku. Kolejna zaznaczona w moim przewodniku turystyczna atrakcja Gonder.

W otoczeniu wyniosłych drzew i w cyrkulującym zapachu kadzideł stoi prostokątna świątynia z różowego kamienia, z krużgankami o drewnianym zadaszeniem. Jedna z miejscowych legend głosi, że sam archanioł Michał uchronił ją od zniszczenia w XIX wieku, gdy na Gonder najechały muzułmańskie wojska Mahadiego – znanego z powieści Sienkiewicza „W pustyni i w puszczy”, przed którego siepaczami musieli uciekać Staś i Nel. Gdy derwiszowie dotarli pod mur z zamiarem splądrowania monastyru, jasna postać z płonącym mieczem stanęła przed nimi i w sukurs przyleciały roje dzikich pszczół, które zaatakowały niewiernych. Przerażeni żołnierze sułtana odstąpili od zamiaru zamienienia świątyni w pogorzelisko.

Przed wejściem do monastyru zostałem poproszony o zdjęcie butów. Żylaste dłonie zakonnika o śniadej twarzy odsłoniły ciężką kotarę. Wszedłem w półmrok świątyni. Pod stopami poczułem stare dywany, pokrywające podłogę. Czekałem, aż przestrzeń nabierze ostrości. Powoli z mroku zaczął wyłaniać się wspaniały obraz wnętrza. Każdy centymetr ścian i sufitu pokrywały malowidła przedstawiające sceny biblijne. Na bocznej ścianie św. Jerzy walczący ze smokiem, Maria na osiołku uciekająca do Egiptu, zastygli apostołowie przy stole w Wieczerniku, a w nawie głównej, tuż nad krzyżem, Trójca Święta. Trzech siwych mężczyzn z aureolami. Od tej polichromii przyjął nazwę kościół.

Obrazy wykonano na tkaninie, którą przyklejono do pokrytych gliną ścian. Z pomalowanego sufitu i krokwi spoglądały na mnie rzędy czarnowłosych anielskich twarzy. 123 pary wszystko widzących migdałowych oczu cherubinów, strażników tej starej świątyni. Na widok kapłana wchodzącego do świątyni w towarzystwie mniszek ucieszyłem się, że odbędzie się jakaś ceremonia. Ale szybko zniknął on za kotarą głównego ołtarza, mniszki zaś upadły na kamienne stopnie i, chowając twarze w dłoniach, zaczęły szeptać modlitwy. Z premedytacją detektywa podążyłem za duchownym, ale zostałem stanowczo zatrzymany przez diakona, który do tej pory siedział schowany za kotarą. Tam, wskazał na małe pomieszczenie, gdzie zniknął kapłan, jest Przybytek Boga, Sancta Sanctorum, Miejsce Najświętsze, gdzie przechowywana jest Tabot, drewniana skrzynia symbolizująca Arkę Przymierza.

Do Przybytku mogą wchodzić jedynie mężczyźni, odprawiający nabożeństwo. Przez szparę kotary zobaczyłem, jak kapłan okadza coś, co kształtem przypominało skrzynię. Po kolejnej serii zdjęć wyszedłem na zewnątrz. Chodząc w cieniu starych cedrów, zauważyłem postacie w długich popielatych netelach, które znikają w małej kaplicy, stojącej na uboczu. Przez jej okna wydobywały się kłęby dymu z kadzideł. Gdy podszedłem bliżej, diakon o rozmodlonym spojrzeniu, przyjaznym gestem dłoni zaprosił mnie do środa. Stanąłem przy wychudzonym mnichu, który w drżących dłoniach trzymał olbrzymi krzyż.

Stłoczeni duchowni otaczali młodą matkę z niemowlęciem. Właśnie odbywał się sakrament chrztu. Recytowano święte teksty, przerywane śpiewem głównego celebranta, okadzono niemowlę i stare księgi, po czym prowadzący polał główkę dziecka wodą i zawiązał mu wokół szyjki szary sznur, matabm. Ta oznaka przynależności do Kościoła będzie mu towarzyszyć przez resztę życia. Jeśli zostanie mnichem – życia w modlitwie i medytacji.

Autor: Ed Bochnak