Etiopia. Legendarnym szlakiem (cz. 5)

28

Wyszedłem z namiotu z kubkiem gorącej kawy. Przez emalię ciepło przyjemnie ogrzewało zdrętwiałe dłonie. Czekałem, jak co dzień, na pierwsze oznaki wchodzącego słońca. Lecz gęste, ciemne chmury pokrywały okolice. Po śniadaniu zarzuciłem plecak i ruszyłem za przewodnikiem. Szlak ginął w mgle. Otoczenie straciło plastyczny obraz i tuż przed południem zaczął padać drobny deszcz. Wkrótce niski pułap chmur pochłonął mnie.

OBÓZ AMBIKWA 3200 m n.p.m.
Wpatrzony w wydeptaną w czerwonej glinie ścieżkę, podążałem do przodu. Nagły łomot skrzydeł, wydobywających się z mlecznej mgły, wystraszył mnie. Dwie czarne plamy przeleciały tuż nad moją głową. Była to para zdezorientowanych kruków – coś wystraszyło je z kryjówki. Może był to tutejszy, drapieżny kot karakal albo polujący samotnie kaberu, czyli lokalny wilk. Drapieżnik chciał pewnie wykorzystać złe warunki pogodowe i upolować łatwy kąsek.
Po godzinie marszu podmuchy wiatru przegoniły chmury i odsłoniły fragmenty gór i zbocza.

Ze zdziwieniem zauważyłem pasące się owce i kilku młodych chłopców, którzy krzykiem i świstem bata próbowali opanować rozchodzące się stado. Od jednego kupiłem ręcznie wyplatany bat. Ścieżka przecinała na wprost siodło przełęczy, skąd niczym nieograniczony wzrok odlatywał po horyzont. Na skraju, w załamaniu skalnym, w miejscu, gdzie nie spodziewałbym się żywego ducha, siedział okryty kocem młody tubylec. Prawdopodobnie mieszkał w jednej z małych wiosek ulokowanych w dolinie poniżej przełęczy. Chowając się przed podmuchami chłodnego wiatru, wyczekiwał na turystów idących szlakiem. Liczył na zainteresowanie jego wyrobami. Na trawie leżały ręcznie sklecone ozdoby z drutu, wisiorki, metalowe krzyże i krzyżyki i jeden ciemnowiśniowy drewniany krzyż.

Gdy zobaczyłem to lokalne arcydzieło, ręka sama się po nie wyciągnęła. Opanowałem emocje, które zawsze mnie dopadają, jeśli znajdę ciekawy eksponat do moich etnograficznych zbiorów. Spytałem o cenę, była przystępna i tylko w duchu dobrego taktu zacząłem się targować. Po kilku rzuconych w powietrze cen, doszliśmy do tej wyjściowej i z uznaniem dla siebie potwierdziliśmy sumę.

Zapłaciłem i odchodząc podziękowałem mu w języku amharskim, w odpowiedzi wywołałem uśmiech na jego twarzy. Chyba znów coś przekręciłem.
Zawsze podczas wypraw szukam jakichś oryginalnych pamiątek, w Etiopii wybór padł na maskale, czyli tutejsze krzyże koptyjskie. Przez stulecia etiopskie krzyże przechodziły ewolucję, dziś zachwyca różnorodność ich form i ornamentyka. W krzyże te wpisano bogatą symbolikę. Są to liczby ozdobnych elementów.

Gdy jakiś ornament występuje 12 razy, oznaczają one apostołów, gdy 4 – czterech ewangelistów. Gdy pojawiają się trzy elementy, to chodzi o trójcę świętą. Na dole krzyża zwykle umieszczony jest prostokąt, który ma symbolizować Arkę Przymierza. Ze względu na styl wyróżniane 3 rodzaje krzyży, w zależności od ośrodka kultu religijnego z którego się wywodzą. Maskale z obszaru Lalibela charakteryzują się owalnym kształtem, z regionu Gonder oparte są na okręgu, zaś z okolic Aksum zbliżone są do klasycznej formy łacińskiej. Ten, który kupiłem, przypominał romb, czyli snycerz, który go wyrzeźbił, pochodził z Aksum.

Zadowolony, schowałem moją zdobycz do plecaka i ruszyłem w dół zbocza. W dolinie lśniły metalowe dachy wioski. Okoliczne piaszczyste stoki porastały gaje eukaliptusów, sprowadzonych tu z Australii przez Anglików. Wieloletnia wycinka drzew doprowadziła do wyjałowienia pól. Eukaliptusy miały teraz zapobiec dalszej degradacji gleby. Szedłem miedzą przez pola. Miejscowi rolnicy zakończyli właśnie żniwa teffu, drobnoziarnistego zboża (nasiona którego są mniejsze od ziaren maku), z którego wypieka się yndżera, czyli narodowe etiopskie naleśniki. I choć teffu jest bardzo mało wydajne, około 200 kg z hektara, gdy uprawa pszenicy daje ponad tonę nasion, stara tradycja pokonała postęp.

Placek yndżera ma lekko kwaskowaty smak i szary kolor, podawany jest na tacy z różnymi rodzajami sosów. Je się go w gronie przyjaciół czy rodziny, odrywając kawałki prawą ręką i mieszając z przystawką warzywną lub mięsną. W niektórych regionach przed jedzeniem odmawia się modlitwę. Yndżera w Etiopii, na przestrzeni stuleci, stała się podstawowym produktem do życia. Po wprowadzeniu chrześcijaństwa w IV wieku ojcowie Kościoła etiopskiego wpisali ją w modlitwę pańską. I zamiast wersu „naszego chleba powszedniego”, w Etiopii wierni proszą „yndżera daj nam Panie”.

Niemal na środku mijanego ścierniska zobaczyłem zgarbioną sylwetka chłopa nad archaicznym pługiem. Chciałem podejść bliżej, by uwiecznić to na fotografii, i wszedłem na pole. Rolnik stanowczym gestem ręki powstrzymał mnie. Zawróciłem na miedzę i stamtąd zrobiłem serię zdjęć. Pług chłopa wyglądał jak z egipskich fresków, drewniana żerdź załamana w sęku, obite blachą ostrze wystawało z rdzawej kamienistej ziemi, całość przymocowana do drewnianego jarzma zwisającego z piersi wołu zedu. Gdy spytałem Melese o reakcję chłopa, wytłumaczył mi, że ściernisko dla tutejszych jest miejscem świętym – pole daje im pokarm i nie można go hańbić, chodząc po nim w butach. Gdy odchodziłem, rolnik uderzył zedu i wół z pokorą pociągnął prymitywne radło, tak jak robili to przez wieki jego przodkowie.

Tę noc spędziliśmy w obozie Ambikwa. Tuż przed kolacją udałem się do pobliskiego potoku, by zanurzyć się, zmyć pył polnych dróg i zmęczenie pokonanych kilometrów. Nade mną w ukośnych promieniach zachodzącego słońca, korony drzew emanowały ciepłem. Jak widać, w Etiopii nawet z mijanych uprawnych pól emanowała aura jakieś pradawnej tajemnicy. Zapomniana nauka, wiedza i szacunek.

BUNNA, CZYLI PARZENIE KAWY
Wczesnym rankiem siedziałem w małym pomieszczeniu na plecionym taborecie, a wokół na podłodze leżało pachnące łąką, świeżo ścięte ziele papirusu.

Właśnie rozpoczynała się codzienna ceremonia bunna, parzenia kawy.
Młoda dziewczyna, ubrana w tradycyjny kemis, białą sukienkę z dodatkami dzierganych kwiatów, wypłukała świeże, zielone ziarna kawy w wodzie. Następnie wysypała je na metalową patelnię, którą umieściła na małej fajerce, nad rozżarzonymi węglami. Co chwila mieszała ziarna łyżką, uważając, by się nie przypaliły.

Wkrótce woń kawy napełniła pomieszczenie. Widząc moje zaciekawienie dziewczyna podsunęła mi zbrązowiałe ziarna do powąchania. Następnie wsypała je do metalowego moździerza i ubiła. Do stojącego na podłodze kadzidła dorzuciła skrystalizowaną żywicę z drzewa kadzidłowca. Białawy dym i zapach wprowadził niemal sakralny nastrój. Brązowy proszek z ubitych ziaren kawy dziewczyna wsypała do glinianego wazonika i napełniła go wodą, zatkała dziobek szpuntem świeżej trawy i postawiła na palenisku.

Po paru minutach pierwszy napar był gotowy, najmocniejszy z trzech, które będą parzone. Kawę zaserwowała w malutkich filiżaneczkach (cini), ze sporą ilością cukru. Ten pierwszy napar nosi nazwę abol. Do pustego czajnika dziewczyna ponownie dodała wody i postawiła go znów na palenisku. Po kilku minutach podała mi drugą filiżankę kawy – etap ten nosi nazwę tona. Trzeci, najsłabszy wywar – baraka – przeważnie serwowany jest dzieciom.

Owoce kawowca wykorzystywane były w Etiopii już w I tysiącleciu p.n.e. Spożywano je gotowane z dodatkiem masła i soli, lecz nie uprawiano, tylko zbierano ze stanowisk naturalnych. Prawdopodobnie kawę odkrył lud Oromo, zamieszkujący etiopski region Kaffa. Entomologowie wywodzą nazwę „kawa” od etiopskiego miasta Kaffa. Inni zaś od arabskiego słowa „kahwa” lub tureckiego „kahve”.

Jak głosi legenda, kawa w Etiopii została odkryta w IX wieku przez pasterza kóz o imieniu Kaldi. Zauważył on, że jego kozy po zjedzeniu surowych ziaren kawy stają się bardziej pobudzone. Postanowił więc sam spróbować surowych owoców kawowca. Druga, bardzo podobna historia sięga XIII wieku. Nasiona kawy z karawaną kupiecką dotarły do Jemenu i tam opracowano metodę preparowania ich przez prażenie i wytwarzanie z nich napoju, którą Beduini rozpowszechnili w całej Arabii.

Autor: Ed Bochnak