Etiopia Legendarnym szlakiem (cz. 6)

32

Szybko zjeżdżaliśmy w dół. Z gór w płaskowyż, z doliny w depresję, w ciągu kilku godzin z 2000 m n.p.m. do 100 metrów poniżej poziomu morza. Droga prowadziła na wschód do Morza Czerwonego.

Kilka kilometrów za Mekele natknęliśmy się na młockę. Tak jak przed tysiącami lat woły tratowały racicami zboże. Pomiędzy zgniecionymi źdźbłami słomy leżały świeże ziarna pszenicy. Pył i plewy unosiły się w powietrzu, gdy chłopak drewnianymi widłami rzucał nowe wiechy pod nadchodzące zwierzęta. Obok stało kilku mężczyzn ze spuchniętymi policzkami.

Jakaś epidemia zapalenia dziąseł? – zagadnąłem naszego przewodnika. Nie, oni żują khat. Dopiero wówczas zwróciłem uwagę, że wszyscy trzymali w dłoniach gałązki pokrytymi zielonymi listkami. Obrywając, wkładali je do ust i, tworząc kulkę wypełniającą policzek, żuli. Khat, czyli czuwaliczka jadalna, znany jest również pod lokalną nazwą „kwiat raju”. To roślina o lekkich właściwościach narkotycznych, powszechnie uprawiana i spożywana w krajach muzułmańskich, obecnie upowszechnia się w Etiopii, robiąc konkurencję tradycyjnej filiżance kawy. Spróbowałem, ale cierpki smak liści nie przypadł mi do gustu.

Kontynuowaliśmy dalej podróż na wschód. Okolica zmieniła wygląd. Roślinność ubożała z każdym przejechanym kilometrem. Coraz częściej widzieliśmy wielbłądy, nieomylny symbol pustyń. Ale nie tych o złotych piaskach i wymodelowanych wiatrem łukowych wydmach. Nasza widziana z okien samochodu była kamienistą, szarą pustynią hamady, o wyschniętych korytach rzek, czerniących się zastygłą lawą. Dziki, nieprzystępny człowiekowi obszar. Dotarliśmy do Kotliny Danakilskiej, skąd rozpoczyna się Wielki Rów Afrykański, gigantyczne obniżenie tektoniczne, rozcinające wschodnią Afrykę na długości kilku tysięcy kilometrów.

To olbrzymie zapadlisko, to nowa skorupa oceaniczna – dno przyszłego morza, jak prorokują geofizycy, które pojawi się tu za kilka milionów lat. Wstrząsy sejsmiczne to niemal tu codzienność, z ziemi biją gorące źródła, ziejąc przy okazji groźnymi dla człowieka związkami siarki. Spękana od słońca ziemia i najcieplejsze miejsce na ziemi. Opady deszczu są tu rzadkością. A burze piaskowe powstałe w tym rejonie oddziałują na oddaloną stąd o tysiące kilometrów Amazonię.

Każdego roku setki ton słonego żółtawego pyłu przeniesione wiatrem użyźniają ubogie gleby tropikalnego lasu po przeciwnej stronie Atlantyku. Tu właśnie odnaleziono szczątki słynnej Lucy – australopiteka, który przechadzał się po okolicy przed ponad 3 mln lat. Kolebka ludzkości.

SÓL – ZŁOTO PUSTYNI
Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do brzegu jeziora Assal. Okresowego słonego jeziora, rozciągającego się na 100 km kw. Biała, lśniąca aż po horyzont przestrzeń, przykryta kilkucentymetrową warstwą wody. Gdzieniegdzie głębsze oczka wodne mieniły się seledynową i turkusową barwą. Byłem w najniższy punkcie Afryki, 153 m depresji. Jechaliśmy w głąb jeziora na spotkanie zachodu słońca, gdy na horyzoncie z fatamorgany słonego lodowca wyrosła karawana jucznych wielbłądów, prowadzona przez Afarów.

Słyszałem o nich historie, że to bezwzględni wojownicy z pustyni Denakil. Surowe życie pustyni wypaliło piętno na charakterze Afarów. Ciągła walka o przetrwanie, obawa i koczownicze życie w najgorętszym obszarze kuli ziemskiej spowodowały dystans do zewnętrznego świata. Dromadery szły wyniosłe, powoli, objuczone blokami soli, osłoniętymi kawałkami płótna, na końcu szedł Askarys, uzbrojony tubylec. Karawana szła do Mekele. Sól to złoto pustyni, sól zatrzymuje wodę w organizmie i konserwuje mięso, bez niej nie dałoby się przeżyć piekła pustyni.

W tym regionie sól była i jest w dalszym ciągu dla niektórych tubylców jedynym środkiem płatniczym. Wyskoczyłem z samochodu i wybiegłem naprzeciw, fotografując. Dumny młody przewodnik ubrany w wysłużoną koszulę i luźny szkarłatny materiał oplatający biodra, podniósł rękę w geście przyjaźni, podałem mu moją, już na wpół wypitą butelkę coca-coli. Fotografowałem i filmowałem wolno idącą karawanę. Z pysków dromaderów kapała mleczna piana.

Na jednym z wielbłądów zauważam wiszący duży nóż, wskazując na niego, wyciągnąłem zwitek pieniędzy. Afar nie zatrzymując karawany wyciągnął lśniące ostrze ze zniszczonej skórzanej pochwy. Nóż był długi, o podwójnym ostrzu, dołożyłem kilka zielonych etiopskich banknotów, czym wywołałem aprobatę na jego twarzy, i nowa zdobycz przeszła w moje ręce. Rękojeść noża wyglądała na starą, ciekaw byłem, jaką skrywała historię. Ale nie zdążyłem o to zapytać byłego właściciela. Afar szybko odwrócił się, założył pasterski kij na ramiona i odszedł. Kolejny ciekawy eksponat do mojej kolekcji, tym razem z Denkil.

Hamując, koła rozpryskały solankę na boki. Zatrzymaliśmy się w miejscu, gdzie Afarowie zaopatrują się w bloki solne. Wokół leżało w nieładzie tysiące skrystalizowanych brył solnych, wyrywanych z podłoża. Zobaczyłem dziesiątki ludzi o zaczerwienionych oczach i spękanych ustach od słonego wiatru, próbujących ukryć się przed palącym słońcem w cieniu swych turbanów. Kucając w białym pyle robotnicy cieli i wyrównywali bloki solne w temperaturze przekraczającej 40 st. Celsjusza.

Metody eksploatacji nie zmieniły się zasadniczo tu od kilkuset lat. Najpierw kilku najsilniejszych z grupy wyrąbuje prostokątne przerwy w pokładach soli i wkłada w nie pręty, by podważyć i oderwać prostokątną dużą płytę soli. Następnie płytę dzieli się na równe kawałki, uderzając siekierką. Gotowe solne bloki mocuje się po 20 sztuk na grzbietach wielbłądów, następnie karawany transportują je do oddalonych o kilka dni drogi miejscowości.

Ruszyliśmy dalej. Nim minęło pół godziny, kierowca zatrzymał samochód tuż przed gigantyczną hałdą kamieni. Przewodnik wskazał na górną krawędź gołoborza i w ciszy, każdy z obowiązkową butelką wody, ruszyliśmy do góry. Słońce operowało mocno. Popijając wodę przeskakiwałem z kamienia na kamień.

Biała solna pustynia ciągnęła się po horyzont, otaczając nasz kamienny pagórek. Po kilkunastu minutach dotarłem do krawędzi i… stanąłem zachwycony. Przede mną rozciągało się kilkadziesiąt hektarów niemal płaskiej przestrzeni, pokrytej bajkowym kolorem gejzerów. Stałem na krawędzi krateru najniżej położonego wulkanu świata, wulkanu Dallol. Czynny, żywy wulkan, gdzie na powierzchnię wypychane są związki siarki i potasu, tworząc niezwykłe formy. Gdzie kolory żółty, pomarańczowy, zielony, parzą, syczą i bulgoczą. Bordowy to tlenki żelaza, żółty to siarka. Pigmenty wnętrza ziemi. Nasycony magicznym światem kolorów, wróciłem do auta.

RAS DASHEN – NAJWYŻSZA GÓRA ETIOPII
Wstałem o 2 rano. Tego dnia mieliśmy do przejścia prawie 80 kilometrów i ponad 1200 metrów przewyższenia. Nasz przewodnik niczym kot prowadził pewnie w ciemnościach etiopskiej nocy. Nikły snop światła mojej czołówki rozświetlał małą przestrzeń wokół, ślizgał się po kamieniach i opłotkach. Przecinaliśmy cichaczem pola i ścierniska ze słomą powiązaną w snopki. Szedłem równym tempem. Nad głową tysiące gwiazd rozświetlało niebo, dając wrażenie, że mogę je chwycić.

Przekroczyliśmy kolejny kanion. Świt stał chłodny i popielaty. Po 3 godzinach marszu dotarliśmy na przełęcz na wysokość około 3800 m n.p.m., gdzie okazało się, że prowadzi tędy bita droga, która serpentynami wznosi się w pobliże wierzchołka. Chcąc skrócić sobie trasę, podchodziłem pod górę stromą ścieżką, przecinającą serpentyny. Było szybciej, ale droga była bardziej wymagająca. Szerokie jary wylane były wulkaniczną lawą, o różnych barwach od bieli przez rudą do całkiem ciemnej, na wysepkach poprzedzielaną zieloną trawą.

Na kolejnej przełęczy odbiłem w lewo w stronę szczytu. Gdy wszedłem w niemal w płaskie gołoborze, tuż przed wierzchołkiem kłębiaste chmury zalały dotąd czyste niebo. W cieniu szczytowej turni ze zdziwieniem ,i to kolejnym na tej wyprawie, spotkałem chłopaka, który oferował różne napoje. Na wysokości ponad 4500 metrów kupiłem butelkę najbardziej rozpoznawalnego napoju świata, coca-coli, i poszedłem dalej. Ostatnie 30 metrów do szczytu było przedsmakiem dobrej wspinaczki, małe przewieszenie, kilka podciągów i w samo południe stanąłem przy kamieniu z wyrytą wysokością 4543 m.

Byłem na szczycie. Polska flaga zatrzepotała wiatrem Afryki, w 50. rocznicę zdobycia tej góry przez Polaków. Siedząc i popijając colę syciłem wzrok okolicą. Byłem szczęśliwy. Na szczycie emocje i uściski z Mietkiem Kwapichem, kompanem wyprawy. Wzruszenia. Kolejna wyprawa tropami Polaków w górach egzotycznych, udana. Pomimo że chmury przysłaniały większość krajobrazu gór Semien, to – przewiewane wiatrem – odsłaniały co chwila nowe dzikie i niezmącone cywilizacją widoki. Wiał ciepły wiatr. Zrobiłem sesję zdjęciową okolicy z nieodłączną parą kruków i ruszyłem w drogę powrotną do obozu.

ERTA ALE, GÓRA DYMU
Po kilku godzinach morderczej jazdy po piaskach pustyni dotarliśmy do kamiennej wioski, skąd późnym popołudniem mieliśmy wyruszyć na wulkan Erta Ale na wysokości 2000 m. Wioska przypominała mi tę z filmu „Gwiezdne wojny”, gdzie ludzie pustyni przytrzymywali matkę młodego Skywalkera. Wybudowana z lawy i na lawie. Szara, zimna bez życia.

Przygnębiająca. Naszym celem był czynny wulkan Erta Ale, leżący na granicy z Erytreją. Tym razem jako środek lokomocji wybrałem grzbiet, ba, garb wielbłąda, bo dromadery mają tylko jeden. Tuż przed zmrokiem wgramoliłem się na biedne zwierzę i ruszyliśmy. To znaczy on, ja przyjąłem poprawną postawę flegmatyczną. Siedząc z kolanami na wysokości brody wpatrywałem się w ciemność. Monotonna jazda wywołała senność. Uchwyciłem się szorstkiej grzywy i, nie widząc przed sobą drogi, wyostrzałem moje receptory równowagi, by przewidzieć, jaka pozycjeę przyjąć. Obły garb spychał mnie na kark zwierzęcia, przy każdej zmianie kierunku.

By nie zjechać niżej, wprost na głowę zwierzaka, trzymałem się skórzanej linki, obwiązującej garb wielbłąda. Po dwóch godzinach jazdy, gdy zapadły egipskie, albo poprawniej etiopskie, ciemności prowadzący mnie przewodnik, wyłączył czołówkę. Dlaczego? Czyżby się czegoś obawiał? Wiedziałem, że w tej części Etiopii działają ugrupowanie paramilitarne, uguugumo, czyli Sojusz Ludowego Frontu Wyzwolenia Erytrei z Etiopskim Ludowo-Rewolucyjnym Frontem Demokratycznym (trochę przydługawa ta nazwa). Członkowie jej uprowadzają turystów dla okupu. Ostatnie takie porwanie miało miejsce dwa lata temu.

Oddział uzbrojonych mężczyzn uprowadził pięciu Brytyjczyków. Wcześniej porwana została 11-osobowa grupa Francuzów. Dlatego poruszaliśmy się pod eskortą uzbrojonych policjantów z okolicznego garnizonu. Jednak podświadomie odczuwałem strach. I nie myliłem się. Dwa dni po naszej wspinaczce na wulkan, jak podało Etiopskie Ministerstwo Turystyki, dwoje obywateli niemieckich zostało zamordowanych, a ich przewodnik ranny na stokach wulkanu Erta Ale w regionie Afar. Oskarżenie padło na uguugumo – bojowników chcących wywołać niepokój pomiędzy muzułmańską Erytreją a chrześcijańską Etiopią.

W oddali, znad ciemnych konturów wulkanu, zajaśniał różowy pióropusz wyrzuconych z gardzieli pyłów i gazu. Po chwili wiatr przywiał zapach siarki. Niezaprzeczalnie wulkan był aktywny. Około północy nasza karawana dromaderów dotarła do krawędzi wulkanu Erta Ale. Zszedłem w dół wprost do krateru i skierowałem się w stronę różowej plamy. Szedłem po świeżo zastygłej lawie. Porowatej, ostrej, przypominającej gąbkę. Co chwila mój but przebijał cienką warstwę zastygłej skorupy i zapadałem głębiej. Ostre krawędzie lawy przecinały materiał spodni i raniły łydki. Zatrzymałem się kilkadziesiąt metrów od bulgoczącego czerwonego stawu.

Wewnątrz gardziel rozpalonego ognia przelewała się stopioną masą magmy, wybuchała tysiącem płonących ogni i wypluwała ciemną, toksyczną chmurę wprost na nas. Ciemny dym łapał za gardło, dusił. Nagły brak tlenu wywoływał objawy omdlenia, a płuca, broniące się przed trującym gazem, ogarniał napad kaszlu. Opętała nas duchota. Po chwili czerwona powierzchnia skrzepła. Utworzyła się czarna skorupa, lśniąca różanym ogniem na obrzeżach. Ciężkie kłęby oparów pokryły krater. Po kilku minutach czarna pokrywa odżyła w kilku miejscach naraz.

Pękła wylewem bulgoczącej lawy. Ze szczelin wstrzeliła magma, opadając, oświetliła zszokowane twarze. Krater ponownie zmartwychwstał. Pierwotny, przerażający żywioł. Wrota do piekieł.

Autor: Ed Bochnak