Etiopskie perypetie Arki Przymierza (cz. 3)

651
Kaskady wodospadu Tis Abbay spadają bazaltowym uskokiem w niewidoczną gardziel ZDJĘCIA: ED BOCHNAK

W roku 300 n.e. judajskie Królestwo Aksum – kolebka państwa etiopskiego – stało u szczytu swej potęgi. Krajem z miasta Aksum rządził król Ezan. Wówczas, jak w biblijnej opowieści, niewolnicy chrześcijańscy Frumencjusz i Edezjus, przetrzymywani na królewskim dworze, nawrócili Ezana na chrześcijaństwo. Aksum stało się drugim państwem na świecie, które oficjalnie przyjęło chrześcijaństwo jako religię państwową.

Król Ezan, chcąc dowieść swego szczerego oddania nowej wierze, wprowadził na złotych monetach znak krzyża, a w roku 333 n.e. rozpoczął budowę pierwszej chrześcijańskiej świątyni w Afryce pod wezwaniem Marii z Syjonu.
Historia o królu Ezanie przetrwała wieki, wyryta na steli w trzech językach: greckim, sabejskim i gyyz. Obecnie stela ta przechowywana jest w Aksum, w małym budynku, tuż przy łaźniach królowej Makedy, potocznie znanej jako królowa Saby. Wedle tradycji królowa Makeda miała syna Menelika z izraelskim królem Salomonem. Tak Menelik stał się protoplastą cesarskiego rodu w Etiopii, z którego wywodził się też król Ezan. Gdy budowę świątyni ukończono, król Ezan sprowadził do niej, z wyspy Qirqos, Arkę Przymierza. Choć budowla ta wielokrotnie była niszczona, odbudowywali ją kolejni etiopscy władcy. Świątynia, która dotrwała do naszych czasów, została ufundowana przez cesarza Fasiledesa w roku 1655 n.e. Arka zaś znalazła schronienie w małej kaplicy, stojącej kilkanaście metrów od głównej katedry. Według powtarzanej legendy moc Arki zaczęła uszkadzać kamienie świątyni, więc przeniesiono ją do oddzielnej kaplicy. Obecnie Kaplica Tablic otoczona jest murem i wysokim metalowym płotem. W okolicy ogrodzenia mogą przebywać tylko mężczyźni, kobietom wstęp jest wzbroniony. Arka strzeżona jest przez mnicha, który po namaszczeniu staje się jej dożywotnim więźniem.

Mnich, który strzeże Arki Przymierza, po namaszczeniu nie może postawić stopy poza terenem kaplicy


Dziwi mnie, dlaczego kaplica nosi nazwę Kaplica Tablic, a nie Arki. Czyżby chroniła już tylko kamienne tablice z wyrytym na nich dekalogiem? Czyżby tylko kamień wytrzymał próbę czasu? Może drewniana skrzynia, laska i naczynie z manną nie przetrwały. O tym, że w Aksum znajduje się Arka, świat dowiedział się dopiero w XIII w. z dzieła egipskiego podróżnika Abu al-Makarima, który pisał: „Abisyńczycy posiadają Arkę Przymierza, w której znajdują się dwie tablice z kamienia, z zapisanymi palcem Boga przykazaniami, jakie dał on ludowi Izraela”. Pogłoski o Arce przywieźli również w XVII w. do Europy portugalscy żołnierze, którzy przybyli, by bronić Abisynii przed islamskimi najeźdźcami. Nie mniej znaczący jest fakt, że w każdym etiopskim kościele przechowywane są repliki Arki lub kopie tablic z dziesięcioma przykazaniami, wykonane z drewna bądź kamienia, nazywane tabotami. Bez kopii Arki żadna świątynia nie miałaby mocy, potwierdził Melaku. Samo słowo tabot pochodzi z hebrajskiego tebah, czyli skrzynia, wskazując na starożytne więzi pomiędzy Etiopią a Izraelem.

Procesja z Arką Przymierza wychodząca z kaplicy Tablic

DO WODOSPADÓW BŁĘKITNEGO NILU z miejscowości Bahyr Dar prowadzi na początku asfaltowa droga, później żwirowa, licząca 35 kilometrów. Nil z jeziora Tana wypływa spokojnym, szerokim nurtem. Dopiero kilometr przed wodospadami rzeka zaczyna się spiętrzać, ograniczona stokami, by tuż przed kanionem spaść czterdziestometrowym wodospadem Tis Abbay. Jadąc mijaliśmy pasterzy z glinianymi dzbanami przytroczonymi do pleców, goniących stada kóz, kobiety z żółtymi plastikowymi baniakami na głowach, dzieciaki ubrane w jednakowe stroje i grupy mężczyzn ściskających kałasznikowy. Mijaliśmy wioski i pojedyncze okrągłe chaty zbudowane z tyczek eukaliptusa, podmokłe ryżowe pola i kamieniste ścierniska, miejsca wygrzewania się olbrzymich legwanów. Po godzinie jazdy dotarliśmy do wioski Tis Yssat, skąd rozpoczęliśmy półgodzinne podejście do rzecznego kanionu. Przekroczyliśmy XVII-wieczny portugalski most, gdzie napotykaliśmy grupę miejscowych, ubranych w białe i jaskrawe szaty, szli powoli, dostojnie. Na ich czołach i policzkach zauważyłem wytatuowane znaki krzyża, tzw. żelazną dłoń – znaki całkowitego oddania się woli Bożej.
Opisy wodospadu widzianego oczyma dawnych podróżników zachęciły mnie do odwiedzenia tego miejsca. Wspaniałość i groza skumulowana hektolitrach wody spadającej w przepaść. Ale tu muszę przyznać, że każdy kolejny dzień w Etiopii zniechęcał mnie, bo przewodnik i przypadkowi turyści ostrzegali, że obecnie wodospad to kilka małych strug. Przyczyną jest oczywiście interwencja człowieka – postanowiono bowiem w roku 2004 wybudować w tym miejscu zaporę wraz z elektrownią. W dzisiejszych czasach, aby trafić na rzeczne widowisko sprzed dziesięcioleci, trzeba mieć wyjątkowe szczęście. Od czasu do czasu tama jest otwierana i woda znów spada olbrzymimi kaskadami. Jadąc do wodospadów zaufałem swojemu szczęściu.
Ścieżka zakolami wspinała się dochodząc do wioski. Nikt jeszcze nie pomyślał o zagospodarowaniu turystycznym okolicy, dzięki czemu, tak jak przed wiekami, zza opłotków machały do nas kobiety przyrządzające na ognisku injery i kawę w zawieszonych czajnikach. Byłem podekscytowany myślą o miejscu, które miałem zobaczyć. Powoli zza zielonego grzbietu zaczął dobiegać mnie głuchy odgłos spadającej w głębie rzeki. Zachęcony pozostawiłem grupę i pobiegłem do przełęczy, gdzie uderzył mnie powiew wilgotnego powietrza. Moim oczom ukazały się białe kaskady spadające bazaltowym uskokiem w niewidoczną gardziel. Poniżej soczysta roślinność porastała gęsto kanion. Po przejściu kilkunastu metrów wyłoniły się, ku mojemu zdziwieniu, kolejne majestatyczne ściany spadającej jasnorudawej wody, prawie na półkilometrowym odcinku. Zszedłem ze ścieżki, by znaleźć najlepsze ujęcie. Kolejne filtry i obiektywy co chwila zamieniały kamery, raz fotograficzną, raz filmową. Kadry tworzyły się same. Byłem w ekstazie, dreszcze szczęścia czułem pod opuszkami palców, naciskając po raz kolejny przycisk migawki. Właśnie dla takich chwil podróżuje. Czas wtedy nie ma znaczenia. Mój przewodnik, który gdzieś zniknął, pojawił się po 45 minutach z nutą pretensji. Krzycząc, że już musimy wracać.

Pielgrzymi, którzy przychodzą do Aksum, aby oddać Arce cześć i szacunek

W mojej wędrówce po północnej Etiopii dotarłem rok wcześniej do Aksum. Wtedy też odwiedziłem niepozorną Kaplicę Tablic, gdzie przechowywana jest Arka. Nie miałem możliwości, by sprawdzić, co ukrywa za kamiennymi murami. Kaplicę chroni ogrodzenie i metalowa brama. Turystom, a dokładnie tylko mężczyznom, pozwala się na podejście do kamiennej steli ustawionej 30 metrów od głównej bramy kościoła. Jedynym człowiekiem, jak już wcześniej wspomniałem, który może coś powiedzieć, to wybierany na całe życie dziewiczy Strażnik Przymierza, który po namaszczeniu nie może postawić stopy poza terenem kaplicy. Każdego śmiałka, który spróbuje tam wtargnąć bezprawnie, czeka śmierć. Dla Etiopczyków to nie jest atrakcja turystyczna, przychodzą tu, aby oddać Arce cześć i szacunek. Stojąc przy steli wpatrywałem się teleobiektywem w kotarę zasłaniającą główne drzwi, lustrowałem okna, lecz i one szczelnie były zasłonięte. Może w katakumbach pod kaplicą Strażnik Przymierza, intonując psalmy, okadza Arkę, myślałem. Może przynajmniej zapach spalanej żywicy dotrze do mnie, stając się dowodem, że święta relikwia tam jest, ale prócz aury tajemniczości, unoszącej się nad zieloną kopułą kaplicy, nic nie wyczuwałem.
Gdy miałem już odejść, zauważyłem, że z kaplicy wyszedł mnich, a za nim kolejny, po chwili na schodach świątyni zrobiło się tłoczno. Zdziwiony, zapytałem stojącego przy mnie Etiopczyka, co się dzieje? Odpowiedział, że właśnie formuje się orszak procesyjny, który przeniesie Arkę do pobliskiej katedry. Nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Procesja. Teraz. Z Arką.

WYNIESIONO OLBRZYMI PARASOL, TŁUM MNICHÓW W KOLOROWYCH SZATACH ZACZĄŁ USTAWIAĆ SIĘ W SZPALER. Po chwili zza kotary zasłaniającej główną bramę świątyni wyłonił się ubrany w odświętny ornat główny kapłan. Był to Qomos, czyli „ten, który niesie tablice”. Trzymał duży przedmiot szczelnie owinięty w wyszywane tkaniny, kształtem przypominający skrzynię. Orszak powoli ruszył. Otwarto metalową bramę. Na przedzie procesji kroczył stary mnich, dzierżący w rękach złoty krzyż. Starzec wyszedł poza obręb ogrodzenia i zatrzymał się na równi ze mną. Za nim stanęli nawikulariusz z łódką pełną pachnącej amberowej żywicy i turyferariusz z mocno dymiącym kadzidłem. Rozległo się bicie w bębny i świst piszczałek. Osłaniany dwoma parasolami Qomos ruszył powoli, nad głową niósł tabot. Jeden z porządkowych diakonów poprosił mnie, bym zszedł z drogi procesji. Szybko wspiąłem się na pobliski murek, skąd zacząłem filmować. Nie mogłem w to uwierzyć. Co za zrządzenie losu! Jeśli tylko przyszedłbym tu pół godziny wcześniej lub później, nie byłbym świadkiem tego wydarzenia. Barwna procesja z tabotem minęła mnie w odległości zaledwie kilku metrów, by po chwili wejść do pobliskiej katedry, zamykając za sobą bramę. Zbieg okoliczności czy namiastka biblijnego cudu? Czy była to prawdziwa Arka, czy replika? Przychylam się do drugiego stwierdzenia, ale z tysięcy kopii przechowywanych w kościołach etiopskich ta replika niezaprzeczalnie stała najbliżej oryginału. A sam fakt, że byłem przypadkowym świadkiem otwarcia bramy w Kaplicy Tablic i przemarszu procesji, stawia mnie w pozycji wybrańca.

WIDOK Z BLISKIEJ ODLEGŁOŚCI WALĄCEJ SIĘ Z HUKIEM WODY JEST NAPRAWDĘ DUŻYM PRZEŻYCIEM. W kropelkach wodnego pyłu unoszącego się nad kipielą lśniła tęcza, okoliczni nazywają ją „paskiem Matki Bożej”. Moje rozmyślania przerwała grupa rozkrzyczanych turystów. Nie dając sobie nawet chwili na medytację piękna, chórem ogłosili, że wodospad jest mizerny w porównaniu z… i tu już nie dosłyszałem miejsca, zagłuszony hukiem spadającej wody. Po chwili znów zostałem sam na sam z wodospadem. Bycie w dziewiczej krainie i zanurzenie się w innej kulturze nie jest dla wszystkich. Przyznaję, że esencja Afryki zanika. Czas nieubłaganie dokonuje swego dzieła. Współczesny znudzony turysta, kolekcjoner selfie z całą gamą narzekań i bufonistycznymi klapkami na oczach nie widzi już piękna w prozaicznym krajobrazie. Zachód słońca nad wodospadem Błękitnego Nilu jest dla niego tylko… za mało efektowny. Stojąc na krawędzi kanionu wyczułem czyjąś obecność. Spojrzałem w bok. Na czarnym bazaltowym głazie stał flecista, ubrany w lokalny strój. Zaczął grać. Do dziś nie mam pojęcia, skąd on się tam wziął. Zszokowany i zachwycony zarazem wpatrywałem się w grajka przez ekran kamery. Szklanym okiem obiektywu prześlizgiwałem się po jego pomarszczonej twarzy, kończąc długim ujęciem na strugach wodospadu, oświetlonym ciepłym światłem zachodzącego słońca. Po kwadransie grajek odszedł, a ja usiadłem słuchając pomruku wieczornego wodospadu. Wraz z zachodem słońca spłyciła się percepcja wrażeń. Zamgloną otchłań pokrył atramentowy zmierzch. Wracając do czekającej na mnie łodzi przeżywałem wewnętrzną burzę pytań. Pojedynek domysłów i spekulacji. Czy w antycznym Aksum znajduje się najświętsza relikwia świata? Czy legenda powtarzana od niemal 2500 lat jest prawdziwa? Etiopczycy w to nie wątpią. Dla nich Arka wciąż jest potężna i niebezpieczna, uosabiając samego Boga. Potwierdzenie ich teorii jest niemożliwe. Wielowiekowa tradycja, tak jak i tutejsze władze kościelne zabraniają przeprowadzenia badań naukowych. Od świata świeckiego odgradzają Arkę stary mur i klątwa śmieci. Ale czy współczesnemu niedowiarkowi wystarczą same poszlaki? Dla wyznawców judaizmu, chrześcijan i muzułmanów wystawienie mojżeszowej Skrzyni Przymierza na widok publiczny potwierdziłoby fundamenty ich wiary. Kontrowersje wokół tego tematu będą trwały, a dowodów prawdopodobnie nie zdobędziemy nigdy. Archeolodzy poszukując Arki wciąż będą przekopywać wzgórze świątynne w Jerozolimie czy Wyspę Dębów w Nowej Szkocji. Można gubić się w hipotezach.

Flecista grający na tle wodospadu Tis Abbay

NA WYSPIE QIRQOS WIDZIAŁEM ARCHAICZNY OŁTARZ, dotykałem artefaktów używanych przy starotestamentowych całopaleniach. Obecność Arki w Aksum potwierdzają kroniki “Kebra Nagast”. Wokół jeziora Tana mieszkali Felaszowie, ciemnoskórzy żydzi, którzy przybyli tu z Judei. W Aksum byłem świadkiem procesji z repliką Arki Przymierza – nigdzie na świecie tego się nie praktykuje. Cała historia etiopska przesiąknięta jest tradycją żydowską, opartą na regułach z czasów Salomona. Coś ważnego musiało wpłynąć na tę relację. To wydarzenie sprzed mileniów było tak fundamentalne, że pozostawiło po sobie wiele poszlak, artefaktów i kultywowanych do dziś starożytnych tradycji. Z tych też powodów wierzę – identycznie jak setki pielgrzymów, odwiedzających to miejsce – że katakumby małej kaplicy w Aksum kryją starożytną relikwię, promującą uniwersalne prawdy, zachowane dla potomnych w otoczce legendy.

KONIEC