Filmy o Polsce są najważniejsze

0
5

Na Festiwalu Polskich Filmów Dokumentalnych w Hunter College w Nowym Jorku pokaże pani 12 października film „Zawód: prymas polski” – o inwigilacji ks. prymasa Stefana Wyszyńskiego w PRL. Dlaczego właśnie ten?

Nikt inny nie filmował tak księdza prymasa w Instytucie Pamięci Narodowej. Nie było to łatwe, utrudniano mi pracę, ale dzięki śp. Januszowi Kurtyce film powstał. Badając te 380 teczek z dokumentami MSW poznałam skrywane historie PRL. Są tam podłości, dramaty, ale i heroizm, bo nie każdy szedł na współpracę. Jednak przede wszystkim poznałam życie ks. Stefana Wyszyńskiego w najdrobniejszych szczegółach. MSW archiwizowało nie tylko jego spotkania i rozmowy, ale nawet każdy mebel czy przedmiot. Bezustannie urządzano przeciwko niemu prowokacje, próbowano go oczernić, zdyskredytować i skłócić, podrzucano anonimy i fałszywki, kontrolowano korespondencję. SB miała kopie wszystkich pieczęci i kluczy kurii. Prymas był codziennie śledzony przez kilkudziesięciu donosicieli. Skala była tak ogromna, że na miesiąc przed śmiercią ks. Jerzego Popiełuszki jeden z jego zabójców, por. Waldemar Chmielewski obronił w akademii MSW pracę magisterską poświęconą inwigilacji ks. Stefana Wyszyńskiego. Jednak w teczkach SB nie ma absolutnie niczego, co mogłoby rzucić na niego choćby cień podejrzeń. Ten święty człowiek naprawdę naśladował Chrystusa. Z nikim nie walczył, wybaczał prześladowcom, a nawet martwił się o ich zbawienie. Wiedział, kto na niego donosi, a mimo to nie potępiał. W filmie padają słowa: „on nie walczył z żadnym ustrojem, on w każdym ustroju walczył o człowieka…”. Jak to możliwe, że pod taką presją przeprowadził przez piekło nasz naród i pozostał bez cienia? Film dokumentuje, że jeśli ktoś był czysty jak diament, to taki pozostanie nawet w esbeckich teczkach. Paradoksalnie, teczki, które miały go zniszczyć, dziś są materiałem dowodowym w procesie jego beatyfikacji.

Nakręciła pani 200 filmów. Czy mają jakiś wspólny mianownik?

Są filmami po prostu o ludziach, zwykle jakiejś grupie, czasem narodzie, i mają jakieś przesłanie. Na przykład, gdy przed 1989 rokiem nie mogłam kręcić filmów w Polsce, kręciłam je w Azji, pokazując tamtejsze realia zbieżne z polskimi, np. w filmie o sikhizmie i Złotej Świątyni w Pendżabie, do której wpuszczono mnie tylko dlatego, że miałam czapeczkę z napisem „Solidarność”. Sikhowie gotowi byli ginąć za wiarę i naród z rąk Anglików, podobnie jak Polacy z rąk Niemców czy Sowietów.

Jak zaczęła się pani przygoda z kamerą?

Od agencji Interpress, która udostępniała kamery m.in. alpinistom czy podróżnikom. W ten sposób zaczynali Elżbieta Dzikowska, Stanisław Szwarc-Bronikowski, Szymon Wdowiak i kilku znanych himalaistów. Pierwsze reportaże nakręciłam w Pakistanie. Kolejny pokazano na festiwalu we Włoszech razem ze „Spiralą” Zanussiego. W latach 70. myślałam o Łódzkiej Szkole Filmowej, ale na reżyserii na 200 kandydatów czekały dwa miejsca, w tym jedno „zarezerwowane” dla dziecka znanych, komunistycznych filmowców. Uznałam, że nauczę się filmować sama.

Czyli postanowiła pani zostać reżyserem?

Chciałam pójść śladami Kieślowskiego. Marzyłam o filmach o Polsce, ale w Interpressie nie życzono ich sobie, więc dalej jeździłam z kamerą do Azji. Tak powstało 50 reportaży. Trafiały do TVP i „demoludów”, gdzie zarabiali na nich wszyscy, tylko nie autorka. Mnie nawet nie dawali przepustki do gmachu telewizji. Dopiero gdy nastała Solidarność, mogłam zacząć studia dziennikarskie na Uniwersytecie Warszawskim, bo przedtem do egzaminu wstępnego potrzebne było polecenie jednostki PZPR kandydata. Studiowałam i wyjeżdżałam na wyprawy wysokogórskie i filmowe do Azji.

Solidarność to czasy przełomu także w pani pracy zawodowej?

W pracy nieco później. W 1986 roku pojechałam na spotkanie z Wałęsą, gdzie był tłum moich przyjaciół dziennikarzy. Wałęsa apelował, żeby „wchodzić w struktury i rozsadzać od środka”. Bardzo mnie to przekonało i zaczęłam pracować w redakcji reportażu podróżniczego w TVP. Szef był młody i nie interesował się polityką. Później okazało się, że jego ojciec był w stanie wojennym zarządcą komisarycznym fabryki i w nagrodę za jej likwidację otrzymał posadę dla syna. Redakcja funkcjonowała na zasadzie „wyzysku wariatów”, którzy jeździli z kamerą na koniec świata i robili wszystko sami, a honoraria zgarniał kto inny. Żyłam wśród cudownych ludzi. Z Szymkiem Wdowiakiem dzieliliśmy biurko na pół, bo mieliśmy po pół etatu.

Czyli lata 80. to nadal filmy podróżnicze?

Ale nie tylko. Pozwolono mi wreszcie zrobić film w Polsce – dokument o Marii Łopatkowej i więźniarkach z dziećmi do trzeciego roku życia w Krzywańcu. Przygód mieliśmy dużo, film się udał, ale opinie zebrał złe, bo w czołówce wymieniono bezpartyjnych. Gdy zbliżał się rok 1989, cała telewizja drżała ze strachu. Partyjni przechodzili do firm, zostawiając w telewizji swoich ludzi, z którymi podpisywali sute kontrakty. Ja dostałam propozycję z Izraela zrobienia filmu o kibucu marksistowsko-leninowskim. Zgodziłam się i przy okazji nakręciłam marzenie mojego życia, film o Drodze Krzyżowej w Jerozolimie.

Dochodzimy do tzw. transformacji ustrojowej.

Zachłystywałam się tym, że mogę dotrzeć z kamerą w Polsce do miejsc, o których nikomu się nie śniło. Nakręciłam dużo filmów, ale największe przygody miałam w Akademii Obrony Narodowej, wcześniej Akademii Sztabu Generalnego. W 1992 roku pojechaliśmy tam z ekipą na reportaż. Odkryliśmy nieznany świat za murami, przez pół wieku odgrodzony od ludzi. Wierchuszka Ludowego Wojska liczyła, że zostanie Układ Warszawski. My przeżywaliśmy, że teraz wojsko będzie nasze.

Jak to się stało, że skończyła pani tę uczelnię?

Wywiadu udzielał komendant. Po koniaczku rozmarzył się, że taki cywil jak ja powinien tam studiować, bo cywilni decydenci nie mają pojęcia o wojsku. Od niechcenia spytałam, jak to zrobić. Generał wyliczył papierki i kto ma je podpisać. Tak się złożyło, że to byli moi koledzy z gór! Dokumenty miałam tego samego dnia. Na rozpoczęciu roku byłam ja i 380 mężczyzn w mundurach. Wcześniej nie studiował tam żaden cywil. Nie było łatwo. Niektórych wykładów zupełnie nie rozumiałam. Gdy padałam ze zmęczenia, pewien pilot Su-27 nauczył mnie spania z otwartymi oczami. W końcu zdobyłam dyplom uprawniający do pracy w wojsku w randze generała.

Nadal kręciła pani filmy?

Na temat obronności. Miałam też rozległe kontakty w niesłychanych środowiskach w Azji, mogłam np. kręcić w szkole talibskiej. Niestety, do TVP wracali ludzie PRL i gdy byłam u szczytu możliwości, moje filmy stały się niepotrzebne, bo jest w nich jakiś ksiądz, cierpienie, problemy najsłabszych. Telewizja nie była tym zainteresowana, więc wróciłam do samodzielnego filmowania i wyjazdów do Azji. Nie było to proste. Moja forma alpinistki przepadła, choć kiedyś w Afganistanie zdobyłam przełęcz 5500 m n.p.m. (nazwałam ją Kotal-e-Madar, czyli Przełęcz Matki). Poza tym Azja zdrożała. Na któryś wyjazd zaproponowano mi 30% budżetu, czyli bez kamery i dźwiękowca. Porządny film udało mi się zrobić tylko dzięki pomocy panów Stasiaka i Kurtyki. Wtedy też TVP dała mi pieniądze na wyjazd bez kamery, którą Janusz Kurtyka nieodpłatnie pożyczył z Instytutu Pamięci Narodowej.

Czyli TVP też wróciła do jakichś peerelowskich początków?

Gorzej. W PRL dzięki chęci uwiarygodnienia się niektórych komuchów pewne sprawy można było zrobić. Pozwalali filmować, bo im się opłacało. Dziś w telewizji już nikomu nie zależy ani na uwiarygodnieniu się, ani na czymkolwiek. Liczy się kasa. Po katastrofie w Smoleńsku w 2010 roku odeszłam z pracy z TVP, bo dotknęły mnie szykany i nie miałam szans na kręcenie filmów.

Jednak do tego czasu udało się pani kręcić filmy o Polsce…

Filmy o Polsce są najważniejsze. Sytuacyjne, obserwacyjne, niekoniecznie polityczne. Na przykład o pierwszych kobietach w wojsku i zetknięciu tych niesamowitych, wspaniałych, pięknych 19-latek z nadętym generałem, który ma 60 lat, z tego 40 w ciężkiej komunie z rosyjskim dowództwem. Inne wielkie tematy to ks. Popiełuszko, abp Majdański czy ks. Peszkowski. Fascynujące było samo poznanie tych ludzi. Janusz Kurtyka zaproponował mi nagrywanie relacji świadków historii. Mogłabym to robić do końca życia, ale Smoleńsk wszystko skończył.

Nakręciła pani dużo filmów o różnych religiach.

Filmy o sikhach czy buddystach kręciłam nie po to, żeby Polaków konwertować, tylko żeby pokazać wagę religii dla człowieka i wynajdować elementy wspólne. Buddyści krwawo płacili za wiarę. W Tybecie zabito 100 tysięcy lamów. Prawdziwa religia jest wielką wartością. Odwrotnie niż postkomuna, w której nie ma wartości, a jedynie prymitywne towarzystwo. Więc w każdym filmie starałam się „upchnąć” Pana Boga i pokazać człowieka, który jest istotą spójną, gdy ma wartości. Może to być misjonarz, który pół wieku opatruje trędowatych w Indiach i mówi do kamery, że „misjonarz jest najlepszym ambasadorem, bo tutaj, wszyscy wiedzą, gdzie jest Polska i jaka ona jest”.

Kręciła też pani reportaże dla Caritas Polska.

Pokazałam losy pieniędzy, które Caritas uzyskuje ze sprzedaży świec wigilijnych, po 10 groszy na fundusz pomocowy. W Afganistanie sfilmowałam uratowaną przez te pieniądze 20-tysięczną wioskę, w której część mieszkańców została wymordowana, a reszcie groziła śmierć głodowa. Gdy dziś pojawi się tam Polak, otwierają się wszystkie drzwi. W Indiach byłam w rejonie trawionym suszą, gdzie uratowano ujęcie wody dla 100-tysięcznego miasta. Podobnie było w Mongolii, gdzie nastały mrozy, padło bydło i wyschły studnie, a Caritas zbudował 70 nowych. W Kongu i Rwandzie odwiedziłam szpital misyjny, w którym cztery polskie siostry codziennie ratowały 200 dzieci od śmierci głodowej. Byłam w Iranie po trzęsieniu ziemi, gdy w sekundę 100-tysięczne miasto Bam legło w gruzach, rzeka znikła, a ludzie znaleźli się na pustyni. Te filmy miały w Polsce dużą oglądalność, bo pokazywały, że kupowanie świec jest ważne.

Czy pani odejście z telewizji to koniec pracy dokumentalistki?

Ależ skąd! Pracuję dalej, pokazuję filmy. „Zawód: prymas polski” wciąż budzi zainteresowanie. Ludzie zawsze szukają Boga, autorytetu. Kilka lat temu odkryłam historię polskich himalaistów, o których nakręciłam reportaż „Nanda Devi – bogini śmierci”. Jest to opowieść o pierwszej polskiej wyprawie w Himalaje, która w 1939 roku zdobyła Nanda Devi East (7434 m), według wierzeń zamieszkany przez boginię Nanda, gotową zabić każdego intruza. Dwaj zdobywcy wkrótce zginęli, przysypani lawiną. Dwaj pozostali nie mogli wrócić do Polski, bo wybuchła wojna, i też zginęli w niewyjaśnionych okolicznościach – jeden w Anglii w czasie wojny, drugi w Polsce po jej zakończeniu. Teraz kończę książkę o polskich lotnikach, którzy w 1940 obronili Anglię, a po wojnie wyjechali do Pakistanu i założyli Pakistańskie Siły Powietrzne. Książka ukaże się tam w tym roku. Polacy są wspaniałymi ludźmi i potrafią dokonywać wielkich rzeczy. Z perspektywy 30 lat pracy filmowej widzę, że nie pomyliłam się, gdy po Akademii Obrony powiedziałam w wywiadzie: „mój bojowy cel w życiu to nie dać się wygnać z Polski!”.

Autor: MAREK GIZMAJER