Koniec górskiej złotej wolności

4

To był najtragiczniejszy sezon narciarski w ostatnich latach w Polsce: co najmniej sześciu zabitych. To ostatni dzwonek wskazujący, że kończy się era beztroskiej, nieuregulownej przepisami jazdy na stokach.


Foto: Archiwum

W ostatnich latach na stokach pojawili się amatorzy snowboardu

To był najtragiczniejszy sezon narciarski w ostatnich latach w Polsce: co najmniej sześciu zabitych. To ostatni dzwonek wskazujący, że kończy się era beztroskiej, nieuregulownej przepisami jazdy na stokach.
 
Dwa tygodnie temu wjechałam wyciągiem na stok Skrzycznego i przeżyłam szok. Nie dlatego, że tłok tam gorszy niż na stołecznej ulicy Marszałkowskiej – do tego zdążyłam się już przyzwyczaić. Ogarnęło mnie przerażenie, bo ewolucje narciarzy przypominały rodzaj szalonego tańca, w którym kolorowe punkty wymijały się i zderzały z ogromną prędkością.
Jeżdżę na nartach od dwudziestu lat, ale przez kilka minut nie miałam odwagi ruszyć z miejsca. Kiedy się w końcu zdecydowałam, nagle pod moimi nogami pojawiła się kobieta. Leżała sobie zwyczajnie za muldą i odpoczywała. W ostatniej chwili udało mi się nie ściąć jej głowy. I wtedy poczułam uderzenie w plecy. Ktoś wpadł na mnie z całej siły i przewrócił na śnieg.
– Sorry – zrobił głupią minę – każdy jeździ jak umie.
I trudno o trafniejszą diagnozę sytuacji na naszych stokach narciarskich. Jeździ, kto może, na czym tylko chce i jak chce. W tym sezonie ratownicy TOPR interweniowali już 1700 razy, a działającego poza Tatrami GOPR – niemal dwa tysiące razy. To o 30 procent więcej niż w ubiegłym roku w tym samym czasie. A co gorsza, wszystko wskazuje na to, że będzie to dla nas najtragiczniejszy sezon narciarski. Od grudnia w górach w kraju i za granicą zginęło już sześciu Polaków.

– Najwyższy czas uświadomić sobie, że era beztroskiego przecinania pustych, ośnieżonych szlaków już się skończyła – grzmi Andrzej Bachleda-Curuś, jeden z najsłynniejszych polskich narciarzy. Zatłoczone, oblodzone stoki, na których rozwija się zawrotne prędkości, są dziś często tak niebezpieczne jak ulice w godzinach szczytu.
Kiedyś na nartach jeździli głównie mieszkańcy południowej Polski i nieliczne grupki zapaleńców z innych rejonów kraju, którzy przez lata szlifowali technikę jazdy. Dziś zimowy urlop z deskami jest niemal tak samo popularny, jak kiedyś biwak pod namiotem na Mazurach. Z badań Pentora wynika, że na nartach albo snowboardzie jeździ już ponad cztery miliony Polaków. To cztery razy więcej niż trzydzieści lat temu. Nikt wtedy nawet nie przypuszczał, że za kilkadziesiąt lat w górach zrobi się tłoczno i narciarze zaczną nosić kaski.
Mimo że zimy u nas robią się cieplejsze, a śniegu jest coraz mniej, narciarstwo w Polsce przechodzi dziś tę samą ewolucję, jaką obserwowaliśmy w Europie w minionych dekadach. W Alpach powstały ogromne ośrodki z setkami kilometrów tras, restauracjami, sklepami i hotelami. Świetnie przygotowane, sztuczne światy w górach przeznaczone dla tysięcy turystów.
– Dziś stoki na całym świecie stają się czymś w rodzaju barów McDonald’sa. I nie ma już od tego odwrotu – twierdzi Bachleda-Curuś.

Tyle że w barze z fast foodem zwykłe "sorry" przy nieuważnym potrąceniu wystarczy. W górach nieuwaga może skończyć się tragicznie. Dlatego na przykład w Alpach ofiara wypadku może dochodzić swoich praw w sądzie i wywalczyć odszkodowanie, a brawurowi narciarze są usuwani ze stoków przez policję. W Polsce ciągle jeszcze nie mieści nam się to w głowie.

OGÓRY I KOMÓRY

Słyszę wrzask. To pani w futrze i białych ocieplanych kaloszach, która postanowiła potraktować stok jak chodnik. Teraz zsuwa się z oblodzonego zbocza. Przejeżdżam z dala od tej miłośniczki spacerów i trzymam się prawej strony, bo ten kawałek stoku ma szerokość kilku metrów. Pomiędzy mną a brzegiem przejazdu nikt nie ma prawa się zmieścić. Błąd. Rozpędzony narciarz w kurtce za co najmniej trzy tysiące złotych się zmieścił. Pruje w dół z radosnym okrzykiem: "Uha". Na jego "U" dostrzegam zagrożenie. Na "ha" wywracam się jak długa. Mistrz prędkości nawet się nie zatrzymał, żeby sprawdzić, czy nie skręcił mi karku.
Bachleda-Curuś nazywa takich ogórami. – To typ narciarskiego nuworysza, któremu oprócz umiejętności brakuje ogłady – tłumaczy. Ogóry rozmnożyły się ostatnio na stokach jak przez pączkowanie, bo postęp w konstrukcji sprzętu pozwolił im na ekspresową wręcz naukę podstaw jazdy. Taką możliwość daje snowboard i narty taliowane, zwane karwingami, które pojawiły się w latach 90. Nie tylko łatwiej się na nich uczyć jeździć, ale rozwija się też o wiele większe prędkości niż na dawnych, prostych deskach. Wystarczy kilka dni, aby poczuć się na stoku pewnie. I tu pojawia się problem.
– Ludziom się wydaje, że są mistrzami stoku, kiedy potrafią dobrze się rozpędzić i poślizgać na krawędziach – uważa Grzegorz Lewiński, trener z wieloletnim doświadczeniem. Bo ogóry tak naprawdę nie panują ani nad sprzętem, ani nad prędkością. A często mają nawet problemy ze zwykłym hamowaniem.
Dlatego zanim zaczniemy tworzyć kodeks zasad korzystania ze stoku, musimy, zdaniem Andrzeja Bachledy-Curusia, natychmiast rozpocząć naukę elementarnych zasad kultury jazdy.
Bartosz Szyszkowski ze Stowarzyszenia Promocji Sportów Ekstremalnych opowiada o narciarzu, który na wyjeździe integracyjnym z firmy się upierał, że świetnie radzi sobie bez trenera. Później z takim impetem wjechał w stojący na zboczu bar, że wyrwał blat stołu i złamał sobie dwie nogi.
Ofiarą podobnego ogóra stał się niedawno w Zakopanym aktor Marek Włodarczyk. Stał w dobrze widocznym miejscu, kiedy nagle z góry wpadł na niego rozpędzony narciarz. – Skończyło się wizytą w szpitalu i poważną kontuzją barku – opowiada.
Jeszcze gorzej jest jest, gdy na stoku spotkają się dwa ogóry. O takim przypadku opowiada Pierre Michel, francuski trener narciarstwa, który od lat pracuje w Alpach. – Jeden Polak nie umiał hamować, drugi ni z tego, ni z owego zatrzymał się na środku stoku, żeby odebrać komórkę. Jego koledzy zatrzymali się za nim. Zabarykadowali mi drogę – opowiada trener. Kiedy zwrócił im uwagę, nie wiedzieli, dlaczego właściwie się czepia. Zrozumieli dopiero wtedy, kiedy w środek ich grupki wpadł początkujący narciarz. Nie dał rady zahamować przed przeszkodą. Skończyło się zszywaniem skroni i karczemną awanturą.
W ostatnich latach na stokach pojawili się amatorzy snowboardu, ale też innych wynalazków, takich jak krótkie narty zwane big footami. Każda z tych desek wymaga innej techniki jazdy, a ich tory mają różną charakterystykę i na stoku muszą często się przecinać.
– To właśnie na tych krzyżówkach najczęściej dochodzi do kolizji – twierdzi ortopeda, dr Grzegorz Adamczyk, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Traumatologii Sportowej.
Aby temu zapobiec, w niektórych ośrodkach w Stanach Zjednoczonych zaczęto nawet dzielić trasy na przeznaczone dla snowboardzistów i narciarzy. W Polsce to na razie nierealne. Ale z całą pewnością byłoby bezpieczniej, gdybyśmy wprowadzili kary za spowodowanie kolizji i mandaty za nieodpowiedzialną jazdę, tak jak w Austrii czy Włoszech.

KASKI BEZ GŁÓW

Trasa oznaczona kolorem czarnym. A więc stroma, trudna. Zza zakrętu wyłania się wąsaty pan po pięćdziesiątce. Pędzi w pozycji siedzącej w kierunku, w którym niosą go opatrzność i grawitacja. Nie, bynajmniej nie testuje nowego sprzętu do ekstremalnych zjazdów. Używa tradycyjnego jaskrawożółtego jabłuszka. Być może nie wie, że stoki są tylko dla narciarzy. I na sto procent nie przyszło mu do głowy, że na kawałku plastiku nie da się ani skręcić, ani zahamować. Przelatuje przede mną z prędkością światła i wpada na nastoletniego snowboardzistę, który dopiero uczy się jeździć. Na szczęście chłopak ma na głowie kask. U nas to ciągle rzadki widok. Wąsaty jegomość też ma szczęście – parę lat temu na zboczu Gubałówki na takim właśnie jabłuszku zabił się kilkuletni chłopiec. Wjechał na drzewo.
Poseł Ireneusz Raś z PO chce wprowadzić ustawę, która nakazałaby wszystkim narciarzom i snowboardzistom do 18. roku życia obowiązkową jazdę w kaskach. Jak na razie jedynym krajem, gdzie one są obowiązkowe, i to tylko wśród dzieci do 14. roku życia, są Włochy.
Dyskusja na ten temat toczy się właśnie wśród austriackich polityków. Nagłe zainteresowanie urazami głowy wywołał głośny wypadek spowodowany przez Dietera Althausa, premiera Turyngii i bliskiego współpracownika Angeli Merkel. Althaus zajechał w Austrii drogę innej narciarce. Kobieta zmarła w drodze do szpitala, polityka udało się odratować. Althaus jeździł w kasku. Ofiara wypadku – nie. Premierowi postawiono zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci.
– Sam jeżdżę w kasku i polecam to wszystkim – komentuje Peter Veider, ekspert od bezpieczeństwa górskiego i szef ratowników w Tyrolu. – Mimo to jestem zdecydowanie przeciwny ustawowym nakazom. Taki odgórny przepis nie spowoduje, że stoki nagle staną się oazą bezpieczeństwa.
Kask rzeczywiście chroni głowę przed urazem, ale tylko przy drobnych stłuczkach i wywrotkach, kiedy prędkość nie przekracza 36 km na godzinę.
– Do większości tragedii dochodzi jednak przy dwukrotnie większej prędkości – tłumaczy dr Grzegorz Adamczyk, ortopeda. A to właśnie posiadacze kasków częściej taką rozwijają, bo w plastikowym ochraniaczu czują się zwyczajnie pewniej. I koło się zamyka.
– Kaski nic nie dadzą, jeśli na stokach nie będziemy przestrzegać zasad ruchu – mówi Bartosz Szyszkowski, prezes Stowarzyszenia Promocji i Rozwoju Sportów Ekstremalnych.
Takie zasady istnieją, wprowadziła je w latach 60. Międzynarodowa Federacja Narciarska (FIS). Siedem lat temu zostały zaktualizowane i dostosowane do nowego stylu jazdy i sprzętu. Tyle że w Polsce tablic informacyjnych z nowymi regułami FIS próżno szukać przy wyciągach. Większość narciarzy nie ma na przykład pojęcia, że dziś już nie zawsze osoba jadąca niżej ma pierwszeństwo, a ten, kto jedzie za nią, musi się do niej dostosować. Teraz narciarz wykonujący skręt i podjeżdżający pod górę ma obowiązek się obejrzeć i sprawdzić, czy nie zagraża osobie jadącej powyżej.
Gdy na polskim stoku zdarzy się wypadek, za akcję ratowniczą płaci GOPR lub TOPR, a za pobyt w szpitalu NFZ. Głupota naszych narciarzy nic nie kosztuje. Odwrotnie niż w krajach alpejskich – tam koszty akcji ratowniczej i leczenia są tak wysokie, że nikt przy zdrowych zmysłach nie ośmieli się wjechać na stok bez wykupionej polisy.
Ale i tak żaden ubezpieczyciel nie pokryje kosztów zwykłej bezmyślności. Za nią każdy musi płacić sam. Tak jak 19-letni snowboardzista z Polski, który tej zimy postanowił pojeździć poza trasą we włoskiej Adydze Górnej. Pech chciał, że wybrał do tego miejsce zamknięte z powodu zagrożenia lawinowego. I niestety został lawiną przysypany. Na szczęście z daleka zobaczyli go instruktorzy narciarscy i wezwali pomoc. Chłopaka odratowano w ostatniej chwili, całkowicie sinego z objawami zamarznięcia. Za narażenie życia ratowników odpowie przed sądem.

LEĆ PRZEZ GOŁOLEDŹ

Przede mną mulda za muldą, a pomiędzy nimi kawałki lodu i wystające spod śniegu kamienie. Pani w białych spodniach i kusej kurtce mocno przeliczyła się ze swoimi umiejętnościami. Po skręcie wybiło ją na nierówności i narty poniosły same. Rozpoczęła się walka z grawitacją. I to dosłownie. Narciarka z impetem sunęła w dół dobre kilkanaście metrów, pupą szorując po lodzie. Chyba tylko siłą woli udało jej się zatrzymać tuż przed nienaturalnie wygiętym pałąkiem, za którym wystawał ostro zakończony głaz. Trudno powiedzieć, dlaczego obsługa tras nie wyrównała muld ratrakiem, a niebezpiecznych fragmentów skał nie zakryła warstwą śniegu, tym bardziej że napadało go z dobre pół metra. Widać go było wszędzie, tylko nie na stoku. Tam panowała gołoledź.
Na początku lutego właśnie lód i kamienie na stoku mogły być przyczyną śmierci 20-latka z Korbielowa, który zginął na Hali Buczynki pod Pilskiem. Chłopak był pracownikiem ośrodka narciarskiego GAT – pojechał na górę sprawdzić, jakie warunki są na trasie.
– Trasy są u nas fatalnie przygotowane. Dlatego dziesięć lat temu obiecałem sobie, że już nigdy nie spędzę zimy w polskich górach. Szkoda na to nerwów – mówi zapalony narciarz, dziennikarz Grzegorz Miecugow. Niestety dla siebie w tym roku tę zasadę złamał. Pojechał do Wisły na zawody zorganizowane przez TVN. I od razu upadł na niewyrównanym przez ratrak kawałku zbocza. Ma poważaną kontuzję kolana. Musi chodzić w stabilizatorze.
– Już wcześniej zaplanowałem wakacje w Alpach i nie mam zamiaru z nich zrezygnować. Szkoda tylko, że jedyny rodzaj jazdy, na jaki będę mógł sobie pozwolić, to jazda po autostradzie w charakterze kierowcy – żartuje.
Być może za następne dziesięć lat, kiedy Miecugow ponownie odważy stanąć na polskim stoku – będzie czuł się tak samo pewnie jak w Alpach. Być może, bo właśnie toczy się u nas precedensowa sprawa przeciwko właścicielowi stoku w Wierchomli. Cztery lata temu narciarka poślizgnęła się na oblodzonym przejeździe i uderzyła głową w niezabezpieczoną latarnię. Przez dwa tygodnie leżała nieprzytomna w szpitalu. Przeszła trzy operacje głowy. Domaga się 300 tys. odszkodowania. Jej wygrana może wiele zmienić. Ale to dopiero początek. Ruch na górskich trasach, podobnie jak w przestrzeni powietrznej czy na jeziorach – do niedawna także obszarach nieograniczonej swobody – tak czy inaczej zostanie wkrótce poddany szczegółowym regulacjom prawnym. Era złotej wolności na stokach to już przeszłość.

WSPÓŁPRACA: FILIP GAŃCZAK, AGATA JANKOWSKA

Newsweek

Autor: Maja Gawrońska