Kuba – rajski smak kokosu

19

Wyjazd na Kubę to jak zmiana skóry – z poszarzałej, suchej, trochę szeleszczącej na świeżą, sprężystą, lekko oliwkową. Długo oczekiwana podróż w czasie, przestrzeni i mentalności. Kuba brzmi jak marzenie – obiecująco, i to tylko w rajskim znaczeniu szczęścia.

Na Kubie nie może być smutno, szaro, nijako, bez smaku. Oczekuje się wulkanów energii, kolorów, zabawy, intensywności smaków i życia.

Ciekawa historia synonimów, które niejako nie mogą mieć nic wspólnego z kubańską rzeczywistością. Salsa, cza-cza, tropikalny klimat nie są gwarancją dobrobytu i rajskiego smaku kokosu. Jednak nie myślimy o tej wyspie inaczej jak o raju na ziemi w socjalistycznej oprawie. A przewodniki tego nie obiecują…

Varadero – półwysep sztucznego zbytku

Tu jest największe skupisko zagranicznych turystów, bo tutaj jest przepiękna piaszczysta, 20-kilometrowa plaża i szmaragdowa barwa oceanu o temperaturze ciepłej zupy. 90 hoteli koncernów – gigantów, all inclusive bez wyboru. Palmy, wiatr, delfiny i białe kumulusy włącznie. Przyrodniczy luksus dla wszystkich.

Po Varadero jeździ turystyczny autobus w tę i we w tę. Za pięć CUC można się nim wozić przez cały dzień, wsiadać i wysiadać, kiedy się chce. I zwiedzać. O dziwo, w tym gąszczu betonowych budowli zachowało się coś, czym Varadero zaskakuje. Mały, wydarty inwestorom skrawek pierwotnego lasu – Reserva Ecologica Varahicacos. Sama przyjemność. Dziko, jak w dżungli i cuda co krok. A to mogney rośnie, która to roślina służyła rybakom do znieczulania ryb, a to budowle termitów na ziemi bądź drzewach czy kaktusach, a to niesamowite związki roślinne, tworzone po to, by przeżyć, a to wyjątkowe formacje skałkowe, np. psie zęby, doły, w których kryją się kraby, żmije, raki, a to drzewa zrzucające skórę, jak turyści po karaibskim urlopie (almacigo – podobno napełnia pozytywną energią), a to kaktus samobójca, który pozbawia się wody, raniąc się własnymi kolcami. W końcu jaskinie, w których żyli kiedyś Indianie, a setki lat później skrywali się przemytnicy. Dziś wypełniają je nietoperze i parę kości rozrzuconych jako eksponaty. Ach, jest tu jeszcze jeden kaktus – 300-letni metuzalem.

Za tablicą, na której napisano “zawrócić”, rozciąga się wodna, dzika kraina. Magiczna cisza, atmosfera i nienaruszony obraz czystego (pierwotnego) świata. Tysiące istnień, których nie przeczuwamy, a które wypełniają sobą niewidocznie przestrzeń egzystencji. Dobry, lekki moment jedności.

Hawana

Stara, sypiąca się dama, ale harda i dumna, trzymająca się resztek świetności i zbyt szybko przemijającej urody. Hawana i jej oblicze bezlitośnie odarte z makijażu, jej ciało – pozbawione szat, jej dusza – ogołocona z aury domysłów. Tutaj wszystkie drogi prowadzą do rumu.

Jej domy były piękne – dziś walą się jeden za drugim, nieliczne mają szczęście i otulone rusztowaniami czekają na remont. Jej drogi – zużyte przemarszami buntu. Jej mieszkańcy – nieznający czynszów, podatków, ubezpieczeń. 2,3 miliona ludzi, którzy rzuceni na pastwę walki z wiatrakami wydają parę kubańskich peso na subwencjonowane towary na przeżycie. Tłoków w sklepach nie ma. W kawiarniach i restauracjach też nie. Kubańczycy wymierają – na tutejszym największym cmentarzu odbywa się codziennie około 50 darmowych pogrzebów, a przyrost naturalny jest katastrofalny.

7-kilometrowe nabrzeże mogłoby zapierać dech w piersiach. Z daleka – wow! – wrażenie przepychu i wielkoświatowości. Kiedyś piękne oblicze Hawany, jako pierwsze ukazujące się przypływającym statkom, dziś wybrakowane i sypiące się; nie ma się do kogo wdzięczyć, bo nabrzeżne życie zamarło. Patrzy Hawana w przestrzeń pustą, horyzont nieosiągalny. 11 milionów Kubańczyków rozsianych po całej wyspie patrzy jednak na nią – z oczekiwaniem i nadzieją. To tu się wszystko zaczyna, przybysze z różnych stron zmieniali ją na swoją modłę i według swoich idei. Kiedyś perła Karaibów, przyciągała milionerów, mafiosów, intelektualistów. Kubańczycy z dumą opowiadają o pojedynczych budowlach – że to były Hilton, Teatr Narodowy, szpital, uniwersytet, znów hotel, bądź była willa ministerium. Z dumą opowiadają też o kruszących się fasadach, wyblakłych, odartych z farb, jakby historia i przeszłość upiększały im znajomą rzeczywistość. Dom obok się zawalił, następny pewnie zawali się za chwilę – jak będzie to miasto wyglądało za 50 lat?!

Plac Rewolucji zdaje się być mocny i solidny. Monumentalny. Jakby głos Castro wciąż tu rozbrzmiewał, jakby największy na świecie portret Che Guevary jeszcze większym i dostojniejszym go czynił. Wokół szaropłytowe blokowiska rządowe, skąd wypływa niemoc życia i rewolucja utopii.

Kubańczycy zdają się tą drogą – raz szeroką, bo wzmocnioną dumą patriotyzmu, raz wąską, bo znającą biedę i brak możliwości – maszerować dzielnie. Z zadowoleniem i wiarą w zwycięstwo. Nie lubią, gdy mówi się o ich świecie źle. Chwalą darmową medycynę i oświatę, narzekają na brak mieszkań, tańczą w miejscach pracy i zawsze mają czas. Pogodni, roześmiani, ale z dystansem. Świadomi własnej wartości, lękający się szpiegów i wszelkich podejrzeń. Mieszanka nieprzenikniona.

Tylu żyje rewolucją. W rewolucyjnych warunkach – w rozwalających się domach, brudzie, ze sklepami za kratami, na ulicy, bez choćby drobiny luksusu. 11 milionów Kubańczyków żyje rewolucją. Śmieją się mimo wszystko. Rum, cygaro, brak poważnych obowiązków, brak stresu morderczej pracy, brak porządku, brak szyku, elegancji. Życie z dnia na dzień, od 52 lat – jakby rewolucja wydarzyła się wczoraj.

To czyni Hawanę melancholijną. Biali, czarni i mulaci – wszyscy równi, wszystkim po równo w mniejszych lub większych częściach. Atmosfera fiesty, ale rak Hawany przeraża. Przeżarta ideą walki za wszelką cenę, zdaje się być tylko na chwilę. Co z niej zostanie za 50 lat?

Hawanę chłonę. Mieszam się w rozleniwiony tłum rozkrzyczanych, ale i odpoczywających mieszkańców. Chodzę uliczkami, mając wrażenie, że wszystko za chwilę zwali się mi na głowę. Zapachy dręczą nos, wszechobecna muzyka sprawia, że już po chwili kołyszą się biodra i nogi. Rewolucyjna melancholia udziela się i mnie. Przysiadam na chwilę przy promenadzie Malecon, aby obserwować ich błogą monotonność życia i brutalność przy nielegalnym obdzieraniu kozy ze skóry.

Im dalej od Hawany, tym większy żar

Opuszczam miasto paradoksów, aby zagłębić się w kraj… paradoksów. Przez zdewastowaną stolicę dojeżdżam do autostrady, po której mało kto jeździ, więcej ludzi przy niej stoi i czeka na okazję. Jadę na zachód do Pinar del Rio, aby zobaczyć najpiękniejszy – podobno – skrawek Kuby. Mijam osady budowane w latach 80., poszarzałe blokowiska, dla których nie ma już żadnego ratunku, bananowe pola, trzcinę cukrową, królewskie palmy i sztuczne zbiorniki słodkiej wody.

Im bliżej Pinar del Rio, tym więcej domów o zielonych dachach, w których po zbiorach suszy się przez 3 miesiące tytoń. W związku z tym, że fabryka cygar w Hawanie jest zamknięta, zwiedzam tutejszą – na powitanie policjant sprawdza, czy nie mam dużych toreb i aparatu fotograficznego, których to przedmiotów nie wolno tutaj wnosić. W hali, w której kręci się cygara, wszyscy pracownicy siedzą skierowani w stronę ściany, na której powieszono portret Fidela Castro – palącego i zwycięskiego. Kręcą młodzi i starzy, kobiety i mężczyźni, gdzieniegdzie siedzą i dzieci, ale nie kręcą. W innej hali sprawdza się jakość, w jeszcze innej sortuje do skrzyneczek według koloru, pod czujnym okiem kontrolera bądź nadzorującego. W fabrycznym sklepie można się zaopatrywać w to, co się widziało, niestety – tych najlepszych kubańskich cygar tutaj nie ma. Tych, które smakują jak espresso, gdy całuje się osobę palącą takie cygaro…

Ernest Hemingway kochał Kubę. Spędził tutaj szmat swojego życia. Za opowiadanie “Stary człowiek i morze”, które napisał właśnie tu, zainspirowany biednym rybakiem z Cojimar, dostał Nagrodę Pulitzera i Nobla. Kupił wynajmowany przez lata dom, w którym żył z kolejnymi żonami. Tu grzebał swoje psy i obserwował kąpiące się kobiety w basenie. Tu pił i tworzył, przeganiał depresję – z którą przegrał. Gdy po wyjeździe z Kuby w 1962 roku strzelił sobie przez usta w mózg, jego żona zabroniła wstępu do ich sypialni, w której spędzili wiele intymnych chwil. Do domu nie wolno wchodzić, otwarte są tylko drzwi i okiennice dla ciekawych i chcących robić zdjęcia. Niektóre z mangowych drzew zasadził sam, tak jak i sam dwa ze swoich psów pochował obok basenu. Kochał zwierzęta, szczególnie koty i psy, ale i uwielbiał polowania. Liczne trofea wiszą do dziś na ścianach w pokojach.

Karaiby czuje się każdym kawałkiem skóry

Trynidad – jest tu gorąco jak w piekle. Obojętnie, czy w dzień, czy w nocy. Na horyzoncie góry, zachmurzone szczyty traktowane porządną porcją deszczu, co dla mnie nie ma żadnego znaczenia.

Gorący dzień kończy się ciepłą kąpielą i smakiem czerwonego wina, przy rytmicznym kubańskim śpiewie. Słońce zaszło tak samo szybko, jak wzeszło, nie litując się ani minuty w ciągu tego długiego, pełnego wrażeń dnia. Baronowie modlą się do swojego Chrystusa z niewolnikiem za ścianą, śpiącym na podłodze i tysiącem innych, palących się w żarze słońca i ciężkiej pracy.

Trynidad – cukierkowe, kolonialne miasteczko. Nie leży wprawdzie nad samym morzem, ale ma port, przez który przypływały masy Afrykańczyków do niewolniczej pracy, a w czasie zimnej wojny broń nuklearna ze Związku Radzieckiego.

Miasto założył w 1514 roku Diego Velazquez, pierwszy hiszpański gubernator wyspy. Mszę założycielską odprawił Patre Bartolome de las Casas, który później wspierał i chronił Indian. I tak istniał sobie Trynidad następne stulecia, nie niepokojony przez nikogo i wolny od przemytu. Dopiero pod koniec XVIII wieku rozkwitł dzięki handlowi niewolnikami, plantacjom trzciny cukrowej, sprzedaży cukru i hodowli trzody chlewnej. W centrum miasta, obok kościoła, znajdują się “schody hańby”, gdzie wystawiano na sprzedaż tysiące Afrykańczyków, a w kościele modlono się do Chrystusa, który nie chciał miasta opuścić. Figurę chciano wywieźć do Meksyku, ale ilekroć próbowano, coś niewytłumaczalnego się działo: statki nie odpływały, ich dowódcy umierali… Stwierdzono, że wolą Boską jest, aby ta figura tutaj pozostała. We wszystkich “baronowych” domach, w których niewolnicy trzymani byli jak zwierzęta, obok łóżka były obowiązkowo klęcznik, różaniec i święty obrazek.

Niedaleko Trynidadu – w Manaca Iznaga – stoi wieża, wynik zakładu dwóch braci z rodziny Iznaga. Jeden z nich wybudował największą studnię, drugi wybudował obok najwyższą wieżę. Dzwon do niej, największy na wyspie, odlano w Nowym Jorku, zwoływał niewolników do pracy. Z wieży obserwowano też okoliczne pola – ze strachem i lękiem przed rebeliami i powstaniami. Wieża jest lekko krzywa i wysoka. Wchodzi się na nią po drewnianych schodach, które to wejście pewnie w każdym kraju Uni Europejskiej byłoby ze względów bezpieczeństwa zakazane. Tutaj można oddać się przygodzie i nie zważając na prowizoryczność i wiekowość budowli, wejść na górę. A tam można nie tylko podziwiać piękny dziś krajobraz, ale i wsłuchać się w życie osady. Niesamowity gwar dociera na górę: pianie kogutów, rozmowy, gdzieś tam pracuje piła, stuka wóz ciągnięty przez konia. Niedaleko wieży stoi dom rodziny Iznagów przekształcony w restaurację, ale parę oryginalnych przedmiotów z dawnych, smutnych czasów się zachowało: meble, żelazo na stopy, łańcuchy i skrzynki karne. I młyn, którym wyciskano sok z trzciny.

W czasie wojny o niepodległość uwolnieni, uciekający niewolnicy spalili okoliczne plantacje. Wraz z nimi skończyły się dla Trynidadu czasy niesprawiedliwego bogactwa i luksusu. Dziś potomkowie tamtych niewolniczych pokoleń plotą z traw pamiątki, wyszywają obrusy i sprzedają pod wieżą przybywającym turystom. Za peso, za mydło albo szampon. Dziś kwitnie turystyczny handel, ale przede wszystkim normalne kubańskie życie na przeżycie. Starsi siedzą przed domami, pchają wózki albo palą cygara. Młodzi handlują, naganiają turystów albo tańczą i grają do kotleta. W sklepach przyciągają wzrok wywieszone tablice z terminami dostawy kartkowego towaru – sól, olej i jajka aktualnie są. Gwar, pastelowe barwy, życie tętni, wylewa się z otwartych domostw na ulicę. Niepowtarzalna atmosfera.

Być może Kuba odpłaca swoją rewolucją te stulecia niewolnictwa, a z nim tragedię życia tysiąca ludzkich istnień. Idea równości – tak różna w stosunku do idei gorszych i lepszych, białych i czarnych – jakby miała wyrównać stare krzywdy. Niesamowita zmiana scenariusza. Pamięć o tamtym bogactwie musi być żywa. Z lubością, ale i zgryźliwym uśmieszkiem, opowiadają o pomyśle rodziny Cantero, żeby wyłożyć sobie sypialnię złotymi monetami – nie dostali na to zezwolenia od hiszpańskiego króla.

Emocje duże, ale sił mało, piekło karaibskiego klimatu sięga zenitu. Dopadam morza jak zbawienia, choć ulga nie jest tak ogromna, jak oczekiwałam. Woda jest trochę chłodniejsza od powietrza. To nic, nawet lekki chłód, chłodzik, chłodeczek to już coś przy tych temperaturach.

Wtopię się za chwilę w tropikalne powietrze, jakbym była jego tropikalną częścią. Wchłonie mnie bezlitośnie gorący klimat, jednoznacznie, bez pardonu. Po chwili wszystko jest naturalne i możliwe, każdy wysiłek niemal, każdy głębszy, spowodowany zmęczeniem, oddech. Dopóki słońce śpi jest tylko ciepło. Gdy wychyla się znad Morza Karaibskiego, jest przepiękne na horyzoncie. Gdy jest całe, okrągłe, niemożliwie jasne – jest tylko i wyłącznie gorąco. Konkretność barw jest prosta i wyraźna. Powstają piękne fotografie. Jakby się było w samym środku najpiękniejszego albumu.

Autor: IZABELA MACEK