Między Drawą a Gwdą, czyli… swoje też chwalę

12

Bywa nazywane małymi Mazurami, bo jezior jest tu “zaledwie” sto sześćdziesiąt sześć, ale hasło: “To Mazury, nie Amazonia” trawestuję: “To nie Mazury, a… Pojezierze Wałeckie”.

Geograficznie kraina ta należy do większego regionu – Pojezierzy Południowobałtyckich – i zajmuje jego południową część. W źródłach historycznych zapisywana jest jako ziemia wałecka. Dla mnie to po prostu rodzinne strony, miejsce wielokrotnych powrotów, niezliczonych i ciągle odkrywczych wypraw.

Najpiękniejsza podróż mojego życia
Praca “Między Drawą a Gwdą, czyli… swoje też chwalę” Anny Cebuli została nadesłana na III konkurs literacki pt. “Najpiękniejsza podróż mojego życia” zorganizowany przez Polonijny Klub Podróżnika i “Nowy Dziennik”. Jego wyniki ogłosiliśmy na łamach gazety 1 lutego 2012 roku.
Sponsorami nagród są: SPATA – Stowarzyszenie Polonijnych Agencji Podróży (www.spata.org), Classic Travel Inc. z Wallington, NJ (www.classic-travel.com) i Western Union (www.westernunion.com).

Krajobraz Pojezierza Wałeckiego tworzą pasma łagodnych i niewysokich wzniesień, pokryte na przemian rozległymi lasami lub rolniczymi patchworkami. Są tacy, którzy twierdzą, że takich dróg, które przejeżdża się tunelami z drzew na długich odcinkach, nie ma nigdzie indziej, a dostosowane do pagórkowatego terenu, jezior, niezliczonych oczek wodnych i stawów, miejscami przybierają charakter górskich serpentynek. Drogi te łączą ponad sto miejscowości, z których niemal każda to temat na odrębną opowieść i wyprawę.

Do tego Pojezierze Wałeckie przecinają rzeki – popularne w Polsce szlaki kajakowe, największe zaś – Drawa na zachodzie, Gwda na wschodzie i Noteć na południu, szósta co do długości w Polsce, ma szansę znaleźć się na prestiżowej liście UNESCO – wyznaczają granice regionu.

Dwukrotnie, w 1955 i 1967 r., Drawę pokonywał “Kaloszem” Karol Wojtyła, a w 1979 r. nad Rurzycą spędzał ostatnie “polskie” wakacje przed wyborem na papieża. W Jastrowiu stoi pomnik z napisem: “Ks. Kardynał Karol Wojtyła – Papież Jan Paweł II wypoczywał tu w lipcu 1978 r.”. W Trzebieszkach nad Rurzycą, w dawnej leśniczówce, mieszkała przed wojną Renate Marsch – dziennikarka niemieckiej agencji informacyjnej DPA, córka miejscowego leśnika. Że przed wojną leśnik to był ktoś, niech świadczy fakt, że jedna z najlepszych restauracji w tym regionie została urządzona w… kurniku.

Celem kilku moich wypraw była Człopa, która, mimo że najstarsza w regionie (za datę jej lokacji przyjmuje się rok 1245), nie ma zabytków do zwiedzania. Turystów, bardziej niż miasto – położone w otoczeniu dwudziestu jeden jezior (!), na skarpie malowniczej rzeki Cieszynki, na obrzeżach Drawieńskiego Parku Narodowego – przyciągają jego okolice. Szlaki przetarł tu, już przed wojną, Richard Frase – regionalny przyrodnik działający w pobliskim Bukowie, a później Szczuczarzu. Jedna ze ścieżek, bardzo popularna – “Śladami człopskich jezior” (18,1 km) – prowadzi do wsi Załom. Frase, badając w jej okolicach złoża kredy jeziornej, odkrył niezmiernie rzadki na niżu gatunek górski – turzycę ptasie łapki. Do jej ochrony powołano w latach 20. XX w. rezerwat Stary Załom, najstarszy na pojezierzu, reaktywowany w 1967 r.

Tutejsze miasta, poza Tucznem, łączą dwie drogi krajowe. Na ich przecięciu, niemal idealnie w centrum regionu, leży Wałcz. To 26-tysięczne dziś miasto już na przełomie XIX i XX wieku było modne wśród berlińczyków. Popularność zapewniała mu, położona nad jeziorem Raduń, w odległości 3 km od centrum miasta, Bukowina, do której nazwa przylgnęła od otaczającego ją, dwustuletniego, lasu bukowego. Aleją wytyczoną nad brzegiem jeziora i dzisiejszą ulicą Zdobywców Wału Pomorskiego wałczanie chętnie spacerowali na Bukowinę. Na chwilę odpoczynku zatrzymywali się w dobrze prosperującej tu kawiarni pod chmurką z pięknym widokiem na jezioro. Z tego miejsca wychodzono na most Kłosowski (inna perspektywa na Raduń), dziś nazywany wiszącym, który spina brzegi w najwęższym punkcie jeziora, i dalej, dla wytrwałych, do Dębu Piastowskiego. Po pożarze w latach 80. XX w. z 800-letniego starca pozostał tylko pień, a o tym, że był olbrzymem, przekonałam się oglądając autentyczną, XIX-wieczną pocztówkę.

Po wojnie przywracaniem do życia tego miejsca, zniszczonego i zapomnianego, zajął się Piotr Madziński – wybitny polski maratończyk, który w lesie odnalazł ślady zarośniętej bieżni. Udało się to na tyle, że już w 1952 r. przygotowywała się tu na olimpiadę w Helsinkach kadra narodowa. Wówczas po raz pierwszy był tu jako junior Zdzisław Krzyszkowiak. W 1961 r. na bieżni w lasku bukowińskim pobił rekord świata w biegu z przeszkodami.

Podczas pierwszego zgrupowania lekkoatletów (1952 r.) sportowcy znaleźli kilkudniowego jelonka. Do ośrodka przyniósł go Andrzej Jackiewicz – ośmiusetmetrowiec. Jelonek na tyle przywiązał się do ludzi, że wybiegał poza teren ośrodka, zbliżał się do nich i często towarzyszył im na spacerach. Sportowcy “udekorowali” jelonka, nazwanego Jackiem, czerwoną kokardką, która miała odróżniać go od nieoswojonych zwierząt i w ten sposób ustrzec go przed myśliwymi. Kokardka jednak nie pomogła i młode zwierzę zostało zastrzelone przez kłusownika. W tym czasie na Bukowinie trenował Władysław Hasior – plastyk, długodystansowiec. Z gałęzi i korzeni wykonał pomnik Jacka, na którym zawieszono także jego czerwoną kokardkę. Kilka lat później rzeźbę strawił pożar.

W miejscowości Strączno, 9 km na zachód od Wałcza, po zjechaniu na prawo z szosy wiodącej do Człopy, droga rozwidla się na Rutwicę i Nakielno. Jeszcze przed dotarciem do Rutwicy, na wysokości leśnego parkingu, jadąc z górki, odczuwa się pewną nieprawidłowość. Rowerem, z opisu, mniej więcej wygląda to tak: pedałuje się, pedałuje, a zmęczenie jest takie, jak przy jeździe… pod górkę. Samochód z wyłączonym silnikiem i pozostawiony “na luzie” nabiera prędkości nawet do 30 km/h i sam rusza… pod górkę. Tę anomalię (nadal obowiązują przepisy ruchu drogowego!) próbowano wytłumaczyć na wiele sposobów. Najrozsądniej brzmi teoria, że w tym miejscu, pod ziemią, znajdują się warstwy wodonośne o bystrym przepływie. Być może to woda wydziela promieniowanie, które zakłóca grawitację.

W samym Nakielnie, tam, gdzie ulica skręca w prawo, na jej łagodnym łuku, po lewej stronie, stoi mocno podniszczona, ale wciąż pełna uroku pruska chałupa ryglowana, pamiętająca jeszcze XVIII-stulecie (1748 r.) – najstarsza na pojezierzu.

Inną wersję wędrówki po pojezierzu proponuję zacząć od Dąbrówki. Z Piły wyjeżdża się na Gorzów Wielkopolski i jeszcze przed Szydłowem odbija na Zawadę, a później Dąbrówkę. To najwyższa tu “góra”, licząca nieco ponad dwieście metrów wysokości. Z Dąbrówką związana jest najkrótsza legenda ziemi wałeckiej, według której z jej szczytu widać siedem miast!?

Nagrodą za “trudy” wspinaczki są malownicze widoki, chociaż najlepiej ustawić się nieco poniżej szczytu. Na północy jest to pofałdowany krajobraz Pojezierza Wałeckiego ze wzgórzami koło Jastrowia i Okonka, od wschodu – dolina Gwdy i dalej Góry Rzadkowskie oraz Góra Dębowa w okolicach Wyrzyska, na południu – najpiękniejsza panorama na dolinę Noteci, a za nią – masyw Gontyńca pod Chodzieżą, od zachodu – ciąg Pagórów Różeckich. Stąd widać też Skrzatusz z sanktuarium maryjnym w tle. Udając się w dalszą drogę, nie sposób ominąć tego kościoła.

Pielgrzymów ściąga do skrzatuskiej świątyni słynąca z cudów XVI-wieczna figurka Matki Boskiej (z drewna lipowego). Jej wykonanie wiąże się z warsztatem w Mielęcinie (wieś w pobliżu Człopy), ale zapis w kronice ks. Andrzeja Delerdta, jak trafiła do Skrzatusza, oparty jest już na półlegendarnej historii. Pewien garncarz z Piły, przebywając w Mielęcinie, był świadkiem wielokrotnie ponawianej przez luteranów próby zatopienia figurki w jeziorze. Ta, mimo że została obciążona kamieniami, wypływała na powierzchnię wody. Uprosił więc innowierców, aby mu ją odsprzedali jako pamiątkę dla dzieci z podróży. W drodze powrotnej zatrzymał się w Skrzatuszu na nocleg. Historię figurki opowiedział Katarzynie Kadrzyckiej. Skrzatuszanka odkupiła ją z kolei od garncarza i kilka dni przechowywała w domu, ale kiedy Matka Boska kilkakrotnie w jej śnie domagała się miejsca godniejszego, przeniosła ją do nieistniejącego dziś kościoła. W tym kościele modlił się sam Jan III Sobieski przed wyprawą na Turków. Obecna świątynia została zbudowana z polecenia króla jako wotum dziękczynne za zwycięstwo pod Wiedniem. Fundatorem zaś był Konstanty Wojciech Goraj Breza, dla którego to przedsięwzięcie miało tragiczny finał. Zabił się, spadając z rusztowania podczas oględzin kościoła.

Dalsza trasa – przez Klęśnik, Witankowo, Czaplę, Wiesiółkę i Głowaczewo aż po Nową Szwecję – momentami (od Czapli) sprawia wrażenie leśnego odludzia. Jest prawie idealna na rower – poza odcinkiem przez Witankowo, ten przebiega wzdłuż krajowej szosy. Zmierzając przez wieś w kierunku Wałcza, zanim droga odbije na Czaplę, widać trzy elektrownie wiatrowe – pierwsze na pojezierzu, a kościół w Witankowie “lokalizuje się” jako ten z wiatrakami w tle. Atrakcją tej trasy są pozostałości XIX-wiecznej kuźni żelaza w Wiesiółce na Dobrzycy, nazywanej lemieszarnią. Mechanizm jej opierał się na trzech kołach, które napędzane siłą przepływającej wody, poruszały młoty. Jeszcze w latach 60. XX w. kuźnia (działała do 1957 r.) znajdowała się w niemal nienaruszonym stanie i była największym zabytkiem techniki na pojezierzu. W latach 70. studenci Koła Naukowego Meliorantów Akademii Rolniczej w Poznaniu odrestaurowali obiekt, ale później, pozostawiony bez opieki – niszczał. Pomysłem na jego reaktywację ma być otwarcie nad rzeką restauracji, w jednym z dwóch budynków zachowanych z dawnej kuźni. Dobrzyca, wypływająca w okolicach Machlin, znany na pojezierzu szlak kajakowy, ściąga tu więcej turystów niż droga.

Wiesiółka interesuje mnie jeszcze z jednego powodu. W jej okolicach, 2 km na wschód, przy drodze do Tarnowa, odkryto ślady wczesnośredniowiecznego grodziska podkowiastego (nazwę tłumaczy półkolisty kształt wałów, których krańce dochodzą do brzegu Dobrzycy). Nie jest to jedyne miejsce tego typu na pojezierzu, o podobnych słyszymy, przemierzając inne trasy, w pobliskim Ostrowcu, Wałczu nad jeziorem Raduń, Karsiborze, Lubnie, Drzewoszewie, Bytyniu, w Strącznie i aż o dwóch w Człopie, a same grodziska mogą być tematem na odrębną trasę. Z Bytyniem wiąże się najstarszy zapis o ziemi wałeckiej, zamieszczony w Kronice Galla Anonima. W 1105 r., w trakcie wyprawy na Pomorze, komes Skarbimierz najechał na gród, złupił go i pojmał jeńców.

Zmierzając ku Nowej Szwecji, na zalesionej i niezabudowanej drodze lokalnej, zaskoczeniem jest neoromański kościółek (1865 r.) w położonym w malowniczej dolinie rzeki Piławy Głowaczewie.

Sama Nowa Szwecja nie ma atrakcji turystycznych, jednak od niej wychodzi prawdziwy labirynt tras. Jedna z nich, zaczynająca się od pobliskich Zdbic (jednodniowa) aż po Toporzyk z finałem w Mirosławcu, to idealna ścieżka na rower, chociaż – 50-kilometrowa – wymaga kondycji.

Wizytę w Mirosławcu najlepiej odłożyć na maj. Od 1952 r. w mieście stacjonują wojska lotnicze. Po przystąpieniu Polski do NATO istniejący wówczas pułk przekształcono na 8. Eskadrę Lotnictwa Taktycznego i 12. Bazę Lotniczą. W 2003 r. mieszkańcy Mirosławca ufundowali lotnikom sztandar; w podziękowaniu dorocznie organizowany jest Piknik Lotniczy z pokazami lotniczymi i lotami widokowymi nad Mirosławcem.

Turystów z najodleglejszych stron przyciąga do Zdbic malownicze jezioro Zdbiczno – drugie pod względem wielkości na pojezierzu, a otaczający je gęsty las jest zagłębiem grzybowym. Będąc tutaj nie ominie się spotkania z historią. Wieś, w 1945 r., była jednym z miejsc najcięższych walk o przełamanie Wału Pomorskiego. Do 30 marca istniała we wsi niewielka placówka muzealna “Las świadkiem walk”. Tego dnia odwiedzam ją jako ostatnia.

Kilka kilometrów dalej są Golce, założone przez niemiecki ród von der Goltzów, który otrzymał tę wieś jako lenno od templariuszy. Jeśli czas przeznaczony na pojezierze mamy ograniczony, to miejscowy kościół na pewno powinien znaleźć się na liście obowiązkowych do zwiedzenia. Jeden z najstarszych w regionie (1669 r.) dzięki usytuowaniu na wysokiej skarpie Dobrzycy i charakterystycznej konstrukcji szachulcowej, w biało-czarną kratkę, widoczny jest z oddali.

Wyjazd z Golców, chociaż za cel mam Toporzyk, kusi mnie, by udać się kilka kilometrów dalej na wschód. Tablica zaprasza do zajazdu w Iłowcu. Ten od wielu lat znany jest w regionie z dobrej kuchni, a zwłaszcza z przyrządzanego na wiele sposobów pstrąga. Trzeba zjechać z szosy na leśny, brukowany trakt (pozostałość dawnej drogi do pałacu zniszczonego w trakcie walk w 1945 r.).

Najbardziej okazały świecki zabytek pojezierza znajduje się w Tucznie. Zamek, który przez wieki był własnością rodu Wedlów-Tuczyńskich (do 1739 r.), został zbudowany w 1338 r. jako budowla obronna, zaraz po tym, gdy Wedlowie otrzymali w posiadanie Tuczno. Dopiero późniejsze przebudowy nadały mu charakter rezydencjalny. Dziś to prestiżowy hotel-restauracja pod opieką Stowarzyszenia Architektów Polskich, które po wojnie zabiegało o odbudowę obiektu.

Ciekawostką są tuczyńskie murale – kopie obrazów Chełmońskiego, Malczewskiego i Gierymskiego. Wszystkie można odnaleźć na elewacjach domów, idąc ulicą 1 Maja. Ustawiając się przy ulicy Konopnickiej i kierując wzrok na zamek, widzi się wszystkie murale. Taką pamiątkę pozostawili miastu studenci gdańskiej ASP, którzy spędzali tu wakacje w 1985 roku.

Autor: Anna Cebula