Największa tajemnica starożytności, czyli etiopskie perypetie Arki Przymierza (cz. 2)

1
Widok na wyspę Tana Qirqos. To właśnie do niej po kilkunastomiesięcznej tułaczce z Egiptu dotarli Izraelici ZDJĘCIA: ED BOCHNAK

Byłem podekscytowany myślą o miejscu, które tego dnia miałem zobaczyć. Z Melaku spotkaliśmy się na przystani. Stał, trzymając duży czarny worek, a w nim krwawe mięso, z właśnie zaszlachtowanej kozy. Tak jak obiecał dzień wcześniej, zakupił u znajomego rzeźnika kozę jako podarek dla mnichów.

Po chwili podpłynęła motorówka z płóciennym dachem. Weszliśmy na pokład we trzech: przewodnik, mój przyjaciel Rysiek Chmura ps. Bumerang i ja. Zająłem miejsce przy lewej burcie, wyciągnąłem bidon z wodą. Łódź była duża, mogła pomieścić 12 osób. Do rufy uczepiony był silnik o mocy 60 koni mechanicznych. Melaku, który już od 20 lat prowadzi wycieczki po Etiopii, zwierzył mi się, że dopiero drugi raz odwiedzi tę świętą wyspę, jak ją określił, i aby być godnym postawienia na niej stopy, pościł od dwóch dni.
Czekała nas niemal 4-godzina jazda. Sternik grzebał coś przy silniku, przewodnik wyciągnął modlitewnik, posypał głowę szczyptą popiołu, zaczerpniętą z płóciennego woreczka zawieszonego na szyi, i w skupieniu zaczął się modlić. Brodzące na pobliskich mieliznach różowe flamingi o skrzywionych czarnych dziobach zdawkowo poruszały skrzydłami. Po półgodzinnym oczekiwaniu sternik włączył motor i ustawił kurs na północ. Ruszyliśmy. Trójkątny dziób naszej łodzi szybko zaczął ciąć tafle beżowozielonkawej wody. Uciekając przed burtą para objedzonych pelikanów z wysiłkiem poderwała się do lotu. Do naszego celu mieliśmy około 40 km w linii prostej. Płynęliśmy do wyspy Tana Qirqos. To właśnie do niej po kilkunastomiesięcznej tułaczce z Egiptu dotarli Izraelici.

Przy kamiennym ołtarzu ofiarnym stoi mnich Abbat

Po odmówieniu porannych modlitw Melaku wychylił się za burtę, zanurzył rękę w wodzie, odczekał chwilę i zaczął opowiadać o jeziorze Tana jak o mistycznym miejscu. Dowiedziałem się, że na wielu porośniętych gęstą dżunglą wysepkach wznoszą się monastyry, klasztory koptyjskie, zbudowane w średniowieczu, przechowujące korony dawnych cesarzy etiopskich, ilustrowane średniowieczne manuskrypty, piękne malowidła i zmumifikowane szczątki władców. Napomknął też o przetrzymywanych w nich kronikach królewskich Kebra Nagast z XIII wieku, opisujących porzucenie przez Etiopczyków pogańskiego animizmu, przejście na judaizm, a później na chrześcijaństwo, i o tym, jak Arka Przymierza znalazła się w Etiopii.
Słońce powoli unosiło się, migocąc ciepłem tysięcy odbić w gładkim lustrze wody. Seledynowy papirusowy brzeg pozostawał daleko w tyle. To właśnie stąd podróżnik Thor Heyerdahl pozyskał papirusową trzcinę do budowy olbrzymiej łodzi, którą przepłynął Atlantyk. Wybudowana na podstawie modeli i wytycznych z czasów faraonów łódź o nazwie Ra udowodniła możliwość oceanicznych wojaży Egipcjan. A przy tym związek między kulturami Ameryki Środkowej i kulturami znad Nilu. Płynąc na wyspę nie wiedziałem, czego mam się spodziewać i co zobaczę. Silnik rytmicznie pracował, a ja znów wdałem się w rozmowę z przewodnikiem, tym razem o zamieszkujących tu Etiopczykach. Po niej zdałem sobie sprawę, że okoliczna ludność nie poddaje się zewnętrznej modernizacji wiary czy obyczajów. Tutejsi ludzie wciąż kultywują biblijne zasady, rodzice nadają dzieciom imiona starotestamentowe, dokonują obrzezania synów, zachowują koszerność i uważają sobotę (szabat) za dzień Pański. Historia o Arce Przymierza, którą kiedyś tu przywieziono, przetrwała i jest bardzo mocno zakorzeniona w tutejszej kulturze i folklorze. Tutejsza tradycja miesza się z prawdą historyczną, jak fale jeziora mieszają piasek na tutejszym brzegu. Przy okazji Melaku wspomniał o wioskach Felaszów, rozrzuconych na północnych krańcach jeziora Tana. Ci czarnoskórzy wyznawcy Jahwe mieli być potomkami pierwszych Hebrajczyków, którzy przybyli z Arką. Felaszowie żyli tu do lat 80. ubiegłego stulecia. Potem większość z nich wyemigrowała do Izraela.

Antyczne miedziane kadzielnice

Minęliśmy kilka obramowanych głazami czarnej lawy wysp, porośniętych bujnym lasem, nad którym lśniły owalne kopuły starych kościołów. Po kilkugodzinnym rejsie dopłynęliśmy do długiej, wąskiej wyspy o pofałdowanych wzgórzach, porośniętej gajami drzew cordia i sesy. Wyglądała na dziką i niezamieszkaną. Dopiero gdy zbliżyliśmy się do niej, zauważyłem wystający z żywej zieleni metalowy dach kościoła i małą kapliczkę na krawędzi 40-metrowej pionowej ściany. Jak uprzedził mnie wcześniej przewodnik, na wyspie żyje kilkunastu mnichów, którzy przestrzegając ascezy, zerwali ze światem, by poświęcić się Bogu, zachowując zwyczaje pierwszych chrześcijan. Na kamienistej plaży, bo brak było przystani, przywitał nas mnich o jowialnym wyrazie twarzy. Na imię miał Abbat. Ubrany był w lazurową tunikę, na którą zarzucił pomarańczową szammę, zasłaniającą podbródek, i naciągniętą na czoło wysłużoną skufie o nierozpoznawalnym kolorze. W dłoni trzymał kij. Stopy jego chroniły sandały pokryte czerwonym pyłem. Mnich wszedł do naszej łodzi. „Upewnia się, że na pokładzie nie ma kobiet” – powiedział Melaku i wręczył mu worek z mięsem kozy. Abbat dyskretnie zajrzał do środka, uśmiechnął się i zakołysał głową na myśl o czekającej go uczcie.
Po kamiennych stopniach za prowadzącym zakonnikiem wdrapaliśmy się na wzniesienie. Dalej ścieżką biegnącą wśród bujnej roślinności obeszliśmy kilka budynków gospodarczych. Były bardzo prymitywne o ścianach skleconych z gliny i słomy – w jednym z nich zostawiliśmy nasz mięsny podarunek.
Wyspę zamieszkuje obecnie 23 mnichów, jak poinformował nas Abbat. Większość z nich wraz z lokalną ludnością pracowała na drewnianych rusztowaniach opartych o ściany bardzo starego kościoła. Mnich na moje pytanie, czy tu była przechowywana Arka, z całą powagą powiedział, że tak, i to przez 800 lat. Kilka razy potwierdził tę informacje i na końcu dodał, że budynek ten to najstarsza monoteistyczna świątynia w Etiopii.
Powędrowaliśmy dalej wydeptaną polną ścieżką. Po przejściu zagajnika zeszliśmy po gładkich głazach na małą polanę, gdzie otwierał się widok na północną część jeziora. Wskazując na olbrzymią płaską skałę wystającą z podłoża, mnich powiedział, w tym miejscu podczas różnych uroczystości ustawiano Tabernakulum, czyli Namiot Spotkań, pod którym trzymano Arkę. Aby to udowodnić, wskazał laską na cztery wgłębienia w skale. Były to wykute otwory, do których według mnicha przymocowywano podnóżek, a na nim ustawiano Arkę. Cztery kolejne duże wgłębienia służyły do przytwierdzenia tyczek do namiotu, jak zapewnił nas Abbat. Przyjrzałem im się z uwagą. Otwory były ręcznie wycięte, wyglądały na stare. Cztery, w których mogły zmieścić się drzewca o dużej średnicy, umieszczone były na planie prostokąta. Wewnątrz znajdowały się cztery mniejsze wgłębienia, w które mogły wejść nogi taboretu.

Taca, która służyła do zbierania krwi składanych w ofierze zwierząt

Nieopodal stała wykonana z pomalowanej na zielono blachy kapliczka. Mnich oganiaczką z ogona gnu przegonił dręczące go owady i zanim otworzył blaszane drzwi poprosił nas o ściągnięcie butów. Skrzypiące zawiasy zaprosiły nas do wnętrza. W środku stał duży kamienny ołtarz ofiarny, ułożony z kilku ociosanych sześciennych granitowych kawałków. Wykute wgłębienia i nisze pokrywał rdzawy kolor, dowód spływającej kiedyś nimi krwi. „To tu Izraelici składali owce, kozy i gołębie – powiedział mnich i po chwili dodał: – Tu zabijano zwierzęta, wykrwawiano je zbierając krew do naczyń, po czym pokrapiano ołtarz i Arkę. Dla wyznawców judaizmu całopalenie było znakiem uznania Jahwe za prawdziwego Boga. Nasi prekursorzy Arkę Przymierza czcili jako znak Jego obecności na Ziemi”. Gdy zebrałem się na odwagę, by dotknąć ołtarza, niemal natychmiast pożałowałem tej decyzji, wystraszony świdrującym zimnym dreszczem wzdłuż mojego kręgosłupa.
Mnich cierpliwie czekał, aż dokończę dokumentowanie, i zamknął kapliczkę. W drodze powrotnej odłączyłem się od grupy i pod rusztowaniem, przez otwarte drzwi, wszedłem do świątyni. Chłodny powiew uświadomił mi, że stoję we wnętrzu jednego z najstarszych kościołów w Afryce. Było to fascynujące. Stare spękane mury, drewniane nawy pozasłaniane ciężkimi wyblakłymi kotarami, gliniana nierówna podłoga. I półmroczna cisza.

Przeor z antycznym manuskryptem

Po przejściu kilkunastu metrów stanęliśmy przy starym budynku klasztornym, gdzie – jak poinformował mnie przewodnik – tutejsi mnisi przechowują artefakty związane z Arką. To, co miałem ujrzeć, przechowywane od tysiąca lat za kamiennymi ścianami, miało przeważyć o autentyczności zasłyszanej przed chwilą historii. Abbat podszedł pod solidne drewniane drzwi zamknięte na wpół zardzewiałą kłódką i przesuwając zasuwę poprosił nas, byśmy znów ściągnęli buty. Półmrok i woń starości powitały nas wewnątrz. Na półkach wykonanych z tarcicy leżały porozkładane w nieładzie przedmioty i księgi. Z pomiędzy nich mnich wyciągnął świecznik i miedziane kadzielnice, a następnie dużą, wykonaną z brązu tacę – jak zapewnił nas, służyła ona do zbierania krwi ofiarnych zwierząt, którą pokrapiano Arkę. Gdy trzymałem w dłoniach tacę, pojawił się sam przeor. Zaczął nam pokazywać kolejne artefakty i tłumaczyć ich zastosowanie. Mówił bardzo przekonująco udowadniając, że oglądane przez nas przedmioty pochodzą z świątyni Salomona. Na moje pytanie, czy wierzy w tę legendę, odpowiedział: „To nie jest legenda, to nasza historia. Mieliśmy 1000 lat judaizmu, a obecnie już 2000 lat chrześcijaństwa, nasza religia jest zakorzeniona w Starym Testamencie. Gdy w IV wieku przyjęliśmy chrześcijaństwo, porzuciliśmy wtedy starotestamentowe praktyki i obrzędy całopalenia. Przedmioty służące do tych ceremonii pozostały na wyspie. Arka zaś, na rozkaz króla Ezana, została wysłana do miasta Aksum”. Przyznaję, że ton jego wypowiedzi zrobił na mnie głębokie wrażenie. Na potwierdzenie swoich słów przeor wskazał stary zardzewiały przedmiot, wyglądający na napierśnik – przypominał ten z biblijnych rycin, jaki nakładał najwyższy kapłan wchodząc do Przybytku Świętych. Na taki metalowy napierśnik, zwany efod, nakładano pektorał, w którym przechowywano urim i tummim, czyli dwa kamienie, biały i czarny, służące jako losy do objawiania Bożych wyroków. Później przeor wyciągnął, owinięty płótnem, antyczny manuskrypt. Oprawiony w skórę ilustrowany kodeks był duży, przeor ustawił go na podłodze i rozwinął niczym harmonijkę. Naszym oczom ukazały się kartki pokryte pięknymi rycinami o żywych kolorach. Pergamin ten, jak zapewnił przeor, miał ponad 1500 lat. O dziwo, choć liczył tyle lat, był wspaniale zachowany. Jeśli to prawda, to jest to jeden z najstarszych chrześcijańskich rękopisów na świecie.
Po wyjściu z budynku klasztornego podeszliśmy pod grzbiet pobliskiego stoku, gdzie ponownie zdjęliśmy nasze obuwie. Mnich, wskazując na kamienny pagórek, oświadczył: „Tu zatrzymała się Maryja z małym Jezusem w trakcie ucieczki z Palestyny do Egiptu”. Jak dodał, na tej wyspie spędzili trzy miesiące i dziesięć dni. Podążyłem w milczeniu kamiennym grzbietem za mnichem, który wskazując na małą kapliczkę powiedział: „Tu Jezus i jego matka Maryja odpoczywali”. „Jaki masz dowód, że tu byli?” – zapytałam z nutą nieufności. „Widzisz te ślady stóp w kamieniu? To jest nasz dowód” – usłyszałem w odpowiedzi. Uśmiechnąłem się do Abbata i z zapytaniem w oczach spojrzałem na przewodnika. Chciałem humorem pokryć osłupienie. Jednak Melaku, wyprzedzając moje słowne powątpiewanie, z żarliwością w głosie stwierdził, że „tutejszy konwent przez wieki rozgłaszał tę radosną wiadomość i my w nią wierzymy”. Po czym padł na kolona, rozpiął koszulę i posypał głowę i goły tors popiołem. Modląc się całował wgłębienia w skale, mające być śladami stóp pozostawionymi tu przez Maryję. Jedynym wytłumaczeniem dla mnie tego zachowania jest fakt, że asceza i modlitwy oczyszczają umysł, łatwiej wtedy przyjąć mistyczne prawdy, nie do zaakceptowania przez większość.
Stromą ścieżką zszedłem w dół, pomiędzy niskie opłotki sklecone z patyków. Rosły tam krzewy guesh, z liści których mnisi warzą piwo zwane tella. Wśród zielonych krzaków zauważyłem przykucniętego mnicha. Podszedłem do niego z zamiarem zrobienia zdjęcia. Mnich podniósł głowę i wtedy zauważyłem mleczną zaćmę przesłaniającą jego oczy. Pstryknąłem kilka fotek, a on przesunął się w moją stronę i wyciągnął starczą dłoń. Na jego piersi zabrzęczało kilka amuletów, zawieszonych na sznurku, jak się domyśliłem, mających uchronić go przed złymi mocami.

Mnich z wyspy Tana Qirqos

Przed opuszczeniem wyspy przeor zaproponował nam posiłek. W cieniu drewnianej zagrody pokrytej strzechą siedzieli na pniach zakonnicy. Widząc nas zrobili nam miejsce. Ze wspólnej metalowej tacy prawą dłonią oderwałem kawałek porowatej injery. Gąbczasty placek był mokry. Łamiąc go palcami na pół zanurzałem kawałek w jasnobrązowym sosie shiro wot, zrobionym z mąki i ciecierzycy. Lekko kwaśny smak przepiłem właśnie uwarzonym ciepłym piwem tella, które młody diakon nalał mi z dużego glinianego dzbana.
Wracając płynęliśmy na południe, do miejsca, gdzie z jeziora wypływa największa rzeka Etiopii, Nil Błękitny. Dla Etiopczyków Nil Błękitny jest „ojcem wszystkich rzek”, zaopatrujący w wodę rolnicze obszary Wyżyny Abisyńskiej. Jednak samo jezioro Tana nie jest źródłem tej rzeki, ale tylko jej częścią, źródła rzeki wybijają 100 km na północ od jeziora, w bagnach zwanych Gysz Abbaj. Zbliżając się do brzegu sternik zwolnił, by wirnik nie zaplątał się w długie łodygi hiacyntu wodnego, zarastającego gęstym kożuchem przybrzeżne rozlewiska. Od sternika dowiedziałem się, że to niechciany południowoamerykański emigrant. Przypadkowo rozprzestrzeniona roślina zarasta niebezpiecznie jezioro Tana, zakłócając żeglugę, blokując docieranie światła słonecznego do roślin wodnych i wyczerpuje tlen w wodzie. W rezultacie w ostatnich latach jezioro straciło ponad połowę zasobów rybnych.

Papirus porastający brzegi jeziora Tana


Gdy wpłynęliśmy na olbrzymią lagunę, przy burcie najpierw zaczęły pojawiać się srebrzyste bąbelki, po nich wynurzyły się nozdrza z bulgocącym syfonem wody, a z nimi olbrzymia paszcza zirytowanego hipopotama. Po chwili ukazały się kolejne cielska. Nieopatrznie wtargnęliśmy na żerowisko jednych z największych zwierząt Afryki. Budzące postrach siekacze u ziewającego samca wystraszyły naszego sternika, który szybko zmienił kurs. Po kwadrancie, lawirując pomiędzy małymi wyspami, wpłynęliśmy w wielką zatokę, jak z początku mi się wydawało, ale przewodnik uświadomił mi, że jesteśmy na południowym krańcu jeziora, z którego wypływa Błękitny Nil. Zacumowaliśmy w małej kamiennej przystani, porośniętej gęsto markizami seledynowego papirusu. Dalszą drogę, do kolejnego celu – wodospadów Błękitnego Nilu, mieliśmy odbyć samochodem.
CDN