Nasze odkrywanie Hiszpanii (cz. 3). Do Madrytu przez Saragossę i Segowię

16

Jeśli przemieszczamy się często i pokonujemy znaczne odległości, warto zadbać o to, by sama droga sprawiała nam radość. W przeciwnym razie długa podróż doprowadzi do znużenia, odbierze część energii, a nawet ostudzi entuzjazm zwiedzania. Świadomi tego i tak mieliśmy wątpliwości, czy poradzimy sobie na tyle, by nasza podróż była udana. Miałam pewne opory planując pierwszy nocleg w Saragossie, oddalonej od Barcelony o ok. 3 godz. jazdy samochodem (ponad 300 km).

– Damy radę – dodawał mi otuchy mój mąż Janusz.
– Może rzeczywiście nie warto burzyć wizji podróży z zaplanowanym odpoczynkiem w połowie drogi między Barceloną a Madrytem? – zastanawiałam się.
Wreszcie dałam się przekonać. Decyzja zapadła. Najtrudniejszy oczywiście był pierwszy dzień, nie tylko ze względu na poprzedzający go całonocny lot, lecz także z powodu różnicy czasu i emocje związane z pierwszym dniem pobytu w obcym kraju.

– Take a roundabout (wjedź na rondo) – to powtarzające się dziesiątki razy polecenie, które słyszeliśmy z naszego GPS-u. W ubiegłym roku podziwialiśmy manewry naszego przyjaciela na rondach paryskich, nie przypuszczając, że w tym roku sami będziemy stawiać im czoło w Hiszpanii.

Ciężkie ze zmęczenia powieki równoważył podwyższony poziom adrenaliny. Pomylenie zjazdu wiązałoby się z dodatkowym stresem, którego próbowaliśmy uniknąć. Na szczęście tematów do rozmów nigdy nam nie brakuje. Staramy się przywoływać miłe wspomnienia, przypominać słowa polskich szlagierów sprzed lat, nucąc je w duecie, opowiadać dowcipy. Po pewnym czasie próbujemy jednak złapać chwilę drzemki, zjeżdżając pod zadaszony parking. Niestety nie udaje nam się kupić kawy na wynos. Po chwili zaczynamy rozumieć nonsens tego typu zamówień. Czy rzeczywiście trzeba się przemieszczać, by wypić dwa łyki niezmiernie aromatycznej expresso lub kilka łyków więcej cortado albo con leche? Oczywiście, że smakują najlepiej z porcelanowych filiżanek. Jesteśmy zaspokojeni i wzmocnieni zastrzykiem kofeinowej energii. Podziwiamy świetny stan hiszpańskich, niezatłoczonych autostrad, które prowadzą nas aż do Saragossy po uiszczeniu opłaty 30 euro.

Wczesny wieczór i konieczne zakupy w pobliskim Grand Casa Mall ograniczają nasze plany na pozostałą część dnia. Cóż, elastyczność to ważny element podróży. Cieszymy się za to z kuchenki mikrofalowej i lodówki w hotelu. Lubimy schłodzoną wodę i jesteśmy miłośnikami herbaty. Okazuje się jednak, że według instrukcji do kuchenki należy wstawić szklankę z łyżeczką… Szklankę zakupiliśmy, a łyżeczki nie mamy. Próbuję eksperymentować z papierowym kubkiem. Dziwna spirala wewnątrz kuchenki, która miała być mikrofalową, rozgrzewa się do czerwoności, a nasz kubek zaczyna się przypalać. No cóż, zamiast gorącej herbaty zażywamy ciepłej kąpieli.

Nazajutrz wczesnym rankiem zwiedzamy barokową bazylikę El Pilar. Basilica De Nuestra Seniora del Pilar to symbol Saragossy – stolicy regionu Aragonia. Zwieńczona 11 kopułami świątynia ku czci patronki Aragonii, przy Plaza del Pilar, sprawia imponujące wrażenie. Matka Boska El Pilar ukazała się św. Jakubowi na szczycie kolumny w 40 roku n.e. Niewielka jej statua w bogatym płaszczu i zdobiona srebrem znajduje się w jednej z kaplic bazyliki. Podziwiamy piękne wnętrza, freski Goi, olbrzymie, misternie rzeźbione ołtarze i popiersie Jana Pawła II znajdujące się na zewnątrz.

Plaza del Pilar jest reprezentatywnym placem, przy którym znajdują się inne ważne zabytki miasta: katedra (La Seo), ratusz i renesansowy gmach giełdy miejskiej (La Lonja). Z zabytkami tymi kontrastuje nowoczesna, imponująca architektura fontanny Fuente de la Hispanidad. Jakże inna wydaje się spokojna starówka Saragossy w porównaniu z zadeptanymi przez turystów miejscami. Dotarcie tu podczas naszego odkrywania Hiszpanii pozwoliło nam odreagować stres, żyć przez chwilę wolniej i uwierzyć w moc łask, którym śpiewna, pełna prostoty modlitwa grupki hiszpańskich mężczyzn nadaje głęboki sens. Żałujemy, że ze względu na ograniczenie czasowe nie mogliśmy zwiedzić więcej zabytków Saragossy.

Tylko i aż cztery godziny jazdy dzieli nas od Segowii, niewielkiego miasta położonego 90 km na północ od Madrytu, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Podróż mija niespodziewanie przyjemnie i szybko, zaskakując nas bogactwem krajobrazu. Hiszpania to kraj, gdzie 90 procent obszaru zajmują wyżyny i góry. Różnorodność form i barw mijanych terenów, tysiące kwitnących maków, wzgórza wykorzystane na różne plantacje, twierdze, ruiny zamków na horyzoncie, liczne tunele i łagodne serpentyny, odsłaniające kolejne piękne widoki, cieszyły nasze oczy aż do kastylijskiego grodu.

To, co ujrzeliśmy na miejscu, przerosło naszą wyobraźnię. Segowia – położona na skalnym występie – znana jest najbardziej z dzieł sztuki budowlanej, jakimi są: potężny, rzymski akwedukt i średniowieczny zamek (Alcazar de Segovia). Nie mogłam uwierzyć, że udało nam się dotrzeć do tak unikalnego miejsca pod względem historycznym, kulturowym i wizualnym. Odniosłam wrażenie, jakbyśmy znaleźli się na planie filmowej, monumentalnej dekoracji. Akwedukt – liczący ok. 2 tys. lat, zbudowany podczas panowania Imperium Rzymskiego – zdumiewa swą wielkością i konstrukcją. Dwukondygnacyjna budowla, mająca prawie 813 metrów długości, składająca się ze 167 łuków, wznosi się na wysokość 30 metrów nad placem Azoguejo, skąd prezentuje się w całej swej okazałości. Co ciekawe, 20 400 wielkich granitowych bloków utrzymuje się na swoim miejscu bez żadnego spoiwa. Chociaż fakt ten potwierdza genialność rzymskiej architektury, to legenda głosi, że to nie Rzymianie, ale diabeł zbudował akwedukt. Cokolwiek by o tym nie sądzić, najważniejsze, że akwedukt wciąż transportuje wodę z oddalonego od miasta źródła rzeki Frio.

Mieliśmy wielkie szczęście znajdując parking tuż przy akwedukcie, niedaleko centrum informacji turystycznej. W naszej pamięci pozostanie na długo spacer po labiryncie wąskich uliczek, wśród skarbów otoczonego murami miasta. Nie da się zapomnieć pięknych widoków na ośnieżone szczyty górskie Sierra Guadarrama, wspaniałych kościołów San Martin i San Esteban czy monumentalnej gotyckiej katedry. Jednak to średniowieczny zamek, jeden z najwspanialszych w Hiszpanii, zanurza nas najlepiej w atmosferę hiszpańskiej historii. Przepięknie położony na skalnym wzgórzu, u zbiegu rzek Eresma i Clamores, choć powstał jako twierdza, pełnił różne funkcje. Służył jako rezydencja królewska, więzienie i siedziba szkoły artylerii. Szkoda, że nie udało nam się zakotwiczyć tu na dłużej. Przystępna cena biletu (6,50 euro) zachęca do szczegółowego zwiedzenia tego wspaniałego symbolu historii i sztuki hiszpańskiej. Żeby mieć tylko więcej czasu. Ale i tak jest się z czego cieszyć. Przecież jeszcze przedwczoraj byliśmy w Barcelonie, a już za godzinę powinniśmy dotrzeć do Madrytu.

Autor: Anna Skowron